Tadeusz Wojciechowski

 

Witam na moich stronach.

4 dzień - Środa - 15.07.2020. – przejechane 146,48 km

Okolice Kolpokoi – Linkow – Lauksodis – Żajmele – (ŁOTWA) – Adżumi – Isliće – Ritausmas – Bauska – Iecava – Ryga – okolice Upmalas (za Rygą)

Czwarty dzień podróży. W nocy często się budziłem. Wstałem ostatecznie po godz. 7. Namiot był cały mokry, a wokoło okropna rosa. Czekałem na słońce, które powoli wychylało się za drzew. Ruszyłem dopiero po godz. 9, kiedy namiot trochę przesechł. Pojawia mi się drętwienie rąk od kierownicy. Mam nadzieję, że to przejdzie, ale mimo tego koryguję chwyty na kierownicy. Co chwilę zmieniam trzymanie i zastanawiam się co może być tego przyczyną.

Po dwóch godzinach ciągłej jazdy docieram do granicy z Łotwą. Znowu wkrada się do głowy poczucie niepewności. Na szczęście było spokojnie, ani jednego „stróża granicznego”. Tylko znak informacyjny, że jestem na Łotwie.  Ponownie odetchnąłem z ulgą.

Po ok. 20 km jazdy nowiutką drogą, którą jeszcze drogowcy wykańczali, docieram do ładnej miejscowości Bauska. Zatrzymałem się na zamku, który zobaczyłem po lewej stronie, nad rzeką, tuż przy wjeździe do miasta. Był w remoncie i zaczyna wyglądać na ciekawy obiekt. Z tego co przeczytałem to XV wieczny obiekt. Wszedłem na dziedziniec, obszedłem go dookoła. Jeszcze dużo czasu upłynie zanim go będzie można w pełni zwiedzać.

Przejeżdżam przez ładny rynek miasta, gdzie centralną budowlą jest ratusz, ale jadę dalej. Wjeżdżam na drogę nr A1, straszny ruch. Prowadzi ona prosto do Rygi, mojego celu. Przede mną 67 km do stolicy. Jadę pasem awaryjnym, a tiry strasznie szaleją. Mam wrażenie, że specjalnie jadą blisko mnie, żeby obrzydzić mi jazdę po ruchliwej drodze. Zatrzymałem się na odpoczynek na przystanku autobusowym. Wkładam do uszu słuchawki, żeby przytłumić trochę hałas samochodów. Kiedy ponownie ruszyłem, minął mnie z dużą prędkością tir i tuż przede mną, jakieś 50 m nagle wystrzał opony. Pierwszy raz coś takiego widziałem. Huk był okropny. Kawałki opony, nadkola i jakieś metale z ogromną siłą poleciały kilkadziesiąt metrów w kierunku lasku przez który przejeżdżaliśmy. Przeraziłem się hamując odruchowo. Ciężarówka przez chwilę tańczyła po drodze, ale udało się jej zatrzymać kilkaset metrów dalej. Co by było jakbym minutę wcześniej ruszył? Mogłem być przypadkową ofiarą tej awarii. Strach w oczach. 

Nie spodziewałem się, że dzisiaj będę w Rydze. Kiedy zatrzymałem się w centrum miasta miałem na liczniku 114 km. Zwiedzam stare miasto. Zaczynam od placu ratuszowego, gdzie stoi jeden z ciekawszych domów Bractwa Czarnogłowych. Przypominam sobie miejsca, które już raz odwiedziłem. Jadę kamienistymi uliczkami, aby dotrzeć do Katedry, gdzie jest pomnik czterech muzyków. Chcę zrobić sobie selfie, aby wysłać żonie. Zwiedziłem jeszcze starodawne ryneczki z bardzo ciekawymi kamieniczkami, zamek, który jest siedzibą Prezydenta i odpocząłem w jednej z kawiarenek wąskich uliczkach centrum. Próbowałem przy okazji znaleźć tani nocleg, ale nie udało mi się, ceny mnie przerażały. Pozwoliłem sobie też na szaleństwo, na hamburgera z frytkami i colą za całe 5,60 €, to na obiad.

Po dwóch godzinach spacerowania po mieście z ciężkim rowerem, który skakał po kamienistym bruku centrum miasta, postanawiam jechać dalej z nadzieją, że znajdę coś do spania na rogatkach miasta. Owszem mijam hotele, motele, ale widnieją na nich 3-4 gwiazdki. Przy jednym zatrzymuję się, ale kiedy zobaczyłem ceny (60-80 €) jadę dalej. Po 10 km jazdy, ładną ścieżką rowerową wzdłuż drogi nr A1, widzę motel, który nie wyglądał na atrakcyjny. Zatrzymuję się. Tuż obok wejścia kilku chłopców o ciemniejszej karnacji naprawia stary motocykl. Z obawą zostawiam rower przed wejściem do motelu. Cena też mnie zszokowała – 45 € za noc i to po negocjacji. Szybko przeliczyłem co mogę sobie kupić za ponad 180zł. Jadę dalej, przecież to 3 dni wyżywienia i to dobrego. Mam już dzisiejszego dnia 140 km na liczniku. Jest nareszcie koniec zabudowań wokoło stolicy Łotwy. Zaczyna się wzdłuż drogi las. Skręcam w pierwszą napotkaną polną drogę. Wiedzie ona do kolejnej miejscowości, ale jest też ścieżka do lasu. Zaszywam się między drzewami jadąc ścieżką kilkadziesiąt metrów. W oddali słychać ruch na drodze, szczekanie psów, ale było to do przeżycia. Najgorsze były natomiast komary. Jak tylko się zatrzymałem przystąpiły do frontalnego ataku. Musiałem założyć na głowę moskitierę, gdyż nawet bros nie pomagał. Szybka kolacja, skromna toaleta i w końcu upragniona, dmuchana poduszka pod głową. Przejechałem dzisiaj prawie 147 km.  Na razie rekord wyprawy.