Tadeusz Wojciechowski

 

Witam na moich stronach.

Co wozimy na wyprawy jest ważne, ale w czym wozimy jest najważniejsze.

Chciałbym tutaj poruszyć temat sakw. To ważny element naszej wyprawy rowerowej. Czytałem o wyczynowcach, którzy montują tylko tzw. beckpacki, a nawet mini beckpacki na rowerze lub po prostu zakładają na plecy plecak i potrafią tak jechać w świat. W tym roku w Norwegii spotkałem kolarza, który dosłownie miał niewielki plecaczek przytwierdzony z tyłu do siodełka i na kierownicy oraz niewielką sakwę pod ramą. Był to Niemiec, który wylądował w Trondhaim i jechał na NordKapp, nocując w hotelach, jedząc w restauracjach. Można i tak, ale nie każdego stać na takie wydatki. Ja zajmę się bagażem tradycyjnym, takim jaki zabieram na swoje wyprawy.

Jakie sakwy?

Nie będę opisywać rodzaje sakw dostępne na rynku. Jest ich mnóstwo. Ceny też są różne. Jedno jest pewne to nieodłączny element ekwipunku każdego rowerowego podróżnika. Chociaż nie tylko. Tym rodzajem wyposażenia interesują się także osoby planujące niedzielne wycieczki np: w rodzinnym gronie lub osoby dojeżdżające do pracy rowerem. Jakie cechy powinna mieć idealna sakwa rowerowa? To pytanie, które powinien zadać sobie każdy kto planuje bliższe lub dalsze podróże, kto planuje od czasu do czasu wyjeżdżać na krótkie wycieczki i kto planuje długie wyjazdy w świat. Tak zwani niedzielni wycieczkowicze, jedno, dwudniowi turyści rowerowi nie powinni się martwić. Każde sakwy, nawet te kupione w Lidlu spełnią oczekiwania. Są tanie i nawet wyrzucenie ich po kilku wyjazdach nie obciąży nasze kieszenie zbytnio.

Natomiast wielodniowe wyprawy na rowerze, to bardzo wymagający kawałek chleba. Każda z nich wymaga zabrania ze sobą dużej ilości ekwipunku (środki czystości, ubrania, jedzenie) oraz sprzętu okołorowerowego (narzędzia, zapasowe części, mapy), a czasami nawet akcesoriów noclegowych i kuchennych takich jak: namiot, śpiwór czy naczynia. Bez sakw rowerowych nie byłoby to możliwe.

Rodzaje sakw

Dzielą się one w zależności gdzie je montujemy. Mamy więc sakwy montowane na tylny bagażnik, sakwy montowane na kierownicę, sakwy montowane na przedni widelec czy sakwy pod lub nad ramowe. Oczywiście każdy z rodzajów jest inny. Różni się wielkością, pojemnością i przeznaczeniem. Najbardziej popularne są sakwy montowane na bagażniku. Są największe i przeznaczone do dużej ilości rzeczy. Mogą być dwuczęściowe - dwie niezależne torby zawieszane po obu stronach tylnego koła lub jednoczęściowe tj. dwie sakwy połączone razem jakimś materiałem czy pasami, zawieszane na bagażniku. Czasami mają one jeszcze trzecią część zamontowaną na materiale łączącym dwie zwisające po obu stronach koła torby. Sakwy przednie są z reguły mniejsze. Żeby je zamocować musimy zainstalować na widelcu odpowiedni bagażnik przedni. Są wykorzystywane przez turystów na długie i daleki wyprawy, gdyż tylko wtedy potrzebujemy więcej miejsca na swoje osobiste rzeczy. Bardzo poręczną sakwą jest ta zawieszana na kierownicy. Ja ją wykorzystuję na sprzęt fotograficzny, dokumenty i różne małe drobiazgi, przekąski, mapy. Jest ona wygodna, gdyż mamy ją dosłownie na wyciągnięcie ręki, nawet w czasie jazdy. Sakwy umieszczane pod ramą lub nad ramą to głównie miejsca na zapasowe części, narzędzia, apteczki czy dokumenty, a czasami telefon.

 

Najważniejsza cecha sakw

Najważniejsze w sakwach jest jej nieprzemakalność. Oczywiście jeżeli wybieramy się na krótką wycieczkę, nie ma to większego znaczenia, ale już kilkudniowy wypad, zaplanowany, z noclegami, do których musimy dojechać, nawet w burzliwą pogodę, wymusza zakup sakw nieprzemakalnych. Są one z reguły droższe od tych przemakalnych, ale warto dołożyć kilka złotych, aby czuć się pewnie. Kolejną ważną cechą sakw jest sposób ich montażu na rowerze. Im prostszy, tym lepszy. Sakwy kupione w marketach, a nawet niektórych sklepach rowerowych, tak zwane zwykłe, montuje się zazwyczaj za pomocą pasków zapinanych na bagażniku. Mogą to być również rzepy. Profesjonalne sakwy są zaczepiane i blokowane za pomocą haków. Jest to wygodne i bardzo szybko można ściągną i założyć sakwę na rower. Wyobraźcie sobie miesięczną wyprawę i codzienny montaż sakw, które są na paski zapinane do bagażnika. Koszmar! Mając sakwy profesjonalne ich ściąganie to tylko pociągnięcie do góry za uchwyt i tyle. Klipy same się odblokowują i gotowe.

 

Na co jeszcze zwrócić uwagę?

Poza wspomnianymi wcześniej aspektami, idealna sakwa rowerowa powinna posiadać elementy odblaskowe. Szczególnie te tylne. W sytuacji kiedy będziemy z nich korzystać wieczorem wybierzmy taki model, który posiada już wklejony materiał odblaskowy lub pozwoli nam zamontować do nich dodatkowe oświetlenie. Sakwy też nie powinny ograniczać światła płynącego z lampek. My musimy być widoczni dla kierowców z daleka.

Moje sakwy

Nie będę reklamować sakw. Każdy wybierze sobie jakie będzie chciał, a rynek jest naprawdę obfity. Moja żona używa sakw firmy Crosso i jest zadowolona. Nic jeszcze nie miała mokrego, nawet po obfitym deszczu. Dla mnie denerwująca jest tylko guma z metalowym haczykiem, która naciąga się podczas zakładania sakw na bagażnik i trzyma sakwy na bagażniku. żona jest zadowolona i to jest najważniejsze. Ja korzystam z droższych sakw niemieckiej firmy Ortlieb. Według mnie to najlepsze sakwy na rynku. Montaż - klipsy samozamykające się, to perfekcyjny patent. Poza tym system plastikowych łączy z dodatkami, np: dodatkową torbą na sakwy, jest idealny. Montaż na rowerze to dosłownie chwila. Tym którzy zastanawiają się polecam takie rozwiązanie w ciemno. Używam ich już pięć sezonów i nie widać większego zużycia. Nie miałem też żadnej naprawy zaczepów, pasków itp.  

Czytałem o rowerzystach, którzy jadą w ciemno wiedząc tylko, gdzie chcą dojechać. Myślę, że jeżeli im to się podoba to tylko pozazdrościć odwagi. Ważne aby każdy na swój sposób się realizował. Ja nie należę do tego rodzaju turystów, lubię zaplanować, przemyśleć co, jak, kiedy i dlaczego. I sądzę, że takich jak ja osobników, pasjonatów planowej wyprawy na dwóch kółkach jest większość. 

Poważne wyprawy planuję nawet z rocznym wyprzedzeniem. Pisząc poważne mam na myśli wyprawy dalekie, długie czasowo, jak choćby ostatnie na Nord Kapp, dookoła Islandii czy dookoła Polski. Sposób postępowania mam stały. Plan kondycyjny, organizacja wyprawy i ekwipunek niezbędny. Tak postaram się Wam opisać co robię.  

Kondycja wbrew pozorom jest ważna

Wyprawa rowerowa to nie zwykła wycieczka rowerowa, do której nie trzeba się odpowiednio przygotować fizycznie. Nasz organizm normalnie nie jest przygotowany do długotrwałego wysiłku. A trzeba pamiętać, że nasze nogi oprócz pchania ciężaru naszego i roweru otrzymują dodatkowe obciążenie bagażu, co w przypadku długiej wyprawy wynosi kilkadziesiąt dodatkowych kilogramów. Przykładem może być moja wyprawa dookoła Islandii, gdzie dokładnie ważyłem wszystko, gdyż leciałem na wyspę samolotem i musiałem zmieścić się w normach wagowych. Ja - 82 kg + rower - 20 kg + bagaż 48 kg, daje to łącznie 150 kg dla moich nóg. Po równym "ok", ale Islandia to same góry.   Bolące kolano, kręgosłup czy naciągnięty mięsień bez przygotowania są pewne i wyprawa mogła się zakończyć bardzo szybko. Co robiłem? Nie układałem jakiegoś specjalistycznego treningu kolarskiego. Po prostu trzeba jeździć. Jeździmy kiedy się da i ile się da. Na  rowerze trzeba spędzać jak najwięcej czasu. Nie liczą się przejechane kilometry i tempo. Chodzi o to, żeby przyzwyczaić organizm do roweru, do siodełka i do długiego wysiłku. Należy to robić stopniowo na przykład dojeżdżając rowerem do pracy,  albo jeździć po pracy, jak ja to robiłem, można organizować wycieczki rowerowe krótsze lub dłuższe, np. kilkudniowe, jak ja to robiłem. Z biegiem czasu wydłużać trasę tak, żeby bez problemu osiągać dzienny dystans ok. 100 km, jaki się przeważnie robi na wyprawie. Uwzględniaj podczas treningów rowerowych góry, czyli podjazdy i zjazdy, to ważny element wysiłkowy. A więc na rower i jazda, a kondycja sama przyjdzie.

Jeszcze mała rada. Na wyprawę rowerową zabiera się ze sobą bagaż - sakwy tylne, a czasami i przednie, więc chociaż raz przed wyjazdem należy wybrać się z nimi na wycieczkę. Zobaczysz jak jeździ się z obciążeniem i jak wielka jest to różnica, zwłaszcza na podjazdach, gdzie masz wrażenie, że wieziesz jakby dodatkową osobę na bagażniku. Oprócz tego obciążony rower całkiem inaczej prowadzi się na drodze. A obciążony na przednim widelcu, to dopiero jazda! 

Jak planuję - organizuję wyprawę?

 Ta czynność należy do dosyć przyjemnych doznań. Każdy lubi marzyć, a planowanie właśnie zaczyna się od marzenia. Marzy nam się zdobycie czegoś, pokonanie czegoś, zwiedzenie czegoś, samorealizacja. I to jest przyjemne. Wyznaczamy cel i dążymy do jego realizacji. Jak planuję i jakie niespodziewane niespodzianki mogą nas spotkać opowiem na przykładzie tegorocznym czyli wyprawie na Nord Kapp. To, że jadę wiedziałem już wracając rok temu z Islandii. Jesienią zakupiłem sobie mapę Norwegii (lubię mapy papierowe, widać na nich całą planowaną trasę). Przyjąłem trzy warianty podróży, zależnie od czasu - urlopu w pracy - najkrótszy trzytygodniowy i najdłuższy miesięczny. Najkrótszy to dopłynięcie promem z Gdyni do Sztokholmu w Szwecji i stamtąd na Nord Kapp. Powrót z Alta przez Oslo. Trasa ok. 1800 km. Dwie dłuższe trasy. Z Malmo do Norwegii i wzdłuż fiordów dotarcie do przylądka i powrót z Alta lub druga wersja przez Litwę, Łotwę, Estonię, Finlandię na NordKapp i powrót jak wyżej. Obie trasy ok. 3000 km. W pierwszej wersji nastawiałem się na jazdę wzdłuż fiordów norweskich i tak planowałem. 

Planowanie to przyjemność oglądania wielu filmików ludzi, którzy tam byli, to czytanie mapy, czytanie relacji, porad innych turystów. W styczniu tego roku byłem mentalnie przygotowany do jazdy po górzystych terenach Norwegii. Miałem spisane ciekawostki, numery dróg oraz niektóre miejsca noclegowe. Życie to zweryfikowało. Świat opanował wirus covid-19 i moje plany przestały istnieć. Z niepokojem śledziłem wydarzenia, aż do maja. Wtedy okazało się, że Szwecja jest zamknięta, a jedynie od czerwca puszczają Polaków na kraje wschodnio bałtyckie. 15 czerwca zapadła decyzja, że ruszam przez Litwę, Łotwę i dalej na północ. Dokupiłem potrzebne mapy, szybko planowałem marszrutę. Wyszło mi, że muszę ruszyć nie z domu tyko dojechać do granicy Litwy pociągiem. Zaoszczędzę kilka dni, których może mi zabraknąć, żeby wrócić przed zakończeniem urlopu w pracy. Udało się plan zrealizowałem nawet z nawiązką. Dojechałem w Norwegii na lotnisko w Tromso, czyli ponad 600 km wracałem na południe w Norwegii (planowałem 150) , a to ze względu na loty z tego lotniska bezpośrednio do Polski (do Krakowa).

Jak dokładnie planuję?

  1. Jadę sam. To ma plusy i minusy. Plusem jest całkowita niezależność od partnera. Jadę ile chcę, śpię, gdzie chcę, jem co chcę. Minus to samotność. Czasami marzyło mi się z kimś pogadać po polsku. Czasami potrzebowałem pomocy, żeby coś zrobić szczególnie wtedy, gdy wyskoczy awaria w rowerze. Ostatnio naprawiałem tylny hamulec ponad godzinę, a sądzę, że z pomocą byłoby to kilkanaście minut  i nie poraniłbym sobie palców. Zawsze bałem się idąc do sklepu, zostawiając cały mój "dobytek" na zewnątrz, czy wrócę i dalej on będzie kompletny. Na szczęście do tej pory zawsze jest. Ten problem zniknąłby w parze.
  2. Zawsze planuję, że moje minimum jady to ok. 100 - 110 km na dzień. Oczywiście to nie jest sztywna ilość. Uzależniona jest od warunków atmosferycznych i terenowych. Na Litwie moja trasa wiodła drogami drugorzędnymi, które okazały się w kilku miejscach zwykłym piaskiem. Zamiast jechać musiałem kilka km pchać ciężki rower. Nadrobiłem stracone kilometry w inny dzień, robiąc 150 km na dzień. Plan musi być elastyczny.
  3. Planuję noclegi. Co kilka dni należy się porządnie umyć, wyprać spocone rzeczy. To ważne. Warto sprawdzić gdzie na trasie są schroniska, kempingi lub inne miejsca noclegowe. Na Islandii większość planowałem na dziko, a wyszło odwrotnie. Myłem się prawie co dziennie cały. Jadąc na nord kapp planowałem kilka razy spać w motelu, a wyszło znowu odwrotnie, nie spałem ani razu, wszystko na dziko, ale kąpałem się prawie codziennie, a prałem na stacjach benzynowych w ciepłej wodzie. 
  4. Jedzenie to ważna rzecz. Zawsze zabieram kilka sztuk dań żywności liofilizowanej. To dania sproszkowane, bardzo lekkie i łatwe do przyrządzania. Są dobre i pożywne. Ich wada to cena. Jedno danie to wydatek ok 30 zł. Dlatego skupiam się na własnym gotowaniu. Oczywiście główne danie to makaron z różnymi sosami i dodatkami. Ale robię też ziemniaki z mięsem (np: gulasz). Makaron to stanowczo najtańszy sposób przetrwania. Ważne w planowaniu jedzenia to zaplanowanie tak trasy, żeby mieć dostęp do sklepów (tanich sklepów).
  5. Plan startu i powrotu. Czyli całkowity wyjazd z domu. Uzależniony jest głównie od np: długości urlopu. Nie dotyczy to osób niepracujących lub tzw. wolnych zawodów, gdzie miejsce pracy nie ma znaczenia w dobie zdalnego funkcjonowania. Ja mam zawsze czas ograniczony. Muszę więc dostosować długość trasy do swoich możliwości czasowych. Na przykład planowałem ostatnio powrót z Alta w Norwegii, a dojechałem na Nord Kapp cztery dni wcześniej. Mogłem bez problemu jechać do Tromso (ponad 400 km dalej) i lecieć bezpośrednio (taniej) do Krakowa. Bilet lotniczy nie trzeba kupować dużo wcześniej, czy przed wyjazdem. Ja go kupiłem 8 dni przed wylotem przez internet w dobrej cenie, kiedy już wiedziałem, że spokojnie zdążę dojechać na czas. 

 

Co zabieram na wyprawę - czyli mój ekwipunek turystyczny

 

Od razu mówię, że zawsze mam wrażenie przesytu rzeczy i kilka bym wyrzucił. Są czasami momenty, że żałuję tego co zostawiłem w domu, a przydałoby się. Co zabieramy uzależnione jest gdzie jedziemy. Odradzam jadąc na północ Europy zabierać tylko cienkie rzeczy i odwrotnie jadąc na południe, w ciepłe kraje, brać kurtki. To chyba normalne. Nie mniej zawsze trzeba mieć jakieś minimum. Pogoda i na północy i na południu płata figle. Nie sposób uniknąć opadów deszczu jadąc na długą wyprawę. Chociaż zdarzyło mi się że w czasie dwóch tygodni nie padało ani razu, ale miałem jeden z wypadów, że w czasie 10 dni tylko 2 dni nie padało. jednego i drugiego przypadku nie przewidzimy. Ja zawsze mam wszystko na zimne i ciepłe dni. Szczegóły w innym linku.

Oczywiście planując ekwipunek musimy wiedzieć, czy będziemy spać tylko pod namiotem, czy skorzystamy z innych noclegów np: w hotelu, motelu, itp. W czasie wyprawy z moją żoną wzdłuż Wisły wiedzieliśmy, że nie będziemy spać pod namiotem, więc nasz bagaż nie przewidywał ani materaca, ani śpiwora czy namiotu. Jadąc z żon wzdłuż Dunaju wiedzieliśmy, że namiot to nasz podstawowy ekwipunek.

To samo dotyczy gotowania. Jadąc wzdłuż morza nie brałem nic do przygotowania jedzenia. Rano piłem kawę lub herbatę z automatu na stacjach benzynowych lub schroniskach, jadłem w barach obiady, a w sklepach kupowałem kanapki lub artykuły do kanapek. Jadąc na Nord Kapp wiedziałem, że ze względów oszczędnościowych będę więcej gotować i miałem oprócz kuchenki trzy garnki, patelnię i kubek ze sztućcami. Zabrałem wszelkie przyprawy i sproszkowane sosy, fiksy i gotowe dania.

Słowem - zanim wyruszysz na przygodę, zaplanuj ją chociaż w 50%. Można to zrobić uwierz mi.  

Trzeba pod czymś i na czym spać i na czymś przygotować sobie jedzenie. O tym tutaj teraz napiszę.

Na każdą wycieczkę dłuższą niż jeden dzień jesteśmy zmuszeni spakować kilka podstawowych rzeczy, dzięki którym będziemy mieli możliwość noclegu w dowolnym miejscu, we względnie komfortowych warunkach. Jeżeli jedziemy na wyprawę dłuższą, szczególnie jeżeli chcemy spędzać czas "na dziko" lub chcemy oszczędzać to warto też pomyśleć o sprzęcie do gotowania. To wyposażenie ściśle zależy od długości wyjazdu, naszych funduszy wyprawowych i upodobań kulinarnych. Jadąc na przykład na kilkudniową objazdówkę po Małopolsce, czy Śląsku, targanie kuchenki i kuchennego sprzętu mija się z celem. Mamy tyle knajp, tanich barów, że zaspokoimy się zawsze. Inaczej jest na wyprawach zagranicznych, długich, kiedy liczymy każde euro w kieszeni. Wtedy warto pomyśleć o tanim makaronie w różnych wersjach. Dlatego napiszę co ja zabieram na dłuższe wyprawy, a nie robię tego jadąc na przykład rowerem nad morze (650km).

 Jak nocuję czyli jaki namiot wybrać.

Odpowiedź jest stosunkowo prosta. Jeżeli decydujemy się na tanią wyprawę rowerową to musimy zaoszczędzić śpiąc w namiocie i to przeważnie "na dziko" ale za to dźwigać dosyć spory bagaż na bagażniku, a każdy kilogram wagi roweru to dodatkowe kalorie stracone przez nas.

Namiot zdecydowanie ułatwia całą logistykę wyjazdu, pełniąc jedną z dwóch ról:

  • Noclegu podstawowego (gdy zależy nam na minimalizacji kosztów lub wybieramy się w miejsca, gdzie na hotele, pensjonaty bądź schroniska liczyć raczej nie możemy);
  • Noclegu awaryjnego, uruchamianego, gdy zmrok zastanie nas gdzieś w szczerym polu i jesteśmy zmuszeni spać "byle gdzie".

Od tego jaki namiot na rower wybierzemy, w dużym stopniu zależy powodzenie naszej wyprawy. Na co szczególnie zwracać uwagę przy zakupie? Oto – moim zdaniem – najważniejsze czynniki:

  1. Bacznie należy się przyjrzeć gabarytom takiego sprzętu, osiąganym po złożeniu. Preferowany jest kształt podłużny, łatwy do montażu na bagażniku. Oczywiście są teraz namioty szybko rozkładające się, ale moim zdaniem są za duże na wymiary bagażników rowerowych (nawet głupio to wygląda)
  2. Dobry namiot na wyprawę powinien posiadać przedsionek, w którym zmieszczą się nasze sakwy lub być na tyle duży wewnątrz, żeby nasz dobytek był chroniony na noc. Czy to konieczne? Oczywiście, można ryzykować, ale trzeba pamiętać, że sakwy pozostawione na noc pod chmurką nie są chronione przed skutkami nocnej ulewy lub porannej rosy (nawet jeżeli są wodoodporne). Raz zostawiłem bagaż pod chmurką niedomknięty porządnie i rano suszyłem jego zawartość. Poza tym bagaż “nocujący” na zewnątrz, w skrajnych przypadkach, może też skusić amatorów cudzego mienia. Szczególnie bałbym się w dawnych krajach bloku komunistycznego.
  3. Niezbyt przemyślany wybór namiotu, może doprowadzić do nie małych frustracji. Chodzi tutj o system rozkładania i składania namiotu. Pamiętajmy, że robimy to w różnych warunkach. Rozbijałem na Islandii namiot przy tak silnym wietrze, że musiałem w pierwszej kolejności zamocować linki odciągające, żeby następnie zamontować stelaż. Sytuację mogą dodatkowo pogorszyć: np: szybko zapadający zmrok i opady deszczu. Stawianie namiotu po ciemku, bądź w ulewie, nigdy nie należy do przyjemności. W takich warunkach idealnym rozwiązaniem byłyby namioty samorozkładające się. Niestety, kształt koła, jaki przyjmują po złożeniu, sprawia, że są mało poręczne w transporcie i na sakwiarskich szlakach rzadko się je spotyka. Rowerzystom, dla których duże znaczenie ma łatwość rozkładania, polecić możemy modele jednopowłokowe. Ich prosta konstrukcja umożliwia szybki montaż. Takie wersje są też – siłą rzeczy – lżejsze od namiotów dwupowłokowych. Wadą może być bardziej dokuczliwe, niż w przypadku namiotów, gdzie tropik i część sypialna są niezależne, zjawisko kondensacji pary wodnej i nic przyjemnego jak nad ranem kapie nam na czoło woda.
  4. Tylko optymiści wierzą, że podczas wielodniowej wyprawy uda się ominąć opady. Gdy wybieramy namiot  powinniśmy się kierować prostą zasadą, im więcej milimetrów ma podawany przez producenta słupek wody, tym większa szansa, że zakupiony sprzęt pomoże nam przetrwać ulewę. Dobrze jest, gdy sprzęt oferuje parametry na poziomie równym lub wyższym: 3000 mm (w przypadku tropiku) oraz 5000 mm (w przypadku podłogi). Jeśli wybieramy się w rejony słynące z deszczowej pogody, warto zastanowić się nad zakupem namiotu ze stelażem zewnętrznym. Dlaczego? W klasycznym systemie (gdzie stelaż jest wewnątrz) zaczyna się od rozłożenia sypialni, którą dopiero po chwili zakrywamy tropikiem. W czasie pomiędzy tymi dwiema operacjami środek namiotu narażony jest na kontakt z deszczem. Przy stelażu zewnętrznym, tropik osłania sypialnię już podczas rozbijania namiotu, co daje nadzieję, że wewnątrz wciąż będzie sucho.
  5. Warto wybrać sprzęt, który przetrwa niedogodności związane z transportem, ale – przede wszystkim – będzie gotowy, by stawić czoła codziennemu rozkładaniu i składaniu. Dlatego należy zwrócić uwagę zarówno na jakość materiału, z jakiego uszyty został namiot, jak i detali, takich jak: zamki i rzepy. Najważniejszy jest jednak kręgosłup całej konstrukcji – czyli stelaż. W tańszych modelach z supermarketu ta część długo nie wytrzymuje, a pęknięcia zdarzają się już na samym początku wyprawy. Polecam stelaże aluminiowe.
  6. Wrogiem namiotów jest silny wiatr. Jeśli planujemy wyjazd w kraje, gdzie wichury są na porządku dziennym, np: na Islandię, warto poszukać konstrukcji zaprojektowanej tak, by skutecznie stawiła czoła wyzwaniu. W przeciwnym razie, nasz dom, może przeistoczyć się w latawiec i – najzwyczajniej w świecie – odfrunąć. Warto tu wspomnieć o szpilkach i śledziach. Ja zmieniłem na górskie, są wytrzymałe, dostosowane do różnych terenów i bardzo lekkie (ale drogie).

Jaki więc namiot wybrać? Moim zdaniem:

- dwuosobowy (na jedną osobę + bagaż)

- lekki (tj. waga ok.2 kg - namiot jednoosobowy można kupić nawet do 1 kg)

- po złożeniu kształt podłużny o niewielkich wymiarach (namioty jednoosobowe mogą mieć nawet wielkość bidonu)

- dobrej, sprawdzonej marki (najlepiej wyprawowy dla alpinistów. Oni muszą dźwigać więc wybierają najlepsze)

- najlepiej zielony (ciemny) - nie widać go w lesie i w nocy.

- nie tani, nie z marketu (dłużej posłuży i jest większa gwarancja bezawaryjności)

Jaki ja wybrałem?

Kierowałem się powyższymi parametrami. Jednak mój zakup był związany z tym, że jeździłem z żoną więc mam namiot 3-osobowy o dużym przedsionku (wejdzie cały rower), bardzo wytrzymały (mam go już 5 lat i sprawdził się w czasie burz, potężnej ulewy, wichury i nic mu nie jest), tunelowy (łatwy przy rozkładaniu w czasie silnego wiatru) i w kolorze zielonym co czyni go niewidocznym na tle zieleni. Poniżej go prezentuję. To namiot polskiej firmy Marabut pod nazwą Atacama, za który zapłaciłem ponad 1200 zł.

Ma jednak wady. Jest ciężki, bo waży 3,5 kg i musiałem zmienić mu szpilki. Jest za duży na samotne wyprawy. Cały czas myślę o drugim, mniejszym.

 

Sprzęt do gotowania

Gotowanie prawdziwych posiłków pod gołym niebem to wielokrotnie konieczność sakwiarza. Czasami po całodziennym trudzie z niechęciom zabieramy się do przyrządzania sobie jedzenia wiedząc, że będzie to trwało długo (np. na ognisku) i padniemy przed jego końcem. Dlatego warto skorzystać z coraz lepszych kuchenek gazowych lub wielopaliwowych. Obecnie możliwości zakupu dobrej kuchenki jest wiele, tylko którą wybrać?

Przed zakupem trzeba zadać sobie najważniejsze pytanie: Jakie paliwo? Obecnie na szlakach gdzie bywałem, zdecydowanie królują kuchenki gazowe, zasilane z lekkich, jednorazowych pojemników zwanych kartuszami. Kartusze z kolei mogą być nakręcane (stosowane przez większość firm i mają standardowe gwinty) i z połączeniem rozporowym (produkowane przez firmę Campingaz). Głównym minusem kuchenek gazowych jest to, że nie sprawdzą się w mrozie, chyba że kupimy specjalną mieszankę gazu przygotowaną na bardzo niskie temperatury. Poza tym kartuszy nie można przewozić samolotem i nie kupimy ich na odludziu, dlatego w takich przypadkach warto rozważyć zakup kuchenki benzynowej lub wielofunkcyjnej ze zmiennymi dyszami. Tą ostatnią właśnie ja nabyłem.

Moja kuchenka to Model OmniFuel II  firmy Primus.  Kuchenka ta może być zasilana praktycznie każdym paliwem - gazem, benzyną, ropą, parafiną, naftą, a nawet paliwem lotniczym. Sprawia to, że znalezienie odpowiedniego typu paliwa nie stanowi problemu nawet w najdalszych zakątkach świata. Kuchenka  jest bardzo cicha w pracy i bardzo oszczędna. Jeden gazowy kartusz 450 ml posłużył mi przez dwa tygodnie przy codziennym gotowaniu. Używam ją trzy lata i nic nie musiałem wymieniać czy naprawiać. Jest bardo lekka (tytanowa konstrukcja), składana do niewielkich wymiarów, posiada zamienne dysze, osłony wietrzne i świetny worek wodoodporny. Polecam każdemu kto wybiera się na długie wyprawy. 

 

Materac i śpiwór

Kolejny ważny element ekwipunku wyprawowego. Zacznę od materaca, a właściwie pytania karimata czy materac. Dla mnie odpowiedź jest prosta - materac. Powód jest banalny. Lubię miękkie w miarę równe podłoże do spania. Śpiąc na karimacie trzeba zawsze znaleźć w miarę równe miejsce, gdyż każda nierówność po kilku godzinach odbije się nam na ciele. Poza tym są za duże na rower. Jedyna ich zaleta to waga, ale inne produkty nie odbiegają wagowo od karimaty. Mamy też do dyspozycji maty samopompujące. Miałem takie i nawet kilka wyjazdów zaliczyłem z matą firmy Fjord Nansen. Są wygodne w użyciu, wystarczy odkręcić zawór, a po chwili, gdy napełnią się powietrzem, zakręcamy zawór i gotowe do spania. Wadą jest ich cienkość, co również nie sprzyja konfortowi spania. Musiałem spać nie raz na skalistych zboczach i wierzcie mi rano czułem wszystkie kości. Dlatego zdecydowałem się zainwestować w materac dmuchany. Ktoś pomyśli, że głupota. Otóż znalazłem materac, który dmucha się z oddalenia, bez wysiłku. Posiada specjalny zawór zatrzymujący wylot powietrza. Jest bardzo lekki (600g) i po złożeniu jego wielkość jest porównywalna z bidonem. Jedyna wada to cena, kosztuje ponad 700 zł. Poniżej widzicie go rozłożonego w namiocie. Jest bardzo wygodny, a spałem w naprawdę ekstremalnych warunkach.

Z moich doświadczeń wynika, że ilość rzeczy zabierana na wyprawy wcale nie zależy od ich długości trwania. Na to co mamy zabrać wpływa tylko to, gdzie jedziemy.

Jeżeli zdecydowałeś się wyruszyć na wyprawę rowerową, nie na krótkotrwałą wycieczkę, to to co zabierzesz ze sobą jest naprawdę ważne. Aby wyprawa była udana, musisz się do niej solidnie przygotować, zaplanować co zabierzesz. Na wyprawie poza kondycją (która nie jest wbrew pozorom najważniejsza, bo to Ty decydujesz kiedy zakończyć dzień, ile przejechać, ile odpoczywać), obowiązkowo należy wziąć ze sobą turystyczny ekwipunek, zapewniający wygodę, bezpieczeństwo i umożliwiający zareagowanie w nieprzewidzianej pogodzie i sytuacji. Mam w dorobku wiele wyjazdów i wierzcie mi dobry plan to podstawa, gdyż do dnia dzisiejszego zawsze mam czegoś za dużo, albo czegoś mi brak. To co zobaczycie poniżej to tylko moja propozycja, ale uniwersalna, którą należy wzbogacić jeżeli wyjeżdżasz w zimne kraje lub uszczuplić jeżeli celem Twojej wyprawy są kraje ciepłe - południowe.

 

Odzież

Wszystko jest zależne od klimatu, do jakiego się wybierasz. W  Polsce, nawet latem musimy być przygotowani na opady deszczu (czasami dugi czas)  lub chłodniejsze noce. Jadąc na południe Europy lub dalej branie ciepłych spodni lub czapki mija się z celem. Zawsze jednk trzeba nawet jadąc na południe zabezpieczyć się chociaż w jeden długi dres. Natomiast będąc na Islandii bez sensu brałem dwie pary krótkich spodenek. Raz użyłem jedne i to tylko kilka godzin, gdyż pogoda się błyskawicznie zmienia. Za to potrzebowałem większej ilości nieprzemakalnych rzeczy. Na dłuższe wyprawy warto wziąć dwie pary butów, w razie zamoczenia (a miałem takie przypadki) lub uszkodzenia jednej z nich masz drugie. Zawsze za to polecam koszulki rowerowe czy to z krótkim, czy długim rękawem. Co biorę zawsze:

polar

 

1

kurtka puchowa

 

1

kurtka nieprzemakalna           

1

koszulka krótki rękaw zwykła

2

koszulka rowerowa dł. Rękaw

1

koszulka rowerowa krótki rękaw

2

spodenki rowerowe krótkie

2

spodnie dł.rowerowe

 

1

spodnie dresowe

 

1

spodnie nieprzemakalne

1

spodnie na podróż (jeżeli dojeżdżam środkami publicznymi na miejsce)

 

1

termoaktywna odzież

 

1

czapka rowerowa cieńka

1

rękawice rowerowe

 

1

krótkie spodenki

1

majtki

 

 

3

kąpielówki

 

 

1

skarpety rowerowe

 

3

skarpety zwykłe

 

2

buty goratex

 

1

adidasy

 

 

1

klapki

 

 

1

osłony na buty przeciwdeszczowe

1

Higiena

Wbrew pozorom to ważny element wyprawy. Miał ktoś kiedyś przygodę z brakiem papieru toaletowego? Ma pewno tak. Brak czegoś to ból. Niektóre zaś akcesoria higieny osobistej to bardzo indywidualna sprawa. Mam na myśli kosmetyki i wyposażenie kobiet. Nie narzucam nikomu niczego i jako facet wymienię tylko podstawowe elementy, które wydają mi się uniwersalne i zabieram je na prawie wsystkie wyprawy:

ręcznik szybkoschnący

2

pasta do zębów

1

body gel

 

1

chusteczki nawilżane

1

papier toaletowy

1

chusteczki higieniczne

4

szczoteczka do zębów

1

maszynka do golenia

1

szampon

 

1

dezydorant

1

 Elektronika

To równie ważny element wyprawy jak środki czystości. Tutaj popełniałem wiele błędów. Szczególnie na Islandii, gdzie ze względu na częsty brak wieczornego dostępu do prądu musiałem mając tylko jeden powerbank siedzieć godzinę lub więcej na stacjach benzynowych, w restauracjach, aby naładować nawigację, czy telefon. Jadąc na Nord Kapp zabrałem 2 powerbanki dużej pojemności i to wystarczyło.  Po każdej wyprawie wyciągałem wnioski i na ostatniej do Norwegii zabrałem następujące elementy wyposażenia:

kamera GO Pro

1

aparat fotograficzny

 

1

telefon

 

1

nawigację GPS

 

1

laptop

 

1

modem

 

1

power bank

2

ładowarka do telefonu, powerbanku, nawigacji i aparatu

3

Lekarstwa i środki opatrunkowe

Na szczęście zdrowie mi jeszcze dopisuje i właściwie prawie nigdy nie korzystałem z zabranych lekarstw. Wyjątkiem był węgiel, który ze dwa razy musiałem zażyć chyba z powodu zmiany wody.  Jednak nigdy nie wiemy, kiedy coś się stanie. Dlatego warto przygotować się na nieprzewidzianą sytuację. Bez względu na dostępność do aptek na trasie wyprawy, zwykle zabieram:

tabletki przeciwbólowe

1

węgiel

 

1

tera flu na przeziębienia

 

3

coś do ssania - na bolące gardło

 

1

sudokrem - otarcia intymnych części ciała

 

1

plastry - najlepsze wodoodporne

 

3

woda utleniona

1

bandaż mały

 

1

bandaż elastyczny - na bolące kolana, stawy, itp

2

nożyczki

 

1

wapno na uczulenia

 

1

maść przeciwbólowa np: Ibupromsport

1

magnez tabletki rozp.

2

multiwitamina

1

Narzędzia i części rowerowe

Przed wyprawą staramy się przygotować nasz rower najlepiej jak umiemy. Przynajmniej ja tak robię. W rzeczywistości już na wyprawie różne mogą nas spotkać niespodzianki.  Nasz rower jest czasami obciążony do granic możliwości i przez to poddawany nieustannym próbom, w zmiennych warunkach atmosferycznych, na różnej drodze i czasami ma prawo odmówić posłuszeństwa. Super jest jak to tylko dętka, albo odkręcona śruba. Z tym sobie poradzimy. W mojej wieloletniej turystycznej przygodzie doświadczyłem bardzo wielu awarii. Niestety poważniejsze zawsze na wyprawie są poza naszymi możliwościami. Niemożliwe jest wożenie całego warsztatu, a miałem pęknięte szprychy, uszkodzone łożysko w torpedzie, zatarłem piastę tylnego koła, pękła mi obręcz w kole. Bez dobrego sklepu z częściami rowerowymi i serwisu ze specjalistycznym sprzętem się nie obejdzie. Jednak wiele razy sobie poradziłem dzięki temu co zawsze biorę:

dętki

 

2

opona zwijana (nie zawsze zabieram)

 

1

łatki i klej

 

kpl

łyżki do kół

1

imbusy różne, dostosowane do rodzajów śrub

 

1

uniwersalne narzędzie składane - są tam kombinerki, śrubokręty, noże, otwieracze, piła do drzewa, pilnik itd.

1

klucz do pedałów

1

zapasowe śrubki

kpl

trytki - bardzo ważne, można nimi naprawić bardzo wiele

 

kilka

smar do łańcucha

1

taśma izolacyjna

1

zapasowe klocki hamulcowe

2

kawałek dwużyłowego, cienkiego kabelka

1

pompka

 

1

 

Inne przedmioty - według mnie ważne

Mniej lub bardziej ważne, ale z doświadczenia wiem, że często niezbędne na wyprawie:

linka do namiotu, która służy też do wieszania prania

1

klamerki do prania

kilka

proszek w woreczku lub w plastikowej butelce

 

1

scyzoryk

 

1

monopad do selfii

 

1

mapy (lubię planować wieczorami trasę, a ciężko za pomocą mapy google, za mało widzę)

 

1

notes do zapisywania nazw miejsc gdzie byłem. Czasami po godzinie nie pamięta się to co zobaczyliśmy.

 

1

długopis

 

1

przybory do szycia

1

rękawiczki gumowe np: do reperacji roweru w trasie

5

paszport lub dowód osobisty

 

1

karty kredytowe (mam jedną starą dla bezpieczeństwa. Na szczęście nikt jeszcze mnie nie napadł)

1

euro lub inna waluta kraju gdzie jadę. Szczególnie potrzebowałem jej na Islandii na płatne prysznice

 

ok. 400

przewodniki. Warto wiedzieć co się widzi, gdzie się jest

1

spandery gumowe

2

woreczki foliowe

kilka

reklamówki np: na brudne rzeczy

2

To nie wszystko!

Wydaje się dużo, ale moim zdaniem trzeba jeszcze zawsze dostosować swój ekwipunek do siebie. To ja zabieram i jeżeli komuś to pomoże, to się cieszę. Jednak to nie wszystko. W zależności od charakteru wyjazdu, klimatu, długości, weźcie tylko te rzeczy, które wydają się Wam najbardziej potrzebne. Sakwy mają ograniczoną pojemność.

Nie wspomniałem tutaj jeszcze o sprzęcie turystycznym i kuchennym, ale to będzie osobna strona.

Bardzo wielu przyjaciół i znajomych w sieci pyta na czym jeżdżę na wyprawy. Postanowiłem przedstawić wam mój rower i jakie narzędzia biorę zawsze wyjeżdżają gdzieś daleko

Na wyprawę rowerową nadaje się praktycznie każdy rower. Oczywiście zależy to od tego gdzie jadę, na jak długo i oczywiście jak dużo bagaży zabieram. Nie polecam rowerów z Biedronki i innych marketów spożywczo-przemysłowych. Moi uczniowie mieli takie na rajdach rowerowych i strzelało co popadnie - pedała, przerzutki, szprychy, a nawet pękł raz korbowód na pół. A jeździmy bez sakw.

Na czym jeżdżę?

Za nim przedstawię Wam moje dwa kółka trochę historii.

W latach 70 XXw. szalałem na składaku. Starsi pamiętają te czasy. A młodsi, wystarczy jak pójdą do porządnego sklepu rowerowego i zobaczą, to co było normą w tamtych czasach. Dzisiaj te można kupić składaka, trochę ulepszonego, ale idea roweru pozostała taka sama. Miał się składać co najmniej w pół, żeby schować go w bagażniku samochodu. Rower dostałem na komunię. Pamiętam, że robiłem na nim olbrzymie kilometry. Potrafiłem jechać do odległego o 30 kilometrów Raciborza. To był wyczyn.

 

Pod koniec lat 70 i początku 80 poprzedniego wieku rodzice, widząc moją pasję kolarską, kupili mi  kolarzówkę. Ta  po prawej stronie jest nawet podobna. Też miałem w kolorze czerwonym i z bagażnikiem. To był hit podwórka. Niedługo po mnie mój kolego z klasy również doczekał się takiej samej maszyny. I zaczęło się. Robiliśmy wspólnie dalekie wyprawy. Na kolarzówce zjeździłem cały Śląsk, Opolszczyznę, byłem w Krakowie (250 km ode mnie), jechałem szlakiem Orlich Gniazd. Jakby nie studia, które zahamowały trochę pasję, to może bym wyruszył tym rowerem nad morze. Takie mieliśmy plany. Drugim powodem był koniec bliskiej znajomości z moim towarzyszem podróży. Kolega wyjechał do szkoły w Krakowie, a po szkole zamieszkał w Tomaszowie Maz. i kontakty się urwały.

 

W latach 90 dorobiłem się kellysa. Nie takiego jak na zdjęciu, ten jest współczesny, ale wygląd miał podobny. Byłem już żonaty i razem z małżonką kupiliśmy sobie podobne rowery, oba w kolorze białym. To były dobre zakupy. Kellysy służyły nam ponad 15 lat. Może dlatego, że nie wybieraliśmy się w dalekie podróże nimi, gdyż nowa rodzina, obowiązki młodych rodziców, nowa praca, nowy dom zaprzątnęły nas do reszty. Rowery były jako atrakcja wycieczek niedzielnych  letnich. Więcej zacząłem jeździć dopiero na początku XXI w. I stwierdziłem, że mój "wysłużony" rower musi pójść w sprzedaż. Udało mi się uszczęśliwić znajomego, który z niewielką kwotę stał się jego kolejnym użytkownikiem. Żona nadal jeździła na kellysie, jeszcze dobre kilka lat.

 

Mój nowy nabytek miał mi służyć na wyprawy rowerowe, które zacząłem ponownie planować, gdyż dzieci były już duże, życie ustabilizowane i mogłem powrócić do pasji. Kupiłem polski rower Kross w wersji turystycznej. Pamiętam cenę - 3999zł. Szaleństwo. Mając taki rower, na osprzęcie shimano robiłem masę kilometrów. Rocznie potrafiłem, jeżdżąc tylko po pracy i w weekendy robić 6000 do 7000 km. Oczywiście dla kolarza to nic nadzwyczajnego, ale dla amatora, jak ja, to wyczyn.

 

 

Na krossie przejechałem łącznie 25 tys. km. Tyle miał mój licznik, który przez przypadek zniszczyłem w czasie wyprawy wzdłuż Wisły, a kupiłem go razem z rowerem. Jeździło się super. Był szybki, na każdy teren, wygodny. Dzięki osprzętowi nie straszne mi były górskie szlaki Czech (tam głównie jeżdżę ze względu na szlaki rowerowe). Potrafiłem pokonywać podjazdy kilkunastoprocentowe. Niestety rower dosyć szybko zaczął nie wytrzymywać mojego tempa. Tak powiedział serwisant, który wymieniał po nie cały roku łożysko w korbowodzie, które zaczęło strzelać przy podjazdach. Był to jego pierwszy przypadek że tak nowy rower wymagał takiej naprawy. To nie był koniec problemów. Zaczęły pękać plastiki trzymające błotniki. Niby drobiazg, ale doszło do tego, żę zamienniki woziłem na stałe w sakwie (nawet 10 szt.), bo nic przyjemnego jak błotnik ci lata. Problem miałem również ze szprychami. Niby rower trekkingowy, a wymieniłem pęknięty bagażnik i kilka szprych. Jego żywot w moim użytkowaniu dobiegł wtedy, gdy podczas wyprawy nad morze musiałem wymienić kolejną szprychę i okazało się, że mam popękaną tylną obręcz. Naprawiłem, ale postanowiłem kupić coś nowego i porządnego

Trafiło na rower turystyczny Cube Kathmandu. Rower z wyższej półki, jak powiedział lokalny serwisant.  Cena też nie mała (7 500zł). Ten po lewej odpowiada prawie całkowicie temu, który mam obecnie. Różnica jest w pedałach, których tu nie ma. Mam aktualnie SPD połączone z platformą. Jak chcę to wpinam buty, jak nie to odwracam je i jadę jak na pedałach tradycyjnych. Rower jest rzeczywiście dobry. Siadł mi dopiero na Islandii, ale i tak nie było źle. Dojechałem do końca. Solidna niemiecka robota. Przejechałem nim aktualnie 18,5 tys. kilometrów. Nie pękła mi ani jedna szprycha, żaden plastik, a bagażnik poza otarciami od sakw, nie nosi śladów zużycia. Wykończyłem tylko tylne koło, a właściwie zatarłem tylną piastę. Na Islandii wysypały mi się łożyska i załatwiłem wnętrze koła. Na strzelającym, trzeszczącym kole zrobiłem tam jakieś 600 km.  Do wymiany całe koło. W tym roku wracając z Norwegii samolotem nie mogłem odkręcić jednego podła na lotnisku. Tutaj na miejscu w serwisie zniszczyli ponoć 2 klucze i też nie odkręcili. Prawdopodobnie będę musiał wymienić korbę. I tak mnie kiedyś to czeka, gdyż zębatki przednie zrobiły już kilkanaście tysięcy kilosów. Na razie jeżdżę na miejscu więc nie ma kłopotów.

Osprzęt w cube to shimano deore xt, hamulce tarczowe, a rower, goły, waży niecałe 20 kg (chyba 18,5 kg - kiedyś ważyłem, ale nie pamiętam dokładnie). Jest szybkim, wygodnym rowerem turystycznym.