Tadeusz Wojciechowski

 

Witam na moich stronach.

Marzy nam się zdobycie lub pokonanie czegoś, zwiedzanie świata, spektakularna samorealizacja. I to jest najprzyjemniejsze w życiu. Marzymy, wyznaczamy cel i dążymy do jego realizacji. I nagle niespodzianka. Na przykład epidemia. Kto by się rok temu (w 2019) tego spodziewał?

To, że w 2020 roku będę próbować zdobyć „kraniec świata” jakim jest Nord Kapp wiedziałem już wracając z wyprawy na Islandię w sierpniu 2019r. Jesienią zakupiłem mapę Norwegii i Szwecji (lubię mapy papierowe, widać na nich całą planowaną trasę). Zacząłem planować trzy warianty podróży, zależnie od czasu - urlopu w pracy - najkrótszy trzytygodniowy i najdłuższy miesięczny. Najkrótszy, to dopłynięcie promem z Gdyni do Sztokholmu w Szwecji i stamtąd wzdłuż wybrzeża Bałtyku, granicy z Finlandią na norweski Nord Kapp. Powrót samolotem z Alta w Norwegii przez Oslo. Trasa ok. 1800 km. Dwie dłuższe trasy, to: do Malmo w Szwecji promem, z Malmo do Norwegii i wzdłuż fiordów dotarcie do przylądka. Powrót samolotem z Alta lub druga wersja: przez Litwę, Łotwę, Estonię, Finlandię, północną Norwegię na Nord Kapp i powrót jak wyżej. Obie trasy ok. 3000 km.                                                                                                                                       

Planowanie to przyjemność oglądania wielu filmików ludzi, którzy tam byli, to czytanie mapy, czytanie relacji, porad innych turystów. W styczniu 2020 roku zakończyłem planowanie i byłem psychicznie przygotowany do jazdy po górzystych terenach Norwegii. Wybrałem prom do Malmo i dalej przez całą Norwegię, aż na północ tego kraju. Miałem spisane ciekawostki, numery dróg oraz niektóre miejsca noclegowe. Życie to zweryfikowało. Świat niepodziewanie opanował wirus covid-19 i moje plany przestały istnieć z dnia na dzień. Granice zamknięte, w kraju i zagranicą totalna izolacja ludzi, żyliśmy w strachu z dnia na dzień. Z niepokojem śledziłem wydarzenia, aż do końca maja. Wtedy epidemia trochę zelżała.  Okazało się, że Szwecja jest nadal zamknięta dla Polaków, tam epidemia szalała w najlepsze, a jedynie od czerwca puszczają Polaków na kraje wschodnio bałtyckie. 15 czerwca zapadła decyzja. Ruszam przez Litwę, Łotwę i dalej na północ. Najbardziej obawiałem się Finlandii. Wielka niewiadoma.  Dokupiłem jednak potrzebne mapy, szybko planowałem marszrutę. Po obliczeniach oraz planach urlopowych, okazało się, że muszę ruszyć nie z domu tylko dojechać do granicy Litwy pociągiem. Zaoszczędzę kilka dni, których może mi zabraknąć, żeby wrócić przed zakończeniem urlopu w pracy. Na dodatek mogę ruszyć dopiero w lipcu.

Wolne miejsce dla mnie i mojego roweru w pociągu udało mi się załatwić dopiero na 11 lipca i to na pociąg nocny. Z domu ruszam wieczorem. O 18 mam pociąg do Wrocławia, a tam po godz. 23 mam do Białegostoku. Myślałem, że nie będzie tłoku. Myliłem się. Ludzi było dużo, jak na czas epidemii, pełne wagony. Ciągłe przemieszczanie się pasażerów skutecznie wpływało na moją bezsenność. Meldując się na dworcu w Białymstoku byłem strasznie zmęczony nieprzespaną nocą. O godz. 8:00 miałem pociąg do Augustowa – mojego celu. Też tłok. Wysiadam na augustowskim dworcu PKP ok. 9:30.

Rozpoczyna się moja kolejna rowerowa przygoda. To wyjątkowa wyprawa. Mamy czas ogólnoświatowej epidemii. Obarczona strasznym dyskomfortem psychicznym. Każdą granicę przekraczałem ze strachem i niepewnością. Puszczą czy nie puszczą? Jadę dalej czy wracam do domu? Udało się, a jak to było czytajcie dalej.