Tadeusz Wojciechowski

 

Witam na moich stronach.

13 dzień - Piątek - 24.07.2020r. – przejechane 141,89 km

Okolice Tupos – Knivala – Oulu – Vahtola – Li – Nyby – Kauppi – Patakoski – Soikko -  za Liljunte.

             Dzisiaj piątek i do tego 13 dzień mojej wyprawy. Ciekawe co przyniesie dzień? Bliskość autostrady nie pozwoliła na długie spanie. O 6:30 byłem już na nogach, gdyż ruch na autostradzie zrobił się ogromny i szum zaczął mocno doskwierać. Pół godziny po siódmej ruszyłem w drogę.  Jechałem drogą 847, a właściwie ścieżką rowerową wzdłuż tej drogi. Była super i prowadziła do samego centrum miasta Oulu. Piękne miasto. Szczególnie podobały mi się parki przez które częściowo przejeżdżałem. Mimo wczesnej pory, to już wielu mieszkańców biegało, jeździło na rolkach, na nartorolkach lub spacerowało po alejkach parku. Zatrzymałem się na starym mieście. Stare miasto to trochę nad wyraz powiedziane, bo zabudowa nie była zbyt stara, ale tak napisane było na drogowskazach. Spacerowałem trochę uliczkami, wstąpiłem do protestanckiego kościoła. Ładny, skromny, nastawiony na licznych wiernych, gdyż miałem wrażenie, że wszędzie były ławki dla ludzi, poustawiane w różne kierunki jak tylko się dało, zajmowały wolne przestrzenie. Oulu ma ładny ratusz, a przed nim jest ciekawa rzeźba usytuowana na murze. Właściwie to rzeźby, bo były to figurki ludzi przedstawiające różne zawody, różne stany i różne lata rozwoju. Zatrzymałem się na dłużej w centrum handlowym, gdzie w MacDonaldzie  odpoczywałem popijając kawę. Za pomocą google map ruszyłem na północ w kierunku trasy nr 4. Znowu piękny park z licznymi jeziorkami, stawami, z fontannami i miejscami dla relaksu i przede wszystkim wspaniałe ścieżki rowerowe. Oznakowane, dwupasmowe, aż szkoda było z nich zjeżdżać, gdyż prowadziły wzdłuż wybrzeża, na północny-zachód, a ja jechałem na północ. Na obrzeżach Oulu zatrzymałem się w centrum handlowym, gdzie robiłem sobie w łazience pranie oraz zakupy na obiad (jak zwykle kanapki za całe 1,90 euro).  

Za miastem z trasy nr 4 skręciłem w drogę 924.  Miej ruchliwa i przez 25 km cieszyłem się w większości samotnością na drodze. Na liczniku miałem już przejechane 125 km, kiedy skręciłem w drogę 923 biegnącej z powrotem do drogi nr 4, którą dojadę prosto do Rovaniemi. Po kolejnych 16 km stwierdziłem, że na dzisiaj dosyć i zjechałem w boczną, polną drogę. Znalazłem ciekawe miejsce. Jedynym mankamentem były komary. Musiałem założyć na głowę moskitierę, żeby poradzić sobie z rozbiciem namiotu, a potem wewnątrz przez kilkanaście minut zabijałem po kilka naraz. Oczywiście nie udało mi się zapobiec bąblom na rękach i nogach.

Znowu bez kąpieli, ale nie ma szans na normalne przebywanie na zewnątrz. Za to na kolację prawdziwa uczta. Parówki na gorąco z katchupem i bułeczką. Palce lizać. 13 dzień podróży nie był pechowy. Było super.

 

14 dzień - Sobota - 25.07.2020r. – przejechane 138,21 km

Okolice Liljunte – Kumpula – Aulanpera – Valajskoski – Rovaniemi – Apukka – Okolice Ahola.

Spałem prawie kilometr od drogi więc było tak cicho, że nie mogłem zasnąć, a jak już usnąłem to spałem do godz. 8. Dzisiejsza trasa to przede wszystkim Rovaniemi, a więc przekroczenie koła podbiegunowego. Do tego miejsca miałem ok 95 km. Trasa była fajna. Droga nr 923, którą ruszyłem dociera do drogi nr 926, która biegnie równolegle do drogi nr 4, a oddzielała je olbrzymia momentami rzeka Kemijoki. Można było przekroczyć most i wjechać na ruchliwą czwórkę, ale postanowiłem jechać 926. Miało to swój plus, gdyż ruch była znikomy, ale również nie było przez prawie sto km żadnego sklepu, stacji paliwowej, nic tylko natura oraz od czasu do czasu pojawiające się domki turystyczne nad rzeką. Dzisiaj bez owoców, bez zakupów śniadaniowych. Kiedy zbliżała się godz. 13 wypiłem ostatnie krople wody. Nie było fajnie, a pogoda była super, ciepło, prawie cały czas słonecznie. Postanowiłem przy najbliższej okazji przekroczyć most i wjechać na bardziej cywilizowaną czwórkę. Właśnie przez grzejące słoneczko zdjąłem lekką kurtkę, w której jechałem od rana i włożyłem pod tylną torbę bagażową. 12 km przed Rovaniemi był most w remoncie prowadzący na lewy brzeg rzeki do drogi nr 4. Można było nim przejechać. Nawierzchnia była zdarta, strasznie trzęsło rowerem, ale przejechałem. Po lewej stronie rzeki pojawiła się super ścieżka rowerowa. Prowadziła w górę do głównej drogi nr 4 i następnie skręcała w stronę miasta. Jadę szybko gdyż nie wiem skąd pojawiły się niewielkie chmury, z których  zaczął kropić drobny deszczyk. Nagle tylne koło zablokowało się, tak że o mało się nie wywróciłem.  Pisk opony i stanąłem jak wryty. Rzut oka na koło i widzę przyczynę. Rękaw kurtki, którą schowałem pod bagaż musiał przy przejeździe przez remontowanym most, wypaść spod bagażu i wkręcił się między szczęki tylnego hamulca. To był dramat, nie mogłem go wyciągnąć. Próbowałem w różny sposób. Ściągnąłem bagaże odwróciłem rower i rozkręciłem koło, potem rozkręciłem hamulec i nic. Na dodatek deszczyk stał się coraz silniejszy. Kilku miejscowych rowerzystów zatrzymywało się kręciło głową i jechało dalej. Po pół godzinie zdałem sobie sprawę, że nie mam innej możliwości jak odciąć rękaw i kawałek po kawałku za pomocą cążków wyrywać materiał ze szczęk hamulca. Moja najlepsza letnia kurtka za 3000 koron czeskich poszła do śmietnika. Po godzinie walki udało się i koło znowu jest na swoim miejscu, mogę jechać. To zdarzenie nauczyło mnie jednego. Nic bez zabezpieczenia nie chować na bagażniku.

            Pierwszą rzeczą w mieście jaką zrobiłem to zakupy i obiad. Byłem zmoczony przez deszcz, głodny i zły sam na siebie. To wczoraj miałem mieć pecha, a nie dzisiaj. Dlatego pofolgowałem sobie i zjadłem burgera z frytkami i colą w Burger King. Zauważyłem, że już od wielu dni nie widziałem MacDonalda. Te tereny opanował Burger King.

            Główna atrakcja Rovaniemi miasteczko św. Mikołaja i koło podbiegunowe znajduje się za miastem w Napapiiri. Prowadzi do niego wiedzie stroma ścieżka rowerowa przez urokliwy Santa Claus park, pod którą nie dałem rady wjechać i musiałem rower pchać. Docieram do miasteczka św. Mikołaja o godz. 16:30. Wchodzę do dużego sklepu, na którym widnieje napis, że tutaj mieści się siedziba Santa Claus. Pierwsze co widzę to przerażający płacz dziewczynki. Okazuje się, że Mikołaj przyjmuje do godz. 16 i drzwi do jego domu są zamknięte. Nie płaczę, jak dziewczynka, ale też odczułem lekkie zażenowanie. Jakby nie awaria zdążyłbym. Pech jakby dnia 13. Trudno idę zwiedzać pustawy już park i przekroczyć symboliczny Arctic Circle. Tutaj wszystko jest pod nazwą Santa Claus. Ładne turystyczne miejsce, gdzie można i dobrze zjeść, kupić mnóstwo pamiątek ze św. Mikołajem i Arktyką oraz zabawić się zwiedzając iglo Eskimosów, parki rozrywki, hodowle psów husky i wiele innych atrakcji. Na głównym placu jest narysowany szeroki, biały pas z napisem Arctic Circle  i stopniami szerokości geograficznej 66o 32` 35``. Kiedy robiłem symboliczny krok przekraczając krąg podbiegunowy i robiłem sobie pamiątkowe zdjęcia usłyszałem obok mnie język polski. Rodzina z Warszawy, jako turyści, zwiedzają Finlandię i przyjechali również odwiedzić św. Mikołaja. Przez kolejne pół godziny uciąłem sobie z nimi sympatyczną pogawędkę o sytuacji w Polsce. Dowiedziałem się, że rośnie liczba zakażonych koronawirusem i jest już prawie 900 dziennie. Straszne, tutaj jakby świat zapomniał o epidemii.

Oni samochodem ja rowerem ruszyliśmy w tym samym kierunku i celu. Chcieli dojechać jutro na Nord Kapp, ja planowałem dotrzeć tam za jakiś tydzień.

Jadę teraz trasą nr 4. Kiedy wybiło mi 135 km na dzisiaj postanowiłem wjechać w las i szukać miejsca. Znalazłem, ale ponownie komary momentalnie, jakby na zamówienie, rozpoczęły swój atak. Zastanawiałem się rozbijając w moskitierze namiot, ile tych owadów musi być na świecie, czy ktoś jest w stanie to policzyć, gdyż gdzie się zatrzymam, jest ich tysiące wokół mnie. I znowu muszę bez kąpieli iść spać. Zrobiłem tylko skromne „myjątko” niektórych części ciała w przedsionku namiotu i to z komarowymi problemami. To chyba był pechowy dzień.

 

15 dzień - Niedziela - 26.07.2020r. – przejechane 147,36 km

Okolice Ahola – Luusma – Kerola – Ellila – Raudanjoki – Toviven – Aska – Sodankyla – Kersilo – okolice Peurasuvanto.

 

Mam kolejną niedzielę. Wstałem wyjątkowo wcześnie bo już o szóstej. Równie wcześnie ruszyłem w trasę. Do najbliższego miasta Sodankyla mam według mapy ponad 90 km. Po godzinie 9 docieram do niewielkiej stacji benzynowej. Jest tam restauracja, wc z ciepłą wodą i możliwość ładowania sprzętu elektronicznego. Zatrzymuję się na dłużej. Już większość rzeczy zaczyna wydzielać nieprzyjemny zapach wilgoci i potu. Muszę zacząć regularnie prać. Robię dosyć duże pranie, piję kawę i jem drugie śniadanie. Po prawie dwóch godzinach obwieszony praniem ruszam dalej.

          Nad wyraz szybko docieram do miasta Sodankyla. Bo już po godz. 14 robię w przydrożnym Lidlu zakupy, a następnie jem w Burger King kanapki na obiad za całe 9,90 € - szaleństwo, ale byłem nadzwyczaj głodny. Szukam zapasowej butli do kuchenki gazowej. Spotykam tylko te duże 500 ml, a ja chcę kupić na zapas małą 250 ml i nigdzie nie mogę jej znaleźć. Mam teraz już drugą - dużą, którą zacząłem dwa dni temu i teoretycznie powinna mi starczyć do końca wyprawy, ale jak zabraknie w najmniej oczekiwanym miejscu? Kolejnej dużej nie wykorzystam i będę musiał i tak ją wyrzucić przed wejściem do samolotu więc szukam małej.

Najedzony, zaopatrzony w wodę i zapasy jedzenia jadę teraz dokładnie na północ, tak wskazuje mi nawigacja. Jedzie się nadzwyczaj dobrze. Droga jest prawie płaska i pokonuję ją szybko. Na 147 km postanawiam zakończyć dzisiejszy dzień. To prawie rekord na wyprawie. Spowodowała to również miejscówka, którą niechcąco zauważyłem zatrzymując się, aby się napić. Nad samą przepiękną rzeką z dogodnym wejściem do kąpieli, między niskimi drzewami, ale prawie niewidocznie dla przejeżdżających. Zostaję, rozbijam namiot i mimo komarów wskakuję do zimnej wody rzeki na całościową kąpiel. Jest niesamowicie przyjemnie. Leżę w wodzie zakryty po głowę i mimo zimna nie chce mi się z niej wychodzić. Robię też kolejne pranie i dosyć wcześnie bo ok. godz. 22 kładę się spać. Jeszcze tradycyjna walka z komarami i zamknięty za moskitierą czekam na sen. Jest już prawie całą noc jasno.

 16 dzień - Poniedziałek - 27.07.2020r. – przejechane 136,33 km

Okolice Peurasuvanto – Roivainen – Voutso – Kakslauttanen – Laanila – Saariselka – Teponniaki – Ivalo – za Karhunpesakiri.

Około godz. 4 nad ranem budzi mnie warkot płynącej tuż obok mnie motorówki. Jakiś rany rybak wyruszył a połów. Ostatecznie wstaję po godz. 7 jak prawie codziennie. Nadzwyczaj długo jem i szykuję się do drogi. Po dwóch godzinach jadę ponownie na północ drogą nr 4. Po kilku kilometrach mam wrażenie, że jadę cały czas pod górkę. Sprawdzam na wysokościomierzu i rzeczywiście. Co kilkadziesiąt lub kilkuset metrów wysokość nad poziomem morza rośnie. Powoli, ale cały czas się wznoszę, dlatego prędkości jakie osiągam nie są zawrotne i czuję coraz mocniej w nogach zmęczenie. Zawsze ok godz. 12 miałem blisko 50 km przejechane, a dzisiaj dopiero stuknęło 40.

Coraz częściej mijam renifery. Jest ich coraz więcej. Pasą się tuż przy drodze, albo przechadzają się małymi stadkami po drodze i uciekają na mój widok. Niesamowitym widokiem był ich stado na stacji benzynowej, gdzie usadowili się w cieniu, pod wielkim drzewem tuż obok restauracji. Było ich tam może z trzydzieści i nie przeszkadzał im widok ludzi, samochodów. W miejscowości Ivalo, gdzie robiłem kolejny odpoczynek pasły się na rondzie nie zwracając uwagi na krążące wokoło nich samochody.

Właśnie w Ivalo zrobiłem sobie super zakupy. W sklepie Netto było wiele promocji. Kupiłem np.: zupki do zalewania za 5 centów, kupiłem pulpety mięsne za 1,99 €. Będzie dzisiaj wyżerka.

Jadę teraz na północny zachód, czyli zbliżam się powoli do granicy Norweskiej. Jestem w górach. Co jakiś czas mijam parkingi z pozostawionymi samochodami i wejściem na szlaki górskie. Jedzie się dlatego ciężko. Dzisiaj według nawigacji zrobiłem 750 m przewyższenia. Tu dużo jak na obładowany rower i moje zmęczone już ponad 2000 km jazdy nogami. Tak, właśnie niedawno minął mi kolejny tysiąc na liczniku. Górskie widoki są prześliczne. Oprócz tradycyjnych jezior i lasów mamy teraz dodatkowo wzgórza. Zatrzymuję się wielokrotnie, aby zrobić zdjęcie lub nakręcić filmik.

Około godz. 18 zaczynam szukać noclegu. Jestem już zmęczony, a w głowie mam kuszący zapach pulpetów. Zatrzymałem się na parkingu nad urokliwym jeziorkiem, żeby odpocząć. Zostawiłem rower i poszedłem w las nad brzeg jeziora. Znalazłem piękną zatoczkę z polanką kilkaset metrów od parkingu. Wróciłem po rower, zostaję. Dzisiaj ponownie zanurzyłem się w zimnej, północno fińskiej wodzie. Po całodziennym poceniu się taka kąpiel to marzenie i w moim przypadku spełnienie. Kolejna przepierka i mam wszystkie ciuchy odświeżone. Pulpety na obiadokolację – palce lizać. Nie wiem czy to głód, czy rzeczywiście ich smak sprawił, że jadłbym, jadłbym i jadłbym. Cały słoik z ośmioma sztukami mięsa poszedł w kilka minut, doprawiłem kilkoma kromkami chleba z dżemem i pyszną kawą. Strasznie syty czytałem jeszcze chwilę, planowałem drogę i około północy poszedłem spać. Dzisiaj stuknęło kolejne 136 km na liczniku i może uda mi się jutro przekroczyć granicę z Norwegią.