Tadeusz Wojciechowski

 

Witam na moich stronach.

Bardzo wielu przyjaciół i znajomych w sieci pyta na czym jeżdżę na wyprawy. Postanowiłem przedstawić wam mój rower i jakie narzędzia biorę zawsze wyjeżdżają gdzieś daleko

Na wyprawę rowerową nadaje się praktycznie każdy rower. Oczywiście zależy to od tego gdzie jadę, na jak długo i oczywiście jak dużo bagaży zabieram. Nie polecam rowerów z Biedronki i innych marketów spożywczo-przemysłowych. Moi uczniowie mieli takie na rajdach rowerowych i strzelało co popadnie - pedała, przerzutki, szprychy, a nawet pękł raz korbowód na pół. A jeździmy bez sakw.

Na czym jeżdżę?

Za nim przedstawię Wam moje dwa kółka trochę historii.

W latach 70 XXw. szalałem na składaku. Starsi pamiętają te czasy. A młodsi, wystarczy jak pójdą do porządnego sklepu rowerowego i zobaczą, to co było normą w tamtych czasach. Dzisiaj te można kupić składaka, trochę ulepszonego, ale idea roweru pozostała taka sama. Miał się składać co najmniej w pół, żeby schować go w bagażniku samochodu. Rower dostałem na komunię. Pamiętam, że robiłem na nim olbrzymie kilometry. Potrafiłem jechać do odległego o 30 kilometrów Raciborza. To był wyczyn.

 

Pod koniec lat 70 i początku 80 poprzedniego wieku rodzice, widząc moją pasję kolarską, kupili mi  kolarzówkę. Ta  po prawej stronie jest nawet podobna. Też miałem w kolorze czerwonym i z bagażnikiem. To był hit podwórka. Niedługo po mnie mój kolego z klasy również doczekał się takiej samej maszyny. I zaczęło się. Robiliśmy wspólnie dalekie wyprawy. Na kolarzówce zjeździłem cały Śląsk, Opolszczyznę, byłem w Krakowie (250 km ode mnie), jechałem szlakiem Orlich Gniazd. Jakby nie studia, które zahamowały trochę pasję, to może bym wyruszył tym rowerem nad morze. Takie mieliśmy plany. Drugim powodem był koniec bliskiej znajomości z moim towarzyszem podróży. Kolega wyjechał do szkoły w Krakowie, a po szkole zamieszkał w Tomaszowie Maz. i kontakty się urwały.

 

W latach 90 dorobiłem się kellysa. Nie takiego jak na zdjęciu, ten jest współczesny, ale wygląd miał podobny. Byłem już żonaty i razem z małżonką kupiliśmy sobie podobne rowery, oba w kolorze białym. To były dobre zakupy. Kellysy służyły nam ponad 15 lat. Może dlatego, że nie wybieraliśmy się w dalekie podróże nimi, gdyż nowa rodzina, obowiązki młodych rodziców, nowa praca, nowy dom zaprzątnęły nas do reszty. Rowery były jako atrakcja wycieczek niedzielnych  letnich. Więcej zacząłem jeździć dopiero na początku XXI w. I stwierdziłem, że mój "wysłużony" rower musi pójść w sprzedaż. Udało mi się uszczęśliwić znajomego, który z niewielką kwotę stał się jego kolejnym użytkownikiem. Żona nadal jeździła na kellysie, jeszcze dobre kilka lat.

 

Mój nowy nabytek miał mi służyć na wyprawy rowerowe, które zacząłem ponownie planować, gdyż dzieci były już duże, życie ustabilizowane i mogłem powrócić do pasji. Kupiłem polski rower Kross w wersji turystycznej. Pamiętam cenę - 3999zł. Szaleństwo. Mając taki rower, na osprzęcie shimano robiłem masę kilometrów. Rocznie potrafiłem, jeżdżąc tylko po pracy i w weekendy robić 6000 do 7000 km. Oczywiście dla kolarza to nic nadzwyczajnego, ale dla amatora, jak ja, to wyczyn.

 

 

Na krossie przejechałem łącznie 25 tys. km. Tyle miał mój licznik, który przez przypadek zniszczyłem w czasie wyprawy wzdłuż Wisły, a kupiłem go razem z rowerem. Jeździło się super. Był szybki, na każdy teren, wygodny. Dzięki osprzętowi nie straszne mi były górskie szlaki Czech (tam głównie jeżdżę ze względu na szlaki rowerowe). Potrafiłem pokonywać podjazdy kilkunastoprocentowe. Niestety rower dosyć szybko zaczął nie wytrzymywać mojego tempa. Tak powiedział serwisant, który wymieniał po nie cały roku łożysko w korbowodzie, które zaczęło strzelać przy podjazdach. Był to jego pierwszy przypadek że tak nowy rower wymagał takiej naprawy. To nie był koniec problemów. Zaczęły pękać plastiki trzymające błotniki. Niby drobiazg, ale doszło do tego, żę zamienniki woziłem na stałe w sakwie (nawet 10 szt.), bo nic przyjemnego jak błotnik ci lata. Problem miałem również ze szprychami. Niby rower trekkingowy, a wymieniłem pęknięty bagażnik i kilka szprych. Jego żywot w moim użytkowaniu dobiegł wtedy, gdy podczas wyprawy nad morze musiałem wymienić kolejną szprychę i okazało się, że mam popękaną tylną obręcz. Naprawiłem, ale postanowiłem kupić coś nowego i porządnego

Trafiło na rower turystyczny Cube Kathmandu. Rower z wyższej półki, jak powiedział lokalny serwisant.  Cena też nie mała (7 500zł). Ten po lewej odpowiada prawie całkowicie temu, który mam obecnie. Różnica jest w pedałach, których tu nie ma. Mam aktualnie SPD połączone z platformą. Jak chcę to wpinam buty, jak nie to odwracam je i jadę jak na pedałach tradycyjnych. Rower jest rzeczywiście dobry. Siadł mi dopiero na Islandii, ale i tak nie było źle. Dojechałem do końca. Solidna niemiecka robota. Przejechałem nim aktualnie 18,5 tys. kilometrów. Nie pękła mi ani jedna szprycha, żaden plastik, a bagażnik poza otarciami od sakw, nie nosi śladów zużycia. Wykończyłem tylko tylne koło, a właściwie zatarłem tylną piastę. Na Islandii wysypały mi się łożyska i załatwiłem wnętrze koła. Na strzelającym, trzeszczącym kole zrobiłem tam jakieś 600 km.  Do wymiany całe koło. W tym roku wracając z Norwegii samolotem nie mogłem odkręcić jednego podła na lotnisku. Tutaj na miejscu w serwisie zniszczyli ponoć 2 klucze i też nie odkręcili. Prawdopodobnie będę musiał wymienić korbę. I tak mnie kiedyś to czeka, gdyż zębatki przednie zrobiły już kilkanaście tysięcy kilosów. Na razie jeżdżę na miejscu więc nie ma kłopotów.

Osprzęt w cube to shimano deore xt, hamulce tarczowe, a rower, goły, waży niecałe 20 kg (chyba 18,5 kg - kiedyś ważyłem, ale nie pamiętam dokładnie). Jest szybkim, wygodnym rowerem turystycznym.