Tadeusz Wojciechowski

 

Witam na moich stronach.

20 dzień - Piątek - 31.07.2020r. – przejechane 131,20 km

Nord Kapp – Tunel Przylądka Północnego – Stranda – za Olderfjord przy E6.

        Przez większość nocy namiotem targały mocne wiatry mimo tego, że starałem się rozbić za skarpą, gdzie miałem osłonę i tak nie wiało. Przebudziłem się ok. godz. 2  i dalej namiot skakał na wietrze. Kiedy się jednak obudziłem ok. 5 rano była cisza.

W nocy zrobiłem jeszcze jedną ważną rzecz. Wyliczyłem na google maps ile jeszcze km mi zostało do Alta i Tromso. Z Alta, które jest bliżej, bo ok 200 km stąd, samoloty latają do Oslo i tam musiałbym czekać na lot do Polski. Z Tromso Wizzar lata prosto do Krakowa lub Gdańska. Lot do Krakowa odbywa się co poniedziałku i piątku. Mam do Tromso ponad 600 km, więc za tydzień z powodzeniem powinienem tam zawitać. Kupiłem tego wieczora bilet na lot do Krakowa na piątek, na godz. dziewiątą rano. Muszę być w Tromso do czwartku, aby spokojnie spakować się i zdążyć na samolot.      

Ostatecznie wstałem dopiero ok. godz. 8. Kiedy wyjrzałem z namiotu nic nie widziałem, taka była gęsta mgła. Idę przez parking do WC w restauracji i 20 m przed sobą nie widzę nawet samochodów. Kieruję się na wyczucie, tam gdzie powinien być budynek restauracji. Trafiam trochę obok budynku.

Dokładnie o godz. 9:22 ruszam w drogę powrotną. Mgła nadal jest okropna i jedzie się strasznie. Na początek długi zjazd potem trochę podjazdu i po 10 km nagle mgła jak ręką odciął, znikła. Staję po chwili na parkingu oglądam się, rzeczywiście za mną biała ściana. Wczoraj z tego miejsca widziałem białą kulę na restauracji. Uśmiechnąłem się do siebie, gdyż pomyślałem, że jakbym dzisiaj zdobył Nord Kapp trafiłbym na najgorszą, jaka może być pogoda dla turysty. Po dwóch kolejnych podjazdach zaczynam odczuwać wczorajszą drogę, a przede mną przecież tunele. Klif na jakim jest Nord Kapp to 307 m n.p.m i tyle zjadę wracając do tunelu, ale budowniczy jedynej drogi na wyspie zadbali  jej urozmaicenie. Dojeżdżając do Honningsvag muszę już dłużej odpocząć.

Jedząc pyszną, słodką bułeczkę patrzę na tubylców. Ja siedzę w kurtce, długich spodniach, a oni przyjeżdżają pod sklep swoimi półciężarówkami w krótkich spodenkach i koszuli. Muszę dodać, że temperatura na moim liczniku pokazywała przed chwilą 120C. Przez godzinę odpoczywałem, aby nabrać sił na tunel pod morzem. Jadę. Po pół godzinie za zakrętem widzę w oddali znajomy widok – wjazd do tunelu. Samochody spokojnie wyjeżdżają i wjeżdżają czyli nie ma już awarii. Ruchu też nie ma dużego i szczęście. Zatrzymuję się przed wjazdem i teraz zakładam ciepłą czapkę, zapinam pod brodę kurtkę i zakładam ciepłe rękawice. Mogę zmierzyć się z tunelem. Znowu szalony zjazd, ale teraz jest o wiele lepiej z organizmem. Trochę prostej, muszę już rozpiąć kurtkę i 9% podjazd, tym razem bez zsiadania, dałem radę. Wreszcie słońce i uśmiech na twarzy – dałem radę, teraz już z górki. Drogę E69 pamiętałem. Co chwilę widzę znajome widoki, znajome góry i strumienie. Jedzie się dobrze, wiatr wieje dzisiaj z boku, a czasami w plecy i dlatego średnia prędkość sięga prawie 20 km/h. Jedyny mankament, to zimno jakie zacząłem odczuwać kiedy tylko silniejszy wiatr powiał mi po mokrych plecach. Dzięki dobrej prędkości szybko docieram do drogi E6.

Przez drogę przechodzi przepiękny renifer. Maści biało – czarnej z potężnym porożem, takiego jeszcze nie widziałem, chociaż ich widok znany mi jest od Rovaniemi. Szkoda, że nie udało mi się zrobić zdjęcia lub filmiku. Zanim zdążyłem sięgnąć po komórkę renifer wystraszony zniknął między drzewami.  

Na drodze E6 skręcam teraz na zachód w kierunku Alta. Jest już 18:30 i mam przejechane 125 km. Nogi czują już dzisiejsze podjazdy. Zaczynam szukać miejsca na nocleg. Niestety znowu jadę pod górę i po obu stronach są same zbocza. Jadę tak 6 km i nareszcie widzę lekki zjazd na niewielką polankę jakieś 50 m od drogi. Zostaję, mimo tego, że tak blisko drogi i będę musiał znosić ruch samochodów.

Rozbijam się, lekka toalety, ciepła kolacja. Melduję się żonie informując o moich planach na powrót. Sprawdzam w nawigacji ile mi zostało. Kalkulator wskazuje, że mam jeszcze 490 km do Tromso.

21 dzień - Sobota - 1.08.2020r. – przejechane 120,33 km

Za Olderfjord przy E6 – Skaidi – Rafsbotn – Alaouta – Alta – Hjemmeluft – za Kvenvik.

Dokładnie trzy tygodnie temu wyjechałem z domu na wyprawę. Ten fakt skojarzyłem pijąc na śniadanie kawę i jedząc bułkę z serkiem. Noc miałem kiepską. Rozbiłem się na lekko pochyłym terenie, najlepszym jaki znalazłem i w nocy ciągle zjeżdżałem w śpiworze w dół. Okropność budzić się z podkurczonymi nogami, skulony w śpiworze opartym o zasunięte wejście do namiotu.

Po godz. 8 jadę. Na początek ciąg dalszy wczorajszego sporego podjazdu. 1300 m w górę, potem szalony zjazd na prawie 10  n.p.m. Znowu pod górkę i znowu zjazd, jak na rollercoaster. Taką drogę miałem prawie do Alta. Tuż przed miejscowością miałem szalony zjazd 5 km w dół. Ktoś by powiedział, ż to nic nadzwyczajnego i ja też to mówię z jednym wyjątkiem. Termometr wskazuje 14 0C, jadę w kurtce, rękawiczkach i długich spodniach. Wspinam się kilometr, a może dłużej w górę pot się leje po plecach, rozpinam kurtkę. Nagle zjazd kilkunastominutowy z prędkością dochodzącą do 50 km/h i to przy ciągłym hamowaniu. Temperatura ciał nagle spada przez zimny wiatr jaki mnie owiewał, aż czuję drętwienie na ciele i znowu podjazd, prędkość 6-7 km/h, temperatura ciała rośnie, pot się leje, aby po chwili ciałem targają dreszcze z zimna przy kolejnym zjeździe. I tak przez ponad 100 km.   

Alta to niewielka miejscowość, bardzo czysta i z ciekawym centrum. Raczej młode miasto, gdyż nie zauważyłem starych zabudowań. Na pewno rzuca się w oczy spiralna budowla, z lśniącą w słońcu wieżą katedry protestanckiej. Przeczytałem, że została wybudowana dopiero w 2003 roku przez architekta z Danii. Niestety nie mogłem wejść do środka, była zamknięta.

Na stacji paliw zatrzymałem się na kawę. W Norwegii kawę na stacji dostaje się za darmo. Zauważyłem to już wcześniej  w trasie, kiedy na jednej ze stacji paliw poprosiłem o ciastko i kawę. Zapłaciłem tylko za ciastko co mnie zdziwiło. Kiedy siedziałem i spożywałem drożdżówkę wchodzili przyjezdni, nalewali sobie do termosów, kubków termicznych lub zwykłych kubków kawę i wychodzili nic nie płacąc. Korzystałem z tego dobrodziejstwa do końca mojej podróży.

Od kilkudziesięciu kilometrów jadę wzdłuż brzegu morza. Jadę norweskimi fiordami. Widoki są coraz piękniejsze. Za Alta spotykam Niemca, który jedzie na Nord Kapp. Zatrzymuje się na pogaduszki. Mówi żebym pojechał na Lofoty on stamtąd jedzie. Trochę daleko i musiałbym wracać, ale powinienem w pięć dni zdążyć. Pyta o drogę na Nord Kapp. Ma bardzo mało bagaży. Musi chyba spać w hotelach, gdyż nie widziałem u niego namiotu. Jakby miał więcej kasy też bym tak robił.

Kilka kilometrów za miastem trafiam na tunel, a przed nim zakaz wjazdu rowerów. Musiałem gdzieś wcześniej zgubić jakiś znak drogi dla rowerzystów. Zatrzymałem się z dylematem, czy łamać przepisy, czy wracać się i szukać ścieżki rowerowej. Tunel ma 1300 m, to nie dużo kilka minut i jestem na drugiej stronie - pomyślałem. Jadę z duszą na ramieniu. Na szczęście jest w dół i bardzo szybko widzę światło po drugiej stronie. Udało mi się. 10 km dalej stwierdziłem, że powinienem trochę zwolnić tempo, gdyż do Tromso dojdę w trzy dni. Jest dopiero godz. 17 i postanawiam na dużym parkingu, przed kolejnym tunelem zatrzymać się. Przeważyła ubikacja z ciepłą wodą. To mnie skusiło, gdyż chciałem umyć włosy. Jest też jakaś koczująca, chyba cygańska, rodzina z dwoma wielkimi psami ujadającymi na mój widok. Cofnąłem się trochę od parkingu i w małym zagajniku rozbiłem się. Mogłem wyprać rzeczy, suszyć na wietrze, a przede wszystkim spokojnie się umyć, nie wspominając o dłuższym odpoczynku.

22 dzień - Niedziela - 2.08.2020r. – przejechane 102,8 km

Za Kvenvik – Melsvik – Tavik – Strandnes – Burfjord – Sekkemo – okolice Kvaenangen.

O godz. 6:30 obudził mnie hałas głośnej muzyki puszczonej w samochodzie. Do tego wrzaski jakiegoś idioty. Trwało to kilka minut i usłyszałem odjeżdżający samochód, po którym była błoga cisza mącona dalekimi odgłosami samochodów.  Wyszedłem na zewnątrz, było zimno. Idąc do WC nie widziałem cyganów, już wiem kto tak rano wrzeszczał.

Mimo, że tak wcześnie wstałem ruszyłem dopiero o godz. 8:00. Fiordy dają mi popalić. Droga nadal faluje jak sinusoida. Norwedzy budują coraz więcej tuneli, które skracają znacząco drogę. Dojeżdżam do kolejnego o długości 900 m. Jest zakaz wjazdu rowerom, a obok widzę ścieżkę rowerową nad samym brzegiem morza. Nie łamię przepisów i jadę ścieką. 3,5 km raz w górę i w dół, ale z pięknym widokami na fiordy. Wyjeżdżam po drugiej stronie tunelu. Czyli tunel skraca drogę o prawie 3 km.

Na stacji paliw robiłem sobie dłuższą przerwę na hot doga i darmową kawę. Mam już 100 km dzisiaj. Postanawiam dalej nie jechać. Szukam miejsca do spania. Znowu podjazd. Po dwóch kilometrach znalazłem między krzakami niewielką polankę. Zostaję. Znowu komary. Mimo tego robię sobie makaron z sosem carbonara. Nawet nie wiedziałem, że jestem w stanie tyle zjeść. Do Tromso mam tylko 290 km i 4 dni jazdy. Nie muszę się śpieszyć. Czytałem, rozmawiałem z domem i szybko poszedłem spać.

23 dzień - Poniedziałek - 3.08.2020r. – przejechane 106,74 km

Okolice Kvaenangen – Straumfjordnes – Storslett – Rotsund – za Birtavarre.

Jakby nie to, że obudziłem się w nocy, gdyż poczułem twardość pod sobą, to spałbym nad wyraz mocno do późnych godzin, taki dobry dzisiaj miałem sen. Źle zabezpieczyłem materac i spuścił powietrze, w nocy musiałem pompować od początku. A tak było super!

Dopiero po godz. 9 ruszam w drogę. Na początek kolejne 3 km podjazdu. Rozgrzałem się mocno. Potem było lepiej. Widoki cudowne, co chwilę zatrzymuję się i robię zdjęcia lub filmik. Pogoda sprzyja mi, jest 16 0C i prawie nie ma wiatru. Kilometry mijają za szybko. Już około  godz. 16 mam ponad 100 km przejechane. Siedzę pod sklepem, gdzie zrobiłem zakupy, piję sok pomarańczowy i patrzę na miejscowych. Mam czas. Postanowiłem szukać miejsca do noclegu mimo tego, że jest jeszcze bardzo wcześnie i nie czuję zmęczenia. Do celu zostało tylko 170 km. Śpię naprzeciw kempingu kilka kilometrów dalej. Cena na kempingu po przeliczeniu na złotówki dała mi 40 zł za namiot, przesada, śpię na dziko. Mam wody wystarczająco na kąpiel – mycie całego ciała, obiad, kolację i śniadanie. Po drugiej stronie drogi znalazłem w lesie super polankę. Rozbijam się, robię mycie, jedzenie i odpoczywam. Trochę czytam, trochę oglądam internet i dosyć szybko idę spać.

24 dzień - Wtorek - 4.08.2020r. – przejechane 99,45 km

Za Birtavarre – Lokvoll – Skibotn – Elsnes – Oteren – Nordkjosbotn – okolice Laksvatn.

Chyba świadomość, że do Tromso już niedaleko sprawia, że śpi mi się nad wyraz spokojnie. Znowu wstaję później. Wyjeżdżam dopiero po godz. 9. Dzisiaj zapowiadają deszcz. Ubieram się tak na „cebulkę”, na wszelki wypadek mam pod ręką rzeczy przeciwdeszczowe.

Jadę. Mam tunel przed sobą i znowu nie wolno wjeżdżać. Omijam i ścieżką rowerową jadę wzdłuż morza, droga jest dobra, pięknie położona, nad samym morzem. Po kilku kilometrach ponownie tunel i znowu zakaz, zgodnie z przepisami jadę obok. Znowu po kilkunastu kilometrach trzeci tunel z zakazem wjazdu rowerem. Zerkam na mapę. Teraz łamiąc przepisy oszczędzam 9 km. Dużo. Tunel ma długości 5,5 km. Stoję chwilę i zastanawiam się ile kosztuje mandat dla rowerzysty. Ryzykuję i szybkim tempem pokonuję przeszkodę. Po drugiej stronie jest duży parking i tam zjeżdżam. Odetchnąłem z ulgą, kolejny raz udało się. Na parkingu jest wc z ciepłą wodą. Robię szybkie pranie. Odpoczywam i jem mini obiad.

Około godz. 15 dojeżdżam do skrzyżowania z drogą E8. Skręcam gdyż ona prowadzi prosto do Tromso. Pogoda się psuje. Widać, że za chwilę lunie deszcz tak, jak zapowiadano. Zatrzymuję się na stacji benzynowej na kawę i w tym momencie zaczęło dosyć mocno padać. Siedzę, piję kawę, jem hot doga, ciasteczka i czekam na koniec deszczu. Mija godzina i nic, deszcz jakby nie miał zamiaru przestać. Zerknąłem na mapę. Do Tromso zostało jakiś 70 kilometrów. Postanowiłem szukać miejsca na nocleg. Zakładam ubranie przeciwdeszczowe i ruszam. Jadę ścieżką rowerową EuroVelo 8 biegnącą obok drogi E8. Super ścieżka, tylko jeden mankament. Biegnie cały czas wzdłuż zabudowań. Nie mogę znaleźć nic ustronnego do spania. Po 11 km znalazłem nad morzem małą polankę wśród drzew. Po drugiej stronie ulicy są domy, ale postanawiam tutaj zostać. Dalej jadąc, to dojadę do Tromso, a nie chciałem. W deszczu rozbijam namiot i robię kolację. Wieczorem przestało padać.

 25 dzień - Środa - 5.08.2020r. – przejechane 79,79 km

Okolice Laksvatn – Sorbotn – Nordbotn – Sandvika - Tromso.

Nikt mnie nie niepokoił. Obawiałem się, że śpię na terenie prywatnym i w pewnym momencie przyjdzie właściciel i karze się wynosić. Było cicho i spokojnie. Tylko w nocy obudził mnie obfity deszcz.

Wstałem jak zwykle o godz. 7, a po godz. 8 ruszyłem. Do miasta miałem 65 km. Niedaleko. Zapowiadali dzisiaj ponownie deszcz i chyba się nie mylą, gdyż ciężkie chmury wiszą nad moją głową od rana, ale jeszcze nie pada.

Już o godz. 13:30 przekroczyłem rogatki miasta. Jestem u celu. Tromso jest dużym miastem, położonym w zdecydowanej większości na wyspie, na którą z dwóch stron wjeżdża się potężnym mostem, pod którym spokojnie przepływają nawet duże statki. Już z daleka widać jego atrakcje turystyczne. Jedną z głównych jest kościół Arctic Cathedral w kształcie lapońskiego namiotu w kolorze białym. To luterański kościół wybudowany w 1965 roku monumentalnie góruje nad miastem, gdyż położony jest na wzgórzu, tuż przy wjeździe na most prowadzący do centrum. Jest widoczny praktycznie z każdego miejsca w mieście. Dojeżdżam do niego. Wejście jest płatne, ale patrząc przez szyby, widzę wewnątrz tradycyjny kościół, więc nie płacę. Niedaleko kościoła jest wyciąg linowy na wzgórze, skąd można podziwiać widok na miasto, ale nie jadę tam.

Jadę przez most na wyspę, gdzie jest centrum. Super rozwiązanie na moście. Prawą stroną jadą tylko rowery, środkiem samochody, a lewą stroną tylko piesi. Pierwszy raz widzę takie rozwiązanie. Jest proste, bezpieczne dla wszystkich i płynne w ruchu. Za mostem jestem prawie w centrum. Jednak nie jadę tam. Włączam google maps i szukam drogi na lotnisko. Jadę według wskazań i nagle stop. Droga prowadzi przez tunel z zakazem wjazdu rowerom i klops. Teraz górę muszę pokonać pchając rower przez dwa kilometry przy kilkuprocentowym nachyleniu drogi.  Kiedy jestem na szczycie to czuję jak pot mi po plecach spływa pot. Zjeżdżam kolejne dwa km i z daleka widzę lotnisko. Za nim dojechałem do celu zauważyłem ścieżki rowerowe prowadzące na lotnisko. Na jednym z drogowskazów pisało centrum. Postanowiłem wracając do miasta pojechać szlakiem. Mijam też duże centrum handlowe. Jest lotnisko. Niewielki budynek, z jednym pasem startowym. Docieram i zwiedzam terminal, sprawdzam piątkowy lot. Wszystko się zgadza. Teraz muszę znaleźć miejsce do spania. Jeżdżę wokół lotniska. Wyspa kończy się kolejnym mostem łączącym wyspę z lądem po drugiej stronie wyspy. Musiałem wrócić w okolice lotniska, gdyż na końcu wyspy nic nie było. Kilkaset metrów od terminala znalazłem duży plac, gdzie w jednym z końców wysypywany jest gruz, a zaletą jest to, że od lotniska odgradza plac wysoki wał ziemny z licznymi krzakami, różnymi roślinami. Stwierdziłem, że tutaj jest super miejsce na nocleg. Teraz muszę załatwić karton na rower, żeby spakować go do samolotu. Wracam do centrum handlowego, które mijałem jadąc na lotnisko. Jest tam duży sklep sportowy. Pytam o karton. Sprzedawca mówi, że dzisiaj już nie jest wstanie nic mi dać, jest za późno i magazyn nie pracuje i zaprasza mnie na jutro zaraz po godzinie 10. Mówi, że nie mają dużo kartonów, a chętnych zawsze jest wielu. Obiecałem, że będę.

Mam wszystko załatwione. Jest 18:30. Spać za szybko, jechać do centrum za daleko i za późno. Idę do restauracji, biorę kawę, hot doga i siadam przy prądzie, aby naładować wszystko na jutro. Restauracja czynna jest do godz. 20. Zdążyłem naładować większość elektroniki. Powoli jadę ponownie na lotnisko, na upatrzone miejsce. Rozbijam się. Po chwili słyszę w pobliżu warkot autobusu. Okazało się, że na tym placu mają pętle miejskie autobusy. Czekają niedaleko mnie na czas odjazdu. Na szczęście nie było ich dużo. Jestem schowany za wysokimi krzakami, ale sądzę, że jeżeli ja ich widzę to oni na pewno mnie też widzą. Jest jednak spokojnie.

26 dzień - Czwartek - 6.08.2020r. – przejechane 19,0 km

Tromso.

W nocy słyszałem dwa lądujące samoloty. Nie było głośno, ale i tak mnie obudziły. Miałem dużo czasu. Do centrum handlowego miałem jakiś kilometr więc kilka minut i będę. W żółwim tempie szykowałem się do wyjazdu. Przed godz. 10 skorzystałem jeszcze z ciepłej wody w łazience na lotnisku i 5 minut przed otwarciem sklepu sportowego byłem u jego drzwi. Otworzyli prawie co do sekundy. Tak jak obiecano mi otrzymałem duże pudło rowerowe. Zwinąłem je w rulon, a na lotnisku zabezpieczyłem streczem, żeby nie przemokło jakby miało padać. Zamierzałem ukryć karton na miejscu gdzie nocowałem. Nakryłem dodatkowo karton liśćmi i ruszyłem do miasta.

Ścieżka rowerowa biegnąca wzdłuż wybrzeża mała prawie 9 km. Biegła dużym zakolem, wzdłuż brzegu, ale po płaskim terenie i jechało się do centrum Tromso rewelacyjnie. Po drodze wstąpiłem do bardzo dużego marketu Super Spear, niesamowicie zaopatrzonego. Takiego marketu jeszcze nie widziałem. Można było sobie np.: komponować sałatki różnego rodzaju z warzyw, mięsa i różnych sosów. Wszystko wyglądało na świeże. Oprócz tego na ścianie z lodówkami było kilkadziesiąt już gotowych dań od razu do spożycia. Kupiłem sobie na próbę sałatkę z kurczaka z warzywami w sosie, którą zjadłem przy stoliku znajdującym się w sklepie. Była pyszna i co najważniejsze nie taka droga. Już wiedziałem jaki dzisiaj będę jadł obiad.

Pierwszy obiektem zwiedzanym było polarne muzeum morskie – akwarium polarne. Przed jego wejściem stoi pomnik Helmera Hnssena – zdobywcy Arktyki. Jest też statek, którym dopłyną do Arktyki otoczony szklaną kopułą. Sam budynek ma bardzo ciekawy kształt. Wyobraża oparte o siebie klocki, albo jak pisze w przewodnikach, bloki lodowe. Wewnątrz znajduje się wystawa ryb i zwierzą morskim w olbrzymim akwarium. Zwiedziłem go chociaż wstęp był drogi (zapłaciłem 170 koron norweskich – ok. 70 zł) Warto było, okazy tam zgromadzone przedstawiają głównie zwierzęta żyjące za kołem polarnym.

 Jadąc w kierunku centrum dotarłem do portu. Niewielki, z którego wypływają promy, kutry rybackie. Statki handlowe mają swój port za mostem, którym wczoraj przejeżdżałem, łączącym ląd z wyspą.

       Pomnik Roalda Amundsena, kolejnego, wielkiego polarnika stoi na jednym z placów w samym centrum. Jest tam wiele ławeczek, gdzie odpoczywają turyści i miejscowi. Niedaleko pomnika jest kolejny plac z drewnianą katedrą kościoła luterańskiego. Kościół był otwarty, wszedłem do niego. Tradycyjny jak na tą wiarę, surowy wygląd, bez zbędnych ozdób. Ołtarz i ławki dla wiernych plus organy. Czyli wszytko co trzeba do modlitwy. Żadnych bogato zdobionych figur, starodawnych, cennych obrazów. Prostota, zaprzeczenie naszych katolickich kościołów, gdzie kapie od złoconych figur i ozdób, marmurów i potężnych obrazów.

Idę główną ulicą, wyłączoną z ruchu samochodowego, mamy tu jak zwykle wiele sklepów pamiątkowych, odzieżowych z markowymi ciuchami, restauracji, a nawet Burger King.

W jednej z bocznych ulic, na wzgórzu stoi wspaniała budowla, z olbrzymią szklaną fasadą w kształcie jakby półokręgu. Rzuca się w oczy każdej osobie zwiedzającej centrum. Wdrapałem się z rowerem pod budynek. Okazało się, że to wielopoziomowa biblioteka. Wszedłem do środka i zaskoczyła mnie ilość będących tam ludzi. Stoję na schodach i widzę na poziomie poniżej parteru dział dziecięcy, gdzie kilku chłopców gra na komputerach, kilka dzieci rysuje coś, a następnych kilka biega między pułkami. Są przecież wakacje, a w bibliotece są dzieci. W Polsce nie do pomyślenia. Idę na piętra. Siedzą tutaj ludzie w różny wieku, przy kawie czytają prasę, książki, piszą coś na komputerach. Takie widok widziałem tylko na filmach.

Nieopodal biblioteki stoi kolejny kościół. Wygląda jednak na opuszczony. W centrum jest wiele innych ciekawych pomników. Jednak jeden z ciekawszych widziałem pod teatrem. Białe postacie o różnych głowach.

Późnym popołudniem ruszam z powrotem na lotnisko. Wstępuję do Spear’a i robię zakupy na obiad. Około godz. 18 usiadłem w restauracji w centrum handlowym, kupiłem kawę i zjadłem obiad. Przed wyjazdem na miejsce noclegowe wstąpiłem jeszcze do sklepu budowlanego, gdzie kupiłem taśmę samoprzylepną, żeby skleić karton ze spakowanym rowerem.

O godz. 19:30 jestem na lotnisku, gdzie robię mycie wieczorne, a następnie idę na plac, gdzie spałem poprzedniej nocy. Karton leży nienaruszony. W namiocie robię mini podsumowanie wyprawy. Zliczam wydane pieniądze, przejechane kilometry w kolejnych etapach, dni z deszczem itp. Dzisiaj nad wyraz szybko idę spać.

27 dzień - Piątek - 7.08.2020r. – lot do Polski

Podniecenie powrotem do domu chyba nie dało mi spać. Innym powodem był deszcz, który lał dosyć mocno bębniąc w tropik do godz. 3 nad ranem. Można powiedzieć, że zdrzemnąłem się kilka razy, ale już o godz. 5 byłem na nogach, a o godz. 6 ruszyłem na lotnisko, aby się pakować. Wyrzuciłem po drodze do kontenera niepotrzebne rzeczy, butlę z gazem postawiłem obok, może komuś się przyda. Już wcześniej w holu lotniska upatrzyłem miejsce, gdzie mogę pakować rower i nie będę nikomu przeszkadzać. Poszedłem tam. W holu lotniska było tylko kilka osób i to głównie pracownicy. Pakowanie roweru i przepakowywanie bagaży zajęło mi godzinę. Kolejną godzinę czekałem na otwarcie odprawy. Poszło bez problemu.

Do Polski wyleciałem punktualnie o godz. 9. Samolot był tylko w połowie zajęty, więc można było zająć dowolne miejsce. O 12:30 lądowałem w Krakowie. Tam na lotnisku złożyłem ponownie rower, aby wygodnie się go prowadziło i kolejką podmiejską wyjeżdżającą z lotniskowego dworca kolejowego, dojechałem do dworca głównego PKP. Udało się mi kupić bilet do Kędzierzyna – Koźla z przesiadką w Opolu. Odjazd miałem za pół godziny tak, że ledwo zdążyłem kupić sobie coś do picia. Wieczorem byłem w domu.