Tadeusz Wojciechowski

 

Witam na moich stronach.

17 dzień - Wtorek - 28.07.2020r. – przejechane 142,97 km

Okolice Karhunpesakiri – Inari – Kaamaneu – Karigasmemi – (NORWEGIA) – Karasjoki – jezioro Rordoluoppai.

Ale była cisza. Zawsze chociaż wiaterek szeleścił liśćmi, jakiś ptak się odzywał, nie wspominając odgłosów drogowych. Obudziłem się wręcz przerażony, że nic nie słychać. Wyjrzałem na zewnątrz namiotu i nic, nawet najmniejszego szelestu. Odgłos moich kroków stawianych na ścieżce do jeziora był jedynym szelestem jaki słyszałem. Tafla jeziora była gładka jak stół. Zapowiadała się wspaniała pogoda.

Miałem na dzisiaj ambitny plan. Za około 120 km stąd jest granica z Norwegią, którą pragnąłem dzisiaj pokonać. Po porannych czynnościach ruszam w drogę. Po kilkunastu kilometrach docieram do Inari jednej z ostatnich większych miejscowości na północy Finlandii. Niewielkie, ale bardzo urokliwe miasteczko. Przepięknie położone, pośród licznych jezior, na których występują liczne wysepki. Miejscowość turystyczna, gdyż jak popatrzyłem na mapę, to stąd zaczyna się potężne jezioro sięgające daleko na wschód prawie pod samą Rosyjską granicę. Mijam liczne przystanie na jachty motorowe, na łodzie rybackie. Co jakiś czas na parkingach wygrzewają się turyści przy swych wypasionych kamperach. Pogoda temu sprzyja, jest ciepło, mój termometr wskazuje 20 stopni. Wstępuję na chwilkę do sklepu po owoce i jadę dalej.

Droga nr 4, którą jechałem prawie od południa Finlandii kończy się dla mnie. Jakieś trzydzieści kilka kilometrów za Inari skręcam w lewo w drogę nr 92. Na sam północny szczyt Finlandii zostało jakieś 90 km. Po raz pierwszy zobaczyłem znak drogowy wskazujący drogę na Nord Kapp – 343 km. Jadę w stronę granicy i zaczęło się. Z poziomu prawie 0 n.p.m. zaczynam się wdrapywać jakby na szczyt. Ostatnie 30 km przed granicą norweską zapamiętam na długo. Lekki zjazd i kilkustopniowy, długi podjazd i tak przez kolejne kilometry. Tuż przed granicą osiągnąłem wysokość 331 m n.p.m. i nagle szalony zjazd do samej granicy. Musiałem prawie cały czas trzymać hamulec wciśnięty, gdyż prędkość i tak miałem ponad 50 km/h. Na granicy, w miejscowości Kielajoki, zrobiłem ostatnie zakupy spożywcze za euro i trochę odpocząłem. Norwegia ma już walutę swoją i jest tam podobno strasznie drogo, zobaczymy. Jakby nie napis informujący, że jestem w Norwegii to nawet bym nie wiedział, że przekroczyłem granicę państwa. Teraz mniej się bałem, gdyż wiedziałem, że granica Fińsko – Norweska jest przejezdna. Było dosyć późno i ruchu nie było żadnego.

Wkroczyłem do ostatniego państwa mojej wyprawy. Stąd jakieś 310 km do celu. Trzy, a może dwa dni i powinienem być na miejscu. Pierwszą większą miejscowością w Norwegii była Karasjoki jakieś 16 km od granicy. Nic ciekawego, kilka domów i stacja paliw, na której nabrałem sobie wody do bukłaczka. Mam już obolałe nogi. Przejechałem ponad 135 km, czas na odpoczynek. Odczuwałem podjazdy przed granicą norweską. Teraz jest spokojniej, droga w miarę płaska. Jadę cały czas wzdłuż rzeki i dopiero za Karasjoki rzeka się skończyła. Tam wjeżdżam na trasę E6, która zaprowadzi mnie prosto na „koniec świata” – Nord Kapp. Mając 142 km na liczniku znalazłem niewielką polankę wśród niskich krzaków oddaloną kilkadziesiąt metrów od drogi. Mimo tego, że miejsce nieciekawe to zostaję, mam dosyć.

Ponownie zjawiły się komary. To jakiś koszmar. Ochlapałem się tylko w przedsionku namiotu wodą zamiast mycia, zjadłem skromną kolację, zameldowałem się żonie, że żyję i już ok. godz. 21 poszedłem spać. Dzisiejsze podjazdy dały mi popalić.

 

18 dzień - Środa - 29.07.2020r. – przejechane 140,34 km

Jezioro Rordoluoppai – droga nr 6 – Skoganvarri – Porsangermoen – Flata – Lakselv – Igeldas – Kolvik – Kistrana – Olderfjord – za Sjosamisk.

 

  Do Nord Kapp mam jeszcze około 265 km. Ruszając po godz. 8 zastanawiałem się czy dam radę w dwa dni. Przez pierwsze kilkaset metrów jechałem z moskitierą na głowie. Taka siateczka to super wynalazek. Rano te krwiożercze insekty jakby się zmówiły i kiedy tylko pojawiłem się na zewnątrz namiotu zaatakowały z tysięczną siłą. Nawet jadąc podążały za mną przez dłuższą chwilę. Bestie!

Tylko przez kilka kilometrów droga E6 sprzyjała moim nogom. Potem zaczęły się górki i to nie byle jakie. Ostro w górę, ostro w dół. Moje nogi czują już nakręcone kilometry. Muszę odpoczywać coraz częściej. Pogoda za to jakby chciała zrekompensować ból moich nóg. Była wyśmienita dla kolarza. Słońce, 20 0C i brak dużego wiatru. Czego więcej potrzeba. Jeszcze tylko jakby ktoś pościnał wzgórza, to norweska część trasy byłaby marzeniem rowerowego turysty.

Po 65 km falowania w terenie docieram do Lakselv pierwszej miejscowości na morzem Barentsa, a dokładniej nad jedną z zatok morza. Teraz droga będzie prowadziła wzdłuż morza. Może będzie lepiej myślałem odpoczywając na ławeczce przy nadmorskim kempingu. W miejscowości wstąpiłem do sklepu spożywczego. Ceny mnie powaliły. Jogurt 17 NOK to prawie 6 PLN, najtańszy napój pomarańczowy w kartoniku po przeliczeniu kosztował 8 zł.  No cóż, jeść aby żyć trzeba, więc zaciskam zęby i kupuję.

Dalsza droga nic się nie zmieniła pod względem ukształtowania. Mimo, że wzdłuż brzegu, nadal jadę w górę i w dół, jej zaletą są za to widoki. Po kolejnych 66 km kończy się dla mnie droga E6. Skręcam na północ w drogę E69. Nogi czują już wysiłek dnia dzisiejszego. Szukam miejsca do spania i jak na złość droga wiedzie w terenach górzystych. Zauważyłem niedaleko drogi trochę płaskiego terenu. Widać, że ktoś już tutaj nocował. Zostaję. Mam piękny widok na zatokę. Trochę chłodno od morza i mam mało wody, ale wytrzymam. Będę musiał rano robić kawę z wody, którą mam  w bidonie, a to dla mnie zawsze żelazny zapas. Potem zobaczymy, gdzieś się na pewno znajdzie. Po kolacji zerkam do mapy. Liczę ile mi zostało do celu. Według mnie około 125 km, powinienem jutro dać radę i zdobyć szczyt Europy.

 

19 dzień - Czwartek - 30.07.2020r. – przejechane 123,15 km

Za Sjosamisk – Strauda – Tunel Przylądka Północnego – Honningsvag – Nord Kapp.

 

Być może to emocje sprawiły, ale już od godz. 2 nie mogłem spać. Przemęczyłem się do szóstej i wstałem. Już o siódmej byłem w drodze. Jedna zaleta, ruch na drodze zerowy. Mijam co chwilę stojące na poboczach kampery ze śpiącymi pasażerami oraz kilka namiotów rozbitych przy samochodach. Każdy zatrzymywał się gdzie mógł i tam się rozbijał.

Już o godz. 9 miałem 40 km za sobą. Dobre tempo, ale i droga nie była wymagająca. Pięknie położona, wzdłuż brzegu, z jednej strony w widokiem na morze, a z drugiej na bazaltowe wzgórza pięknie uformowane przez naturę. Z jednej z gór spływa krystalicznie czysta woda, uzupełniam zapasy w bidonach. Teraz mogę jechać. Wjeżdżam w pierwszy tunel. Długi – 2900 m. Po ścianach cieknie woda, zimno, licznik wskazuje 110C. Za nim kolejny tunel, teraz tylko 900 m. Droga się pogarsza. Znowu w górę i w dół przez co prędkość mi znacznie spada. Na dodatek zaczyna coraz mocniej wiać od morza. Momentami jadę 10 km/h na prostej drodze. Nie dobrze, takim tempem to nie dojadę dzisiaj do celu.

Mijam osłoniętego za kamieniem „sakwiarza”, który coś pichci na palniku. Widziałem go wczoraj jak mijał mnie kiedy wchodziłem do namiotu na nocleg. Nie widzi mnie jest tak skupiony na przygotowaniu sobie posiłku.

Skręcam na południowy zachód. Odetchnąłem trochę od wiatru, który już bardzo dokuczał. Teraz wieje mi w plecy i mimo falowania drogi widzę jak prędkość wzrosła. Niestety nie trwało to długo. Wjeżdżam na wzgórze i znowu skręcam na północ i znowu wiatr w „gębę”.

Jest sławny tunel. Nord Kapp leży na wyspie Magerꝋya. Kiedyś na wyspę prowadził prom, ale od 1999 r. można tam dostać się tunelem prowadzącym 212 m pod powierzchnią morza.

Znak informuje, że przede mną 6875 m w tunelu. Jestem podniecony faktem, że za chwilę będę na wyspie – celu mojej podróży. Z marszu wjeżdżam w tunel i to był błąd. Piękny, szeroki, super oświetlony. Tak było na początku. Po 200 m znak 9% w dół i zaczęło się. Zjazd w dół super, ale temperatura też zaczęła gwałtownie spadać do kilku stopni. Wyobraźcie sobie jazdę w słońcu, przy 180C i nagle wzrasta prędkość do 40 km/h (cały czas hamowałem) i nagły spadek temperatury o 100 C połączony z wiatrem jaki powstaje w wyniku ruchu, który jeszcze mocniej oziębia organizm. Po 3 km zjazdu ręce miałem skostniałe, na spoconych plecach gęsią skórkę z zimna, a głowę mi ściskało z zimna. Teraz muszę pedałować, trochę lepiej. Wysiłek, to rozgrzewanie organizmu. Staram się kręcić szybko przy przełożeniu do jazdy pod górę. Jadę wolno, ale zaczynam odtajać. Tunel mi szybko pomógł. Jakieś kilometr było płasko i nagle znak 10% w górę. No ładnie. Teraz to zacząłem się pocić mimo niskiej temperatury. Jadę i tylko ogłuszający huk powstający w wyniku jazdy samochodów przez tunel motywuje mnie żebym jak najszybciej opuścił ten drogowy koszmar. Na bocznych ścianach co pół kilometra widnieje znak ile przejechałem i ile zostało mi do końca tunelu. Przy takim podjeździe to tortura. Prędkość 5-6 km/h, prawie jakbym szedł szybkim krokiem, ale jadę. Jakiś kilometr przed końcem postanowiłem dać wytchnienie nogom, Idę, pchając ciężki rower pod górę. Jakoś od jakiegoś czasu nie było ruchu w tunelu. Cieszyłem się z tego, bo hałas podczas jazdy samochodu był okropny. 300 m przed kocem siadam ponownie na rower. Droga zaczyna się wypłaszczać, widzę światło. Dojeżdżam i widzę coś dziwnego. Tunel jest zamknięty. Stoi przed nim kilkanaście samochodów, motorów i ciężarówka. Motorzysta pyta się co się stało w tunelu, odpowiadam, że nie wiem nic nie widziałem. Mija mnie samochód serwisowy i wjeżdża do tunelu na kogucie. Zatrzymałem się na niedalekim parkingu, ale nie widziałem finału awarii.

Do celu zostało mi 45 km. Wieje coraz silniej. Dojeżdżam do największej miejscowości na wyspie Honningsvag. Robię zakupy na kolację i jutrzejsze śniadanie oraz nabieram wody w bukłaczek. Jadę dalej – szalony wiatr. Straszne podjazdy, 8-9% to norma. Jadę, trochę idę, ale posuwam się do przodu. Podczas jednego ze zjazdów wiatr o mało nie zepchnął mnie z drogi. Trochę się przestraszyłem jak rzuciło mną w stronę skarpy. Zwolniłem na zjazdach. W końcu w oddali widzę Kulę na Nord Kapp, już blisko, a na dodatek znowu stromy na 8% podjazd i to chyba ze 3 km. Nie daję już rady, pcham rower pod coraz silniejszy wiatr, sapiąc z wysiłku. Trochę znowu jadę, ale ostatnie 200 m przed bramką wjazdową muszę pchać rower, mam dosyć. Wiatr już tak silny, że nawet trudno się idzie.

Na Nord Kapp wjazd jest płatny. Widzę jak samochody i motory płacą za bilet. Podchodzę do okienka. Kasjer podaje mi rękę, gratuluje, daje pamiątkowy znaczek i informuje, że nic nie płacę. Cieszę się, że Norwegowie doceniają takich turystów jak ja.

Jestem na Nord Kapp – osiągnąłem cel mojej wyprawy. Pomimo okropnego wiatru jestem szczęśliwy. Za mną ok. 2500 km jazdy przez 19 dni. Robię zdjęcia, filmiki. Zwiedzających jest niewiele, a jak są to silny wiatr skutecznie ich wygania. Mnie też zmusza do schowania się. Zwiedzam Restaurację, sklepy i muzeum, które znajdują się na jedynym budynku na przylądku. Jest ciepło. Z radości postanawiam, że zrobię sobie ucztę. Zamawiam po raz pierwszy podczas wyprawy obiad w restauracji do tego piwo. Jest prąd więc ładuję co się da siedząc przed wielkim oknem z widokiem na bezkres morza Barentsa, powoli pochłaniając pyszną rybę z frytkami i popijając zimne piwo. Po godzinie wchodzi do restauracji również „sakwiarz”, którego mijałem przed wjazdem do tunelu na wyspę. Też je i pije piwo.

Zostaję na noc na Nord Kapp. Rozbijam namiot w pobliżu parkingu, idę do toalety restauracji, robię pranie, myję się cały w ciepłej wodzie. Jeszcze dzisiaj jem późną kolację, wysyłam wiele zdjęć i wiadomości ciesząc się zdobyciem „Szczytu Europy”.