Tadeusz Wojciechowski

 

Witam na moich stronach.

5 dzień - Czwartek - 16.07.2020. – przejechane 97,47 km

Okolice Upmalas – Lilaste – Pabażi – Jelgavkrasti – Vitrupe – Svetciems – Ainażi – (ESTONIA) – okolice Orajoe.

Znowu budziłem się w nocy bardzo często, a nie miałem żadnych powodów do niepokoju. Zastanawiałem się czy to ze zmęczenia, czy z niewygody? Jednak wstałem wyspany, wypoczęty, gotowy do stawienia kolejnym kilometrom czoła. Namiot ponownie cały mokry od rosy. Śpię z zasuniętą w namiocie moskitierą, więc żaden komar mi nie przeszkadzał. Tak też zjadłem śniadanie i jak zwykle po godz. 9 ruszam na północ w stronę morza bałtyckiego. Pogoda zapowiadała się na bardzo dobrą. Trochę dokucza mi spieczony słońcem poprzedniego dnia pasek na udach. Krótkie spodenki musiały mi się podnieść do góry nogi i odsłoniły „białe” części ciała. Jadę wzdłuż wybrzeża zatoki ryskiej. Rozbolała mnie głowa i postęp bólu był tak szybki, że musiałem zażyć tabletkę. Czyżby słońce? Tabletka pomogła, ale za to jakby mnie osłabiła. Mimo, że trasa nie jest wymagająca, raczej płaska, to jedzie mi się ciężko. Do granicy z Estonią mam jeszcze 85 km. Często się zatrzymuję. Przeszkadza też wiatr, który wieje dzisiaj prosto w oczy od morza. Prędkość tym samym spadła do 16-8 km/h. Droga wiedzie ruchliwą trasą A1, ale jest dużo obok niej ścieżek rowerowych lub bocznych, równoległych dróg, którymi jadę. Nie jest źle. Zatrzymuję się na dłużej nad samym morzem. Na plaży mało ludzi, ale są i zażywają kąpieli słonecznych. Przez pół godziny upajam się ciepełkiem jednak stroniąc od bezpośredniego słońca, którego mam dosyć na dzisiaj. Morze jest spokojne, prawie nie ma fali. Plaża wąska, piaszczysta, ale wejście do wody już kamieniste. Nie dziwię się, że nikt się tutaj nie kąpie.

Jadę drogą, która wiedzie wzdłuż ruchliwej trasy A1. Tutaj prawie nie ma aut. Jedzie się super. 20 km przed granicą z Estonią coś w końcu jem. Bardzo późne drugie śniadanie – jogurt z bułeczką i mały bananek. Całe 1,25 € wydane w małym sklepie. Po kolejnych kilometrach jestem w Ainażi ostatniej miejscowości przed granicą. Robię zakupy w markecie. Dzisiaj zaszaleję. Kupiłem sobie 4 ziemniaki, ogórek i colę. Będzie pyszna obiadokolacja, gdyż zamierzałem do tego dołożyć na ciepło konserwę mięsną wiezioną z Polski.

Jest granica. Obserwuję czy nie ma jakiś pograniczników. Znowu dusza na ramieniu. Nie wiem jaka jest sytuacja epidemiczna w Estonii. Od prawie tygodnia nie słucham i nie czytam wiadomości. Postanowiłem, że przed kolejną granicą zainteresuję się tym co się dzieje na świecie. Na szczęście znowu było pusto. Łotwę zrobiłem w dwa dni.

20 km za granicą zatrzymałem się na darmowym kempingu tuż nad morzem. Z wyposażenia była tylko toaleta, ale bez wody. Dobre i to. Na kempingu jest kilka namiotów i kilka kamperów. Rozbijam namiot. Wieje i nie chce mi się iść na plażę. Robię pyszny obiad, prawie domowy. Kilka osób podchodzi i pyta skąd jadę, dokąd jadę. Zawsze spotykałem się z życzliwością i podziwem. Ok godz. 21 jednak poszedłem nad morze. Umyłem sobie nogi w morzu. Taka mini toaleta. 

 

6 dzień - Piątek - 17.07.2020. – przejechane 116,96 km

Okolice Orajoe – Kabli – Tahkuranna – Reiu – Raekula – Parnawa – Sauga – Paardu - Haimere.

 

Wstałem jako pierwszy na kempingu. Jednak zanim zjadłem śniadanie, to zaczął się już mały ruch. Była 8:30 kiedy ruszyłem na dalsze zdobywanie Estonii. Jadę równoległą drogą do trasy nr 4. W oddalisłyszę duży ruch na tej drodze. Pojawił się znak szlaku rowerowego Euro Velo 10 (R-10) prowadzącego dookoła Bałtyku. Jadę nim. Prowadzi przez urokliwe miejscowości turystyczne na morzem. Sielanka kończy się po 20 km. Teraz muszę wjechać na drogę nr 4. Jest duży pas awaryjny, ale i tak szalejące tiry dają mi przez kolejne 10 km popalić. Podmuch jaki zostawiają podczas wyprzedzania jest tak silny, że trzeba mocno trzymać kierownicę. Drętwienie rąk, a szczególnie lewej dłoni mi nie minęło, a wręcz przeciwnie nasila się. Kiedy mogę to trzymam kierownicę tylko prawą ręką, ale na drodze nr 4 nie mogłem. Dobrze, że ok 10 km przed Parnawą pojawiła się znowu ścieżka R-10 prowadząca obok ruchliwej trasy.

Parnawa jest ostatnim miastem w Estonii położonym nad zatoką Ryską. To typowe, bardzo urokliwe, turystyczne miasto. Jest tu port, ładne, duże stare miasto, które zwiedziłem poruszając się po wąskich, ładnych uliczkach zastawionych kawiarenkami pod parasolami lub namiotami. Nie ma tu wiele zabytków. Kościół, cerkiew i typowe dla nadmorskich miejscowości drewniane, niskie zabudowania. Widać, że była to kiedyś typowa rybacka miejscowość. Na obrzeżach miasto zmienia się w nowoczesne miasto z licznymi dużym blokami, centrami handlowymi, firmami usługowymi i produkcyjnymi. Skorzystałem tam z MacDonalda. Raz na jakiś czas należało mi się szaleństwo za całe 6,50 €.  Dobrocią MacDonaldów są toalety z ciepłą wodą. Zrobiłem sobie pierwsze pranie. Skarpetki, majtki i koszulki wylądowały na bagażach do suszenia. Oczywiście wszystko się nie mieściło, ale zanim dotarłem do noclegu większość miałem suche. Wiatr, słońce robią swoje. W pobliskim markecie kupiłem za 5,30 € zapasowy kartusz gazowy do kuchenki. Codziennie gotuję i trzeba być przygotowanym na niespodzianki.

10 km za Parnawą ścieżka rowerowa się kończy. Znowu muszę jechać poboczem ruchliwej drogi nr 4. Mam przejechane 80 km. Nogi są OK ale coraz bardziej mi dokucza drętwienie lewej ręki. Próbowałem zmienić ponownie ustawienie chwytów, ale nic nie pomogło. Przednie koło jest ciężkie, gdyż mam na nim sakwy i muszę stale mocno trzymać kierownicę. Staram się jak najczęściej odciążać lewą rękę, ale nic nie pomaga.

Jadę idealnie na północ. Strzeliła na liczniku 100. Kończy mi się woda, a przez dłuższy czas już nie mijam miejscowości ze sklepem. W końcu na 110 kilometrze mam restaurację. Tam kupuję wodę do picia, a w toalecie biorę wodę do kąpieli. Po kolejnych 6 km zjeżdżam w las. Po chwili znalazłem ciekawą miejscówkę, gdzie się rozbijam.  Robię kąpiel całego ciała. Stoję jak mnie Pan Bóg stworzył w środku lasu i rozkoszuję się chłodną wodą polewaną na moje rozgrzane ciało. Coś pięknego. Zużyłem ponad 5 litrów wody – ale to było cudowne szaleństwo. Na obiadokolację gotuję risotto z borowikami i kaszą kupioną w Rossmanie jeszcze w Polsce. „Dupy nie urywa”, ale zjadłem. Wiem, że takie coś więcej nie kupię. Jeszcze herbatka i idę spać. Muszę kupić sobie płyn do naczyń, tego mi brak.

Leżę w namiocie i obserwuję dzielnego pająka, który pojawił się na suficie namiotu. Wisi i walczy z muchami. Złapał na swoją sieć aż dwie. Otoczył je siecią i teraz chyba zajada swoją zdobycz. Za jego dzielność postanowiłem, jak skończy posiłek, wypuścić go wolno do lasu. Ot taka kilkunastominutowa „rozrywa” w samotnej wyprawie.

Do Tallina zostało mi 70 km. Jutro powinienem opuścić Estonię. Pytanie, czy będę mógł wjechać do Finlandii? Sprawdziłem w internecie, ale nic się nie zmieniło w komunikatach Polskiego MSZ. Pisało, że Polacy mogą wjeżdżać tylko w określonym celu. Ja nie spełniałem żadnego.

Późno w nocy jakiś wariat bez tłumika jeździł motorem po lesie. Nie dawał mi spać do północy.