Tadeusz Wojciechowski

 

Witam na moich stronach.

Kolejne marzenie spełnione. 3039 km przejechałem w ciągu 26 dni i zdobyłem „szczyt Europy”, jak niektórzy piszą „koniec świata”. Odpoczywałem tylko jeden dzień w Tromso skąd leciałem do Polski. Odpoczywałem tylko dlatego, że za szybko tam przyjechałem.

Moja trasa wiodła z Polski przez Litwę, Łotwę, Estonię, Finlandię do Norwegii.

Kilka danych statystycznych:

- długość trasy – 3039 km

- najdłuższy przejechany odcinek w ciągu 1 dnia – 147,36 km

- najkrótszy przejechany odcinek – 79,79 km (nie liczę 19 km trasy w Tromso wokół wyspy)

- średnia dzienna – 116,8 km

- średnia prędkość – 18,3 km/h

- max prędkość – 58 km/h (w Norwegii)

- jechałem łącznie 170 h 53 min co daje średnio dziennie 7 h 10 min.

- spaliłem 64 519 C co licząc po ok. 1000 C na obiad daje spalonych ok. 64 obiadów (ok 2-3 dziennie). Schudłem przez to 6 kg.

- spałem tylko w namiocie „na dziko”

- koszty podróży:

             Waluta jaką głównie operowałem to Euro oraz Korona Norweska. Miałem Euro w gotówce, z której zużyłem 95 €. Pozostałe dane płatności uzyskałem z obciążenia mojego konta, gdzie bank przeliczał na złotówki moje zakupy dokonywane za pomocą karty płatniczej Visa jaką posiadam.

- wyżywienie  - 1188,70 zł   w tym:

        - zakupy przed wyjazdem – 65 zł

        - zakupy żywności na trasie – 724,70 zł

        - zużyte 95 € x 4,20 (kurs z sierpnia 2020) = 399 zł 

- Inne zakupy -   1038,86 zł    w tym:

        - bilety PKP – 170 zł

        - bilety samolotowe – 552,71 zł

        - Prom Tallin – Helsinki – 158,71 zł

        - gaz do palnika -  24,36 zł

        - taśma samoprzylepna – 18,20 zł

        -  środek przeciw komarom -  26,43 zł

        -  bilet do akwarium polarnego – 68,45 zł

Razem koszt mojego wyjazdu wyniósł 2207,56 zł co dało średnio 82,50 zł na dzień.

Zauważyć warto, że najpoważniejszym wydatkiem są bilety. To kwota powyżej 700 zł. Jeżeli byśmy wyjechali z domu i wrócili do domu rowerem średni koszt dzienny wyniósł by ok. 55 zł i właściwie tyle dziennie traciłem. To dużo, ale pamiętajcie, że w Finlandii i Norwegii ceny są średnio 2,5 razy wyższe niż w Polsce. Za jogurt płaciłem czasami po przeliczeniu prawie 6 zł, a chleb to średnio 12 zł. Ceny produktów można znaleźć na wielu stronach internetowych.

Na koniec kilka moich propozycji i rad.

  1. Na Litwie nie porównujcie dróg tamtejszych z polskimi. Tam, nasze drogi powiatowe tzw. drugorzędne, często są drogami polnymi, piaskowymi.
  2. Jak i w Polsce ceny na stacjach paliw są kilka razy wyższe niż w marketach. Kupujcie coś tylko ostatecznie.
  3. Wszędzie można płacić kartą płatniczą, czy kredytową. Chociaż na Finlandii miałem sytuację, że jakbym zapłacił gotówką cena za hotel byłaby o 10 € niższa. I tak nie skorzystałem.
  4. Nie wiem jak jest w prawie poszczególnych krajów, ale wszędzie bez problemów spałem „na dziko”. Na Nord Kapp pytałem się w informacji turystycznej, gdzie można się rozbić. Pan był wyraźnie zdziwiony pytaniem. Powiedział, że gdzie chcę oby tylko nie na parkingu, bo tam stają samochody.
  5. Do cen trzeba się przyzwyczaić. Są 2-3 razy wyższe od naszych. Do jednego nie mogłem się przyzwyczaić. Do cen na kempingach i hotelach. Za namiot w Finlandii chcieli 40 zł i podobnie w Norwegii, a za hotel powyżej 200 zł.
  6. W Estonii wzdłuż brzegu zatoki ryskiej są kempingi darmowe. Nie ma na nich rozbudowanej infrastruktury. Przeważnie toaleta i tyle.
  7. Jadąc na północ Europy nie nastawiaj się na wysokie temperatury, chociaż nie było za zimno. Powyżej koła podbiegunowego temperatura wynosiła kilkanaście stopni Celsjusza (średnio 16-18 – min. była 70C).
  8. Ścieżki w Finlandii i Norwegii są rewelacyjne. Zawsze dużo km przed i po prawie wszystkich miejscowości można z nich korzystać, warto. W Norwegii jest specjalna droga dla rowerów z Alta na południe.
  9. Nie spotkałem się z żadnymi problemami ze strony tubylców, a wręcz przeciwnie, byli życzliwi, chętni do rozmów i porad. Oczywiście wszędzie są żebracy, ale nie miałem z nimi problemów.
  10. Woda w kranach jest zdatna do picia w Finlandii i Norwegii. Nawet trudno kupić w sklepach wodę niegazowaną.
  11. W Norwegii nawet woda w strumieniach jest czyściutka i można ją pić. Piłem i żyję.
  12. W Norwegii na większości stacjach paliw kawa jest bezpłatna. Nie dotyczy to stacji w miastach, gdzie musiałem zapłacić. Nie wiem czy wszędzie, ale w tak było w Alta.
  13. Na Finlandii, przy jeziorach (których jest tam bez liku) można schronić się, a nawet spać w specjalnych schronach dla turystów. To drewniane budowle, gdzie jest miejsce na ognisko, ławeczki i stół, często jest nawet drzewo do palenia. Są oczywiście darmowe. Są tam również w pobliżu toalety typu toi toi, bez wody, ale jest jezioro.

I ostatnia rada – na rower i w trasę. Warto zmierzyć się z własnymi słabościami. Warto zobaczyć to co ogląda tysiące turystów, których mijałem, z którymi rozmawiałem, nie jesteś gorszy, a może lepszy i zobaczysz, napiszesz coś ciekawszego.

20 dzień - Piątek - 31.07.2020r. – przejechane 131,20 km

Nord Kapp – Tunel Przylądka Północnego – Stranda – za Olderfjord przy E6.

        Przez większość nocy namiotem targały mocne wiatry mimo tego, że starałem się rozbić za skarpą, gdzie miałem osłonę i tak nie wiało. Przebudziłem się ok. godz. 2  i dalej namiot skakał na wietrze. Kiedy się jednak obudziłem ok. 5 rano była cisza.

W nocy zrobiłem jeszcze jedną ważną rzecz. Wyliczyłem na google maps ile jeszcze km mi zostało do Alta i Tromso. Z Alta, które jest bliżej, bo ok 200 km stąd, samoloty latają do Oslo i tam musiałbym czekać na lot do Polski. Z Tromso Wizzar lata prosto do Krakowa lub Gdańska. Lot do Krakowa odbywa się co poniedziałku i piątku. Mam do Tromso ponad 600 km, więc za tydzień z powodzeniem powinienem tam zawitać. Kupiłem tego wieczora bilet na lot do Krakowa na piątek, na godz. dziewiątą rano. Muszę być w Tromso do czwartku, aby spokojnie spakować się i zdążyć na samolot.      

Ostatecznie wstałem dopiero ok. godz. 8. Kiedy wyjrzałem z namiotu nic nie widziałem, taka była gęsta mgła. Idę przez parking do WC w restauracji i 20 m przed sobą nie widzę nawet samochodów. Kieruję się na wyczucie, tam gdzie powinien być budynek restauracji. Trafiam trochę obok budynku.

Dokładnie o godz. 9:22 ruszam w drogę powrotną. Mgła nadal jest okropna i jedzie się strasznie. Na początek długi zjazd potem trochę podjazdu i po 10 km nagle mgła jak ręką odciął, znikła. Staję po chwili na parkingu oglądam się, rzeczywiście za mną biała ściana. Wczoraj z tego miejsca widziałem białą kulę na restauracji. Uśmiechnąłem się do siebie, gdyż pomyślałem, że jakbym dzisiaj zdobył Nord Kapp trafiłbym na najgorszą, jaka może być pogoda dla turysty. Po dwóch kolejnych podjazdach zaczynam odczuwać wczorajszą drogę, a przede mną przecież tunele. Klif na jakim jest Nord Kapp to 307 m n.p.m i tyle zjadę wracając do tunelu, ale budowniczy jedynej drogi na wyspie zadbali  jej urozmaicenie. Dojeżdżając do Honningsvag muszę już dłużej odpocząć.

Jedząc pyszną, słodką bułeczkę patrzę na tubylców. Ja siedzę w kurtce, długich spodniach, a oni przyjeżdżają pod sklep swoimi półciężarówkami w krótkich spodenkach i koszuli. Muszę dodać, że temperatura na moim liczniku pokazywała przed chwilą 120C. Przez godzinę odpoczywałem, aby nabrać sił na tunel pod morzem. Jadę. Po pół godzinie za zakrętem widzę w oddali znajomy widok – wjazd do tunelu. Samochody spokojnie wyjeżdżają i wjeżdżają czyli nie ma już awarii. Ruchu też nie ma dużego i szczęście. Zatrzymuję się przed wjazdem i teraz zakładam ciepłą czapkę, zapinam pod brodę kurtkę i zakładam ciepłe rękawice. Mogę zmierzyć się z tunelem. Znowu szalony zjazd, ale teraz jest o wiele lepiej z organizmem. Trochę prostej, muszę już rozpiąć kurtkę i 9% podjazd, tym razem bez zsiadania, dałem radę. Wreszcie słońce i uśmiech na twarzy – dałem radę, teraz już z górki. Drogę E69 pamiętałem. Co chwilę widzę znajome widoki, znajome góry i strumienie. Jedzie się dobrze, wiatr wieje dzisiaj z boku, a czasami w plecy i dlatego średnia prędkość sięga prawie 20 km/h. Jedyny mankament, to zimno jakie zacząłem odczuwać kiedy tylko silniejszy wiatr powiał mi po mokrych plecach. Dzięki dobrej prędkości szybko docieram do drogi E6.

Przez drogę przechodzi przepiękny renifer. Maści biało – czarnej z potężnym porożem, takiego jeszcze nie widziałem, chociaż ich widok znany mi jest od Rovaniemi. Szkoda, że nie udało mi się zrobić zdjęcia lub filmiku. Zanim zdążyłem sięgnąć po komórkę renifer wystraszony zniknął między drzewami.  

Na drodze E6 skręcam teraz na zachód w kierunku Alta. Jest już 18:30 i mam przejechane 125 km. Nogi czują już dzisiejsze podjazdy. Zaczynam szukać miejsca na nocleg. Niestety znowu jadę pod górę i po obu stronach są same zbocza. Jadę tak 6 km i nareszcie widzę lekki zjazd na niewielką polankę jakieś 50 m od drogi. Zostaję, mimo tego, że tak blisko drogi i będę musiał znosić ruch samochodów.

Rozbijam się, lekka toalety, ciepła kolacja. Melduję się żonie informując o moich planach na powrót. Sprawdzam w nawigacji ile mi zostało. Kalkulator wskazuje, że mam jeszcze 490 km do Tromso.

21 dzień - Sobota - 1.08.2020r. – przejechane 120,33 km

Za Olderfjord przy E6 – Skaidi – Rafsbotn – Alaouta – Alta – Hjemmeluft – za Kvenvik.

Dokładnie trzy tygodnie temu wyjechałem z domu na wyprawę. Ten fakt skojarzyłem pijąc na śniadanie kawę i jedząc bułkę z serkiem. Noc miałem kiepską. Rozbiłem się na lekko pochyłym terenie, najlepszym jaki znalazłem i w nocy ciągle zjeżdżałem w śpiworze w dół. Okropność budzić się z podkurczonymi nogami, skulony w śpiworze opartym o zasunięte wejście do namiotu.

Po godz. 8 jadę. Na początek ciąg dalszy wczorajszego sporego podjazdu. 1300 m w górę, potem szalony zjazd na prawie 10  n.p.m. Znowu pod górkę i znowu zjazd, jak na rollercoaster. Taką drogę miałem prawie do Alta. Tuż przed miejscowością miałem szalony zjazd 5 km w dół. Ktoś by powiedział, ż to nic nadzwyczajnego i ja też to mówię z jednym wyjątkiem. Termometr wskazuje 14 0C, jadę w kurtce, rękawiczkach i długich spodniach. Wspinam się kilometr, a może dłużej w górę pot się leje po plecach, rozpinam kurtkę. Nagle zjazd kilkunastominutowy z prędkością dochodzącą do 50 km/h i to przy ciągłym hamowaniu. Temperatura ciał nagle spada przez zimny wiatr jaki mnie owiewał, aż czuję drętwienie na ciele i znowu podjazd, prędkość 6-7 km/h, temperatura ciała rośnie, pot się leje, aby po chwili ciałem targają dreszcze z zimna przy kolejnym zjeździe. I tak przez ponad 100 km.   

Alta to niewielka miejscowość, bardzo czysta i z ciekawym centrum. Raczej młode miasto, gdyż nie zauważyłem starych zabudowań. Na pewno rzuca się w oczy spiralna budowla, z lśniącą w słońcu wieżą katedry protestanckiej. Przeczytałem, że została wybudowana dopiero w 2003 roku przez architekta z Danii. Niestety nie mogłem wejść do środka, była zamknięta.

Na stacji paliw zatrzymałem się na kawę. W Norwegii kawę na stacji dostaje się za darmo. Zauważyłem to już wcześniej  w trasie, kiedy na jednej ze stacji paliw poprosiłem o ciastko i kawę. Zapłaciłem tylko za ciastko co mnie zdziwiło. Kiedy siedziałem i spożywałem drożdżówkę wchodzili przyjezdni, nalewali sobie do termosów, kubków termicznych lub zwykłych kubków kawę i wychodzili nic nie płacąc. Korzystałem z tego dobrodziejstwa do końca mojej podróży.

Od kilkudziesięciu kilometrów jadę wzdłuż brzegu morza. Jadę norweskimi fiordami. Widoki są coraz piękniejsze. Za Alta spotykam Niemca, który jedzie na Nord Kapp. Zatrzymuje się na pogaduszki. Mówi żebym pojechał na Lofoty on stamtąd jedzie. Trochę daleko i musiałbym wracać, ale powinienem w pięć dni zdążyć. Pyta o drogę na Nord Kapp. Ma bardzo mało bagaży. Musi chyba spać w hotelach, gdyż nie widziałem u niego namiotu. Jakby miał więcej kasy też bym tak robił.

Kilka kilometrów za miastem trafiam na tunel, a przed nim zakaz wjazdu rowerów. Musiałem gdzieś wcześniej zgubić jakiś znak drogi dla rowerzystów. Zatrzymałem się z dylematem, czy łamać przepisy, czy wracać się i szukać ścieżki rowerowej. Tunel ma 1300 m, to nie dużo kilka minut i jestem na drugiej stronie - pomyślałem. Jadę z duszą na ramieniu. Na szczęście jest w dół i bardzo szybko widzę światło po drugiej stronie. Udało mi się. 10 km dalej stwierdziłem, że powinienem trochę zwolnić tempo, gdyż do Tromso dojdę w trzy dni. Jest dopiero godz. 17 i postanawiam na dużym parkingu, przed kolejnym tunelem zatrzymać się. Przeważyła ubikacja z ciepłą wodą. To mnie skusiło, gdyż chciałem umyć włosy. Jest też jakaś koczująca, chyba cygańska, rodzina z dwoma wielkimi psami ujadającymi na mój widok. Cofnąłem się trochę od parkingu i w małym zagajniku rozbiłem się. Mogłem wyprać rzeczy, suszyć na wietrze, a przede wszystkim spokojnie się umyć, nie wspominając o dłuższym odpoczynku.

22 dzień - Niedziela - 2.08.2020r. – przejechane 102,8 km

Za Kvenvik – Melsvik – Tavik – Strandnes – Burfjord – Sekkemo – okolice Kvaenangen.

O godz. 6:30 obudził mnie hałas głośnej muzyki puszczonej w samochodzie. Do tego wrzaski jakiegoś idioty. Trwało to kilka minut i usłyszałem odjeżdżający samochód, po którym była błoga cisza mącona dalekimi odgłosami samochodów.  Wyszedłem na zewnątrz, było zimno. Idąc do WC nie widziałem cyganów, już wiem kto tak rano wrzeszczał.

Mimo, że tak wcześnie wstałem ruszyłem dopiero o godz. 8:00. Fiordy dają mi popalić. Droga nadal faluje jak sinusoida. Norwedzy budują coraz więcej tuneli, które skracają znacząco drogę. Dojeżdżam do kolejnego o długości 900 m. Jest zakaz wjazdu rowerom, a obok widzę ścieżkę rowerową nad samym brzegiem morza. Nie łamię przepisów i jadę ścieką. 3,5 km raz w górę i w dół, ale z pięknym widokami na fiordy. Wyjeżdżam po drugiej stronie tunelu. Czyli tunel skraca drogę o prawie 3 km.

Na stacji paliw robiłem sobie dłuższą przerwę na hot doga i darmową kawę. Mam już 100 km dzisiaj. Postanawiam dalej nie jechać. Szukam miejsca do spania. Znowu podjazd. Po dwóch kilometrach znalazłem między krzakami niewielką polankę. Zostaję. Znowu komary. Mimo tego robię sobie makaron z sosem carbonara. Nawet nie wiedziałem, że jestem w stanie tyle zjeść. Do Tromso mam tylko 290 km i 4 dni jazdy. Nie muszę się śpieszyć. Czytałem, rozmawiałem z domem i szybko poszedłem spać.

23 dzień - Poniedziałek - 3.08.2020r. – przejechane 106,74 km

Okolice Kvaenangen – Straumfjordnes – Storslett – Rotsund – za Birtavarre.

Jakby nie to, że obudziłem się w nocy, gdyż poczułem twardość pod sobą, to spałbym nad wyraz mocno do późnych godzin, taki dobry dzisiaj miałem sen. Źle zabezpieczyłem materac i spuścił powietrze, w nocy musiałem pompować od początku. A tak było super!

Dopiero po godz. 9 ruszam w drogę. Na początek kolejne 3 km podjazdu. Rozgrzałem się mocno. Potem było lepiej. Widoki cudowne, co chwilę zatrzymuję się i robię zdjęcia lub filmik. Pogoda sprzyja mi, jest 16 0C i prawie nie ma wiatru. Kilometry mijają za szybko. Już około  godz. 16 mam ponad 100 km przejechane. Siedzę pod sklepem, gdzie zrobiłem zakupy, piję sok pomarańczowy i patrzę na miejscowych. Mam czas. Postanowiłem szukać miejsca do noclegu mimo tego, że jest jeszcze bardzo wcześnie i nie czuję zmęczenia. Do celu zostało tylko 170 km. Śpię naprzeciw kempingu kilka kilometrów dalej. Cena na kempingu po przeliczeniu na złotówki dała mi 40 zł za namiot, przesada, śpię na dziko. Mam wody wystarczająco na kąpiel – mycie całego ciała, obiad, kolację i śniadanie. Po drugiej stronie drogi znalazłem w lesie super polankę. Rozbijam się, robię mycie, jedzenie i odpoczywam. Trochę czytam, trochę oglądam internet i dosyć szybko idę spać.

24 dzień - Wtorek - 4.08.2020r. – przejechane 99,45 km

Za Birtavarre – Lokvoll – Skibotn – Elsnes – Oteren – Nordkjosbotn – okolice Laksvatn.

Chyba świadomość, że do Tromso już niedaleko sprawia, że śpi mi się nad wyraz spokojnie. Znowu wstaję później. Wyjeżdżam dopiero po godz. 9. Dzisiaj zapowiadają deszcz. Ubieram się tak na „cebulkę”, na wszelki wypadek mam pod ręką rzeczy przeciwdeszczowe.

Jadę. Mam tunel przed sobą i znowu nie wolno wjeżdżać. Omijam i ścieżką rowerową jadę wzdłuż morza, droga jest dobra, pięknie położona, nad samym morzem. Po kilku kilometrach ponownie tunel i znowu zakaz, zgodnie z przepisami jadę obok. Znowu po kilkunastu kilometrach trzeci tunel z zakazem wjazdu rowerem. Zerkam na mapę. Teraz łamiąc przepisy oszczędzam 9 km. Dużo. Tunel ma długości 5,5 km. Stoję chwilę i zastanawiam się ile kosztuje mandat dla rowerzysty. Ryzykuję i szybkim tempem pokonuję przeszkodę. Po drugiej stronie jest duży parking i tam zjeżdżam. Odetchnąłem z ulgą, kolejny raz udało się. Na parkingu jest wc z ciepłą wodą. Robię szybkie pranie. Odpoczywam i jem mini obiad.

Około godz. 15 dojeżdżam do skrzyżowania z drogą E8. Skręcam gdyż ona prowadzi prosto do Tromso. Pogoda się psuje. Widać, że za chwilę lunie deszcz tak, jak zapowiadano. Zatrzymuję się na stacji benzynowej na kawę i w tym momencie zaczęło dosyć mocno padać. Siedzę, piję kawę, jem hot doga, ciasteczka i czekam na koniec deszczu. Mija godzina i nic, deszcz jakby nie miał zamiaru przestać. Zerknąłem na mapę. Do Tromso zostało jakiś 70 kilometrów. Postanowiłem szukać miejsca na nocleg. Zakładam ubranie przeciwdeszczowe i ruszam. Jadę ścieżką rowerową EuroVelo 8 biegnącą obok drogi E8. Super ścieżka, tylko jeden mankament. Biegnie cały czas wzdłuż zabudowań. Nie mogę znaleźć nic ustronnego do spania. Po 11 km znalazłem nad morzem małą polankę wśród drzew. Po drugiej stronie ulicy są domy, ale postanawiam tutaj zostać. Dalej jadąc, to dojadę do Tromso, a nie chciałem. W deszczu rozbijam namiot i robię kolację. Wieczorem przestało padać.

 25 dzień - Środa - 5.08.2020r. – przejechane 79,79 km

Okolice Laksvatn – Sorbotn – Nordbotn – Sandvika - Tromso.

Nikt mnie nie niepokoił. Obawiałem się, że śpię na terenie prywatnym i w pewnym momencie przyjdzie właściciel i karze się wynosić. Było cicho i spokojnie. Tylko w nocy obudził mnie obfity deszcz.

Wstałem jak zwykle o godz. 7, a po godz. 8 ruszyłem. Do miasta miałem 65 km. Niedaleko. Zapowiadali dzisiaj ponownie deszcz i chyba się nie mylą, gdyż ciężkie chmury wiszą nad moją głową od rana, ale jeszcze nie pada.

Już o godz. 13:30 przekroczyłem rogatki miasta. Jestem u celu. Tromso jest dużym miastem, położonym w zdecydowanej większości na wyspie, na którą z dwóch stron wjeżdża się potężnym mostem, pod którym spokojnie przepływają nawet duże statki. Już z daleka widać jego atrakcje turystyczne. Jedną z głównych jest kościół Arctic Cathedral w kształcie lapońskiego namiotu w kolorze białym. To luterański kościół wybudowany w 1965 roku monumentalnie góruje nad miastem, gdyż położony jest na wzgórzu, tuż przy wjeździe na most prowadzący do centrum. Jest widoczny praktycznie z każdego miejsca w mieście. Dojeżdżam do niego. Wejście jest płatne, ale patrząc przez szyby, widzę wewnątrz tradycyjny kościół, więc nie płacę. Niedaleko kościoła jest wyciąg linowy na wzgórze, skąd można podziwiać widok na miasto, ale nie jadę tam.

Jadę przez most na wyspę, gdzie jest centrum. Super rozwiązanie na moście. Prawą stroną jadą tylko rowery, środkiem samochody, a lewą stroną tylko piesi. Pierwszy raz widzę takie rozwiązanie. Jest proste, bezpieczne dla wszystkich i płynne w ruchu. Za mostem jestem prawie w centrum. Jednak nie jadę tam. Włączam google maps i szukam drogi na lotnisko. Jadę według wskazań i nagle stop. Droga prowadzi przez tunel z zakazem wjazdu rowerom i klops. Teraz górę muszę pokonać pchając rower przez dwa kilometry przy kilkuprocentowym nachyleniu drogi.  Kiedy jestem na szczycie to czuję jak pot mi po plecach spływa pot. Zjeżdżam kolejne dwa km i z daleka widzę lotnisko. Za nim dojechałem do celu zauważyłem ścieżki rowerowe prowadzące na lotnisko. Na jednym z drogowskazów pisało centrum. Postanowiłem wracając do miasta pojechać szlakiem. Mijam też duże centrum handlowe. Jest lotnisko. Niewielki budynek, z jednym pasem startowym. Docieram i zwiedzam terminal, sprawdzam piątkowy lot. Wszystko się zgadza. Teraz muszę znaleźć miejsce do spania. Jeżdżę wokół lotniska. Wyspa kończy się kolejnym mostem łączącym wyspę z lądem po drugiej stronie wyspy. Musiałem wrócić w okolice lotniska, gdyż na końcu wyspy nic nie było. Kilkaset metrów od terminala znalazłem duży plac, gdzie w jednym z końców wysypywany jest gruz, a zaletą jest to, że od lotniska odgradza plac wysoki wał ziemny z licznymi krzakami, różnymi roślinami. Stwierdziłem, że tutaj jest super miejsce na nocleg. Teraz muszę załatwić karton na rower, żeby spakować go do samolotu. Wracam do centrum handlowego, które mijałem jadąc na lotnisko. Jest tam duży sklep sportowy. Pytam o karton. Sprzedawca mówi, że dzisiaj już nie jest wstanie nic mi dać, jest za późno i magazyn nie pracuje i zaprasza mnie na jutro zaraz po godzinie 10. Mówi, że nie mają dużo kartonów, a chętnych zawsze jest wielu. Obiecałem, że będę.

Mam wszystko załatwione. Jest 18:30. Spać za szybko, jechać do centrum za daleko i za późno. Idę do restauracji, biorę kawę, hot doga i siadam przy prądzie, aby naładować wszystko na jutro. Restauracja czynna jest do godz. 20. Zdążyłem naładować większość elektroniki. Powoli jadę ponownie na lotnisko, na upatrzone miejsce. Rozbijam się. Po chwili słyszę w pobliżu warkot autobusu. Okazało się, że na tym placu mają pętle miejskie autobusy. Czekają niedaleko mnie na czas odjazdu. Na szczęście nie było ich dużo. Jestem schowany za wysokimi krzakami, ale sądzę, że jeżeli ja ich widzę to oni na pewno mnie też widzą. Jest jednak spokojnie.

26 dzień - Czwartek - 6.08.2020r. – przejechane 19,0 km

Tromso.

W nocy słyszałem dwa lądujące samoloty. Nie było głośno, ale i tak mnie obudziły. Miałem dużo czasu. Do centrum handlowego miałem jakiś kilometr więc kilka minut i będę. W żółwim tempie szykowałem się do wyjazdu. Przed godz. 10 skorzystałem jeszcze z ciepłej wody w łazience na lotnisku i 5 minut przed otwarciem sklepu sportowego byłem u jego drzwi. Otworzyli prawie co do sekundy. Tak jak obiecano mi otrzymałem duże pudło rowerowe. Zwinąłem je w rulon, a na lotnisku zabezpieczyłem streczem, żeby nie przemokło jakby miało padać. Zamierzałem ukryć karton na miejscu gdzie nocowałem. Nakryłem dodatkowo karton liśćmi i ruszyłem do miasta.

Ścieżka rowerowa biegnąca wzdłuż wybrzeża mała prawie 9 km. Biegła dużym zakolem, wzdłuż brzegu, ale po płaskim terenie i jechało się do centrum Tromso rewelacyjnie. Po drodze wstąpiłem do bardzo dużego marketu Super Spear, niesamowicie zaopatrzonego. Takiego marketu jeszcze nie widziałem. Można było sobie np.: komponować sałatki różnego rodzaju z warzyw, mięsa i różnych sosów. Wszystko wyglądało na świeże. Oprócz tego na ścianie z lodówkami było kilkadziesiąt już gotowych dań od razu do spożycia. Kupiłem sobie na próbę sałatkę z kurczaka z warzywami w sosie, którą zjadłem przy stoliku znajdującym się w sklepie. Była pyszna i co najważniejsze nie taka droga. Już wiedziałem jaki dzisiaj będę jadł obiad.

Pierwszy obiektem zwiedzanym było polarne muzeum morskie – akwarium polarne. Przed jego wejściem stoi pomnik Helmera Hnssena – zdobywcy Arktyki. Jest też statek, którym dopłyną do Arktyki otoczony szklaną kopułą. Sam budynek ma bardzo ciekawy kształt. Wyobraża oparte o siebie klocki, albo jak pisze w przewodnikach, bloki lodowe. Wewnątrz znajduje się wystawa ryb i zwierzą morskim w olbrzymim akwarium. Zwiedziłem go chociaż wstęp był drogi (zapłaciłem 170 koron norweskich – ok. 70 zł) Warto było, okazy tam zgromadzone przedstawiają głównie zwierzęta żyjące za kołem polarnym.

 Jadąc w kierunku centrum dotarłem do portu. Niewielki, z którego wypływają promy, kutry rybackie. Statki handlowe mają swój port za mostem, którym wczoraj przejeżdżałem, łączącym ląd z wyspą.

       Pomnik Roalda Amundsena, kolejnego, wielkiego polarnika stoi na jednym z placów w samym centrum. Jest tam wiele ławeczek, gdzie odpoczywają turyści i miejscowi. Niedaleko pomnika jest kolejny plac z drewnianą katedrą kościoła luterańskiego. Kościół był otwarty, wszedłem do niego. Tradycyjny jak na tą wiarę, surowy wygląd, bez zbędnych ozdób. Ołtarz i ławki dla wiernych plus organy. Czyli wszytko co trzeba do modlitwy. Żadnych bogato zdobionych figur, starodawnych, cennych obrazów. Prostota, zaprzeczenie naszych katolickich kościołów, gdzie kapie od złoconych figur i ozdób, marmurów i potężnych obrazów.

Idę główną ulicą, wyłączoną z ruchu samochodowego, mamy tu jak zwykle wiele sklepów pamiątkowych, odzieżowych z markowymi ciuchami, restauracji, a nawet Burger King.

W jednej z bocznych ulic, na wzgórzu stoi wspaniała budowla, z olbrzymią szklaną fasadą w kształcie jakby półokręgu. Rzuca się w oczy każdej osobie zwiedzającej centrum. Wdrapałem się z rowerem pod budynek. Okazało się, że to wielopoziomowa biblioteka. Wszedłem do środka i zaskoczyła mnie ilość będących tam ludzi. Stoję na schodach i widzę na poziomie poniżej parteru dział dziecięcy, gdzie kilku chłopców gra na komputerach, kilka dzieci rysuje coś, a następnych kilka biega między pułkami. Są przecież wakacje, a w bibliotece są dzieci. W Polsce nie do pomyślenia. Idę na piętra. Siedzą tutaj ludzie w różny wieku, przy kawie czytają prasę, książki, piszą coś na komputerach. Takie widok widziałem tylko na filmach.

Nieopodal biblioteki stoi kolejny kościół. Wygląda jednak na opuszczony. W centrum jest wiele innych ciekawych pomników. Jednak jeden z ciekawszych widziałem pod teatrem. Białe postacie o różnych głowach.

Późnym popołudniem ruszam z powrotem na lotnisko. Wstępuję do Spear’a i robię zakupy na obiad. Około godz. 18 usiadłem w restauracji w centrum handlowym, kupiłem kawę i zjadłem obiad. Przed wyjazdem na miejsce noclegowe wstąpiłem jeszcze do sklepu budowlanego, gdzie kupiłem taśmę samoprzylepną, żeby skleić karton ze spakowanym rowerem.

O godz. 19:30 jestem na lotnisku, gdzie robię mycie wieczorne, a następnie idę na plac, gdzie spałem poprzedniej nocy. Karton leży nienaruszony. W namiocie robię mini podsumowanie wyprawy. Zliczam wydane pieniądze, przejechane kilometry w kolejnych etapach, dni z deszczem itp. Dzisiaj nad wyraz szybko idę spać.

27 dzień - Piątek - 7.08.2020r. – lot do Polski

Podniecenie powrotem do domu chyba nie dało mi spać. Innym powodem był deszcz, który lał dosyć mocno bębniąc w tropik do godz. 3 nad ranem. Można powiedzieć, że zdrzemnąłem się kilka razy, ale już o godz. 5 byłem na nogach, a o godz. 6 ruszyłem na lotnisko, aby się pakować. Wyrzuciłem po drodze do kontenera niepotrzebne rzeczy, butlę z gazem postawiłem obok, może komuś się przyda. Już wcześniej w holu lotniska upatrzyłem miejsce, gdzie mogę pakować rower i nie będę nikomu przeszkadzać. Poszedłem tam. W holu lotniska było tylko kilka osób i to głównie pracownicy. Pakowanie roweru i przepakowywanie bagaży zajęło mi godzinę. Kolejną godzinę czekałem na otwarcie odprawy. Poszło bez problemu.

Do Polski wyleciałem punktualnie o godz. 9. Samolot był tylko w połowie zajęty, więc można było zająć dowolne miejsce. O 12:30 lądowałem w Krakowie. Tam na lotnisku złożyłem ponownie rower, aby wygodnie się go prowadziło i kolejką podmiejską wyjeżdżającą z lotniskowego dworca kolejowego, dojechałem do dworca głównego PKP. Udało się mi kupić bilet do Kędzierzyna – Koźla z przesiadką w Opolu. Odjazd miałem za pół godziny tak, że ledwo zdążyłem kupić sobie coś do picia. Wieczorem byłem w domu.   

17 dzień - Wtorek - 28.07.2020r. – przejechane 142,97 km

Okolice Karhunpesakiri – Inari – Kaamaneu – Karigasmemi – (NORWEGIA) – Karasjoki – jezioro Rordoluoppai.

Ale była cisza. Zawsze chociaż wiaterek szeleścił liśćmi, jakiś ptak się odzywał, nie wspominając odgłosów drogowych. Obudziłem się wręcz przerażony, że nic nie słychać. Wyjrzałem na zewnątrz namiotu i nic, nawet najmniejszego szelestu. Odgłos moich kroków stawianych na ścieżce do jeziora był jedynym szelestem jaki słyszałem. Tafla jeziora była gładka jak stół. Zapowiadała się wspaniała pogoda.

Miałem na dzisiaj ambitny plan. Za około 120 km stąd jest granica z Norwegią, którą pragnąłem dzisiaj pokonać. Po porannych czynnościach ruszam w drogę. Po kilkunastu kilometrach docieram do Inari jednej z ostatnich większych miejscowości na północy Finlandii. Niewielkie, ale bardzo urokliwe miasteczko. Przepięknie położone, pośród licznych jezior, na których występują liczne wysepki. Miejscowość turystyczna, gdyż jak popatrzyłem na mapę, to stąd zaczyna się potężne jezioro sięgające daleko na wschód prawie pod samą Rosyjską granicę. Mijam liczne przystanie na jachty motorowe, na łodzie rybackie. Co jakiś czas na parkingach wygrzewają się turyści przy swych wypasionych kamperach. Pogoda temu sprzyja, jest ciepło, mój termometr wskazuje 20 stopni. Wstępuję na chwilkę do sklepu po owoce i jadę dalej.

Droga nr 4, którą jechałem prawie od południa Finlandii kończy się dla mnie. Jakieś trzydzieści kilka kilometrów za Inari skręcam w lewo w drogę nr 92. Na sam północny szczyt Finlandii zostało jakieś 90 km. Po raz pierwszy zobaczyłem znak drogowy wskazujący drogę na Nord Kapp – 343 km. Jadę w stronę granicy i zaczęło się. Z poziomu prawie 0 n.p.m. zaczynam się wdrapywać jakby na szczyt. Ostatnie 30 km przed granicą norweską zapamiętam na długo. Lekki zjazd i kilkustopniowy, długi podjazd i tak przez kolejne kilometry. Tuż przed granicą osiągnąłem wysokość 331 m n.p.m. i nagle szalony zjazd do samej granicy. Musiałem prawie cały czas trzymać hamulec wciśnięty, gdyż prędkość i tak miałem ponad 50 km/h. Na granicy, w miejscowości Kielajoki, zrobiłem ostatnie zakupy spożywcze za euro i trochę odpocząłem. Norwegia ma już walutę swoją i jest tam podobno strasznie drogo, zobaczymy. Jakby nie napis informujący, że jestem w Norwegii to nawet bym nie wiedział, że przekroczyłem granicę państwa. Teraz mniej się bałem, gdyż wiedziałem, że granica Fińsko – Norweska jest przejezdna. Było dosyć późno i ruchu nie było żadnego.

Wkroczyłem do ostatniego państwa mojej wyprawy. Stąd jakieś 310 km do celu. Trzy, a może dwa dni i powinienem być na miejscu. Pierwszą większą miejscowością w Norwegii była Karasjoki jakieś 16 km od granicy. Nic ciekawego, kilka domów i stacja paliw, na której nabrałem sobie wody do bukłaczka. Mam już obolałe nogi. Przejechałem ponad 135 km, czas na odpoczynek. Odczuwałem podjazdy przed granicą norweską. Teraz jest spokojniej, droga w miarę płaska. Jadę cały czas wzdłuż rzeki i dopiero za Karasjoki rzeka się skończyła. Tam wjeżdżam na trasę E6, która zaprowadzi mnie prosto na „koniec świata” – Nord Kapp. Mając 142 km na liczniku znalazłem niewielką polankę wśród niskich krzaków oddaloną kilkadziesiąt metrów od drogi. Mimo tego, że miejsce nieciekawe to zostaję, mam dosyć.

Ponownie zjawiły się komary. To jakiś koszmar. Ochlapałem się tylko w przedsionku namiotu wodą zamiast mycia, zjadłem skromną kolację, zameldowałem się żonie, że żyję i już ok. godz. 21 poszedłem spać. Dzisiejsze podjazdy dały mi popalić.

 

18 dzień - Środa - 29.07.2020r. – przejechane 140,34 km

Jezioro Rordoluoppai – droga nr 6 – Skoganvarri – Porsangermoen – Flata – Lakselv – Igeldas – Kolvik – Kistrana – Olderfjord – za Sjosamisk.

 

  Do Nord Kapp mam jeszcze około 265 km. Ruszając po godz. 8 zastanawiałem się czy dam radę w dwa dni. Przez pierwsze kilkaset metrów jechałem z moskitierą na głowie. Taka siateczka to super wynalazek. Rano te krwiożercze insekty jakby się zmówiły i kiedy tylko pojawiłem się na zewnątrz namiotu zaatakowały z tysięczną siłą. Nawet jadąc podążały za mną przez dłuższą chwilę. Bestie!

Tylko przez kilka kilometrów droga E6 sprzyjała moim nogom. Potem zaczęły się górki i to nie byle jakie. Ostro w górę, ostro w dół. Moje nogi czują już nakręcone kilometry. Muszę odpoczywać coraz częściej. Pogoda za to jakby chciała zrekompensować ból moich nóg. Była wyśmienita dla kolarza. Słońce, 20 0C i brak dużego wiatru. Czego więcej potrzeba. Jeszcze tylko jakby ktoś pościnał wzgórza, to norweska część trasy byłaby marzeniem rowerowego turysty.

Po 65 km falowania w terenie docieram do Lakselv pierwszej miejscowości na morzem Barentsa, a dokładniej nad jedną z zatok morza. Teraz droga będzie prowadziła wzdłuż morza. Może będzie lepiej myślałem odpoczywając na ławeczce przy nadmorskim kempingu. W miejscowości wstąpiłem do sklepu spożywczego. Ceny mnie powaliły. Jogurt 17 NOK to prawie 6 PLN, najtańszy napój pomarańczowy w kartoniku po przeliczeniu kosztował 8 zł.  No cóż, jeść aby żyć trzeba, więc zaciskam zęby i kupuję.

Dalsza droga nic się nie zmieniła pod względem ukształtowania. Mimo, że wzdłuż brzegu, nadal jadę w górę i w dół, jej zaletą są za to widoki. Po kolejnych 66 km kończy się dla mnie droga E6. Skręcam na północ w drogę E69. Nogi czują już wysiłek dnia dzisiejszego. Szukam miejsca do spania i jak na złość droga wiedzie w terenach górzystych. Zauważyłem niedaleko drogi trochę płaskiego terenu. Widać, że ktoś już tutaj nocował. Zostaję. Mam piękny widok na zatokę. Trochę chłodno od morza i mam mało wody, ale wytrzymam. Będę musiał rano robić kawę z wody, którą mam  w bidonie, a to dla mnie zawsze żelazny zapas. Potem zobaczymy, gdzieś się na pewno znajdzie. Po kolacji zerkam do mapy. Liczę ile mi zostało do celu. Według mnie około 125 km, powinienem jutro dać radę i zdobyć szczyt Europy.

 

19 dzień - Czwartek - 30.07.2020r. – przejechane 123,15 km

Za Sjosamisk – Strauda – Tunel Przylądka Północnego – Honningsvag – Nord Kapp.

 

Być może to emocje sprawiły, ale już od godz. 2 nie mogłem spać. Przemęczyłem się do szóstej i wstałem. Już o siódmej byłem w drodze. Jedna zaleta, ruch na drodze zerowy. Mijam co chwilę stojące na poboczach kampery ze śpiącymi pasażerami oraz kilka namiotów rozbitych przy samochodach. Każdy zatrzymywał się gdzie mógł i tam się rozbijał.

Już o godz. 9 miałem 40 km za sobą. Dobre tempo, ale i droga nie była wymagająca. Pięknie położona, wzdłuż brzegu, z jednej strony w widokiem na morze, a z drugiej na bazaltowe wzgórza pięknie uformowane przez naturę. Z jednej z gór spływa krystalicznie czysta woda, uzupełniam zapasy w bidonach. Teraz mogę jechać. Wjeżdżam w pierwszy tunel. Długi – 2900 m. Po ścianach cieknie woda, zimno, licznik wskazuje 110C. Za nim kolejny tunel, teraz tylko 900 m. Droga się pogarsza. Znowu w górę i w dół przez co prędkość mi znacznie spada. Na dodatek zaczyna coraz mocniej wiać od morza. Momentami jadę 10 km/h na prostej drodze. Nie dobrze, takim tempem to nie dojadę dzisiaj do celu.

Mijam osłoniętego za kamieniem „sakwiarza”, który coś pichci na palniku. Widziałem go wczoraj jak mijał mnie kiedy wchodziłem do namiotu na nocleg. Nie widzi mnie jest tak skupiony na przygotowaniu sobie posiłku.

Skręcam na południowy zachód. Odetchnąłem trochę od wiatru, który już bardzo dokuczał. Teraz wieje mi w plecy i mimo falowania drogi widzę jak prędkość wzrosła. Niestety nie trwało to długo. Wjeżdżam na wzgórze i znowu skręcam na północ i znowu wiatr w „gębę”.

Jest sławny tunel. Nord Kapp leży na wyspie Magerꝋya. Kiedyś na wyspę prowadził prom, ale od 1999 r. można tam dostać się tunelem prowadzącym 212 m pod powierzchnią morza.

Znak informuje, że przede mną 6875 m w tunelu. Jestem podniecony faktem, że za chwilę będę na wyspie – celu mojej podróży. Z marszu wjeżdżam w tunel i to był błąd. Piękny, szeroki, super oświetlony. Tak było na początku. Po 200 m znak 9% w dół i zaczęło się. Zjazd w dół super, ale temperatura też zaczęła gwałtownie spadać do kilku stopni. Wyobraźcie sobie jazdę w słońcu, przy 180C i nagle wzrasta prędkość do 40 km/h (cały czas hamowałem) i nagły spadek temperatury o 100 C połączony z wiatrem jaki powstaje w wyniku ruchu, który jeszcze mocniej oziębia organizm. Po 3 km zjazdu ręce miałem skostniałe, na spoconych plecach gęsią skórkę z zimna, a głowę mi ściskało z zimna. Teraz muszę pedałować, trochę lepiej. Wysiłek, to rozgrzewanie organizmu. Staram się kręcić szybko przy przełożeniu do jazdy pod górę. Jadę wolno, ale zaczynam odtajać. Tunel mi szybko pomógł. Jakieś kilometr było płasko i nagle znak 10% w górę. No ładnie. Teraz to zacząłem się pocić mimo niskiej temperatury. Jadę i tylko ogłuszający huk powstający w wyniku jazdy samochodów przez tunel motywuje mnie żebym jak najszybciej opuścił ten drogowy koszmar. Na bocznych ścianach co pół kilometra widnieje znak ile przejechałem i ile zostało mi do końca tunelu. Przy takim podjeździe to tortura. Prędkość 5-6 km/h, prawie jakbym szedł szybkim krokiem, ale jadę. Jakiś kilometr przed końcem postanowiłem dać wytchnienie nogom, Idę, pchając ciężki rower pod górę. Jakoś od jakiegoś czasu nie było ruchu w tunelu. Cieszyłem się z tego, bo hałas podczas jazdy samochodu był okropny. 300 m przed kocem siadam ponownie na rower. Droga zaczyna się wypłaszczać, widzę światło. Dojeżdżam i widzę coś dziwnego. Tunel jest zamknięty. Stoi przed nim kilkanaście samochodów, motorów i ciężarówka. Motorzysta pyta się co się stało w tunelu, odpowiadam, że nie wiem nic nie widziałem. Mija mnie samochód serwisowy i wjeżdża do tunelu na kogucie. Zatrzymałem się na niedalekim parkingu, ale nie widziałem finału awarii.

Do celu zostało mi 45 km. Wieje coraz silniej. Dojeżdżam do największej miejscowości na wyspie Honningsvag. Robię zakupy na kolację i jutrzejsze śniadanie oraz nabieram wody w bukłaczek. Jadę dalej – szalony wiatr. Straszne podjazdy, 8-9% to norma. Jadę, trochę idę, ale posuwam się do przodu. Podczas jednego ze zjazdów wiatr o mało nie zepchnął mnie z drogi. Trochę się przestraszyłem jak rzuciło mną w stronę skarpy. Zwolniłem na zjazdach. W końcu w oddali widzę Kulę na Nord Kapp, już blisko, a na dodatek znowu stromy na 8% podjazd i to chyba ze 3 km. Nie daję już rady, pcham rower pod coraz silniejszy wiatr, sapiąc z wysiłku. Trochę znowu jadę, ale ostatnie 200 m przed bramką wjazdową muszę pchać rower, mam dosyć. Wiatr już tak silny, że nawet trudno się idzie.

Na Nord Kapp wjazd jest płatny. Widzę jak samochody i motory płacą za bilet. Podchodzę do okienka. Kasjer podaje mi rękę, gratuluje, daje pamiątkowy znaczek i informuje, że nic nie płacę. Cieszę się, że Norwegowie doceniają takich turystów jak ja.

Jestem na Nord Kapp – osiągnąłem cel mojej wyprawy. Pomimo okropnego wiatru jestem szczęśliwy. Za mną ok. 2500 km jazdy przez 19 dni. Robię zdjęcia, filmiki. Zwiedzających jest niewiele, a jak są to silny wiatr skutecznie ich wygania. Mnie też zmusza do schowania się. Zwiedzam Restaurację, sklepy i muzeum, które znajdują się na jedynym budynku na przylądku. Jest ciepło. Z radości postanawiam, że zrobię sobie ucztę. Zamawiam po raz pierwszy podczas wyprawy obiad w restauracji do tego piwo. Jest prąd więc ładuję co się da siedząc przed wielkim oknem z widokiem na bezkres morza Barentsa, powoli pochłaniając pyszną rybę z frytkami i popijając zimne piwo. Po godzinie wchodzi do restauracji również „sakwiarz”, którego mijałem przed wjazdem do tunelu na wyspę. Też je i pije piwo.

Zostaję na noc na Nord Kapp. Rozbijam namiot w pobliżu parkingu, idę do toalety restauracji, robię pranie, myję się cały w ciepłej wodzie. Jeszcze dzisiaj jem późną kolację, wysyłam wiele zdjęć i wiadomości ciesząc się zdobyciem „Szczytu Europy”.     

13 dzień - Piątek - 24.07.2020r. – przejechane 141,89 km

Okolice Tupos – Knivala – Oulu – Vahtola – Li – Nyby – Kauppi – Patakoski – Soikko -  za Liljunte.

             Dzisiaj piątek i do tego 13 dzień mojej wyprawy. Ciekawe co przyniesie dzień? Bliskość autostrady nie pozwoliła na długie spanie. O 6:30 byłem już na nogach, gdyż ruch na autostradzie zrobił się ogromny i szum zaczął mocno doskwierać. Pół godziny po siódmej ruszyłem w drogę.  Jechałem drogą 847, a właściwie ścieżką rowerową wzdłuż tej drogi. Była super i prowadziła do samego centrum miasta Oulu. Piękne miasto. Szczególnie podobały mi się parki przez które częściowo przejeżdżałem. Mimo wczesnej pory, to już wielu mieszkańców biegało, jeździło na rolkach, na nartorolkach lub spacerowało po alejkach parku. Zatrzymałem się na starym mieście. Stare miasto to trochę nad wyraz powiedziane, bo zabudowa nie była zbyt stara, ale tak napisane było na drogowskazach. Spacerowałem trochę uliczkami, wstąpiłem do protestanckiego kościoła. Ładny, skromny, nastawiony na licznych wiernych, gdyż miałem wrażenie, że wszędzie były ławki dla ludzi, poustawiane w różne kierunki jak tylko się dało, zajmowały wolne przestrzenie. Oulu ma ładny ratusz, a przed nim jest ciekawa rzeźba usytuowana na murze. Właściwie to rzeźby, bo były to figurki ludzi przedstawiające różne zawody, różne stany i różne lata rozwoju. Zatrzymałem się na dłużej w centrum handlowym, gdzie w MacDonaldzie  odpoczywałem popijając kawę. Za pomocą google map ruszyłem na północ w kierunku trasy nr 4. Znowu piękny park z licznymi jeziorkami, stawami, z fontannami i miejscami dla relaksu i przede wszystkim wspaniałe ścieżki rowerowe. Oznakowane, dwupasmowe, aż szkoda było z nich zjeżdżać, gdyż prowadziły wzdłuż wybrzeża, na północny-zachód, a ja jechałem na północ. Na obrzeżach Oulu zatrzymałem się w centrum handlowym, gdzie robiłem sobie w łazience pranie oraz zakupy na obiad (jak zwykle kanapki za całe 1,90 euro).  

Za miastem z trasy nr 4 skręciłem w drogę 924.  Miej ruchliwa i przez 25 km cieszyłem się w większości samotnością na drodze. Na liczniku miałem już przejechane 125 km, kiedy skręciłem w drogę 923 biegnącej z powrotem do drogi nr 4, którą dojadę prosto do Rovaniemi. Po kolejnych 16 km stwierdziłem, że na dzisiaj dosyć i zjechałem w boczną, polną drogę. Znalazłem ciekawe miejsce. Jedynym mankamentem były komary. Musiałem założyć na głowę moskitierę, żeby poradzić sobie z rozbiciem namiotu, a potem wewnątrz przez kilkanaście minut zabijałem po kilka naraz. Oczywiście nie udało mi się zapobiec bąblom na rękach i nogach.

Znowu bez kąpieli, ale nie ma szans na normalne przebywanie na zewnątrz. Za to na kolację prawdziwa uczta. Parówki na gorąco z katchupem i bułeczką. Palce lizać. 13 dzień podróży nie był pechowy. Było super.

 

14 dzień - Sobota - 25.07.2020r. – przejechane 138,21 km

Okolice Liljunte – Kumpula – Aulanpera – Valajskoski – Rovaniemi – Apukka – Okolice Ahola.

Spałem prawie kilometr od drogi więc było tak cicho, że nie mogłem zasnąć, a jak już usnąłem to spałem do godz. 8. Dzisiejsza trasa to przede wszystkim Rovaniemi, a więc przekroczenie koła podbiegunowego. Do tego miejsca miałem ok 95 km. Trasa była fajna. Droga nr 923, którą ruszyłem dociera do drogi nr 926, która biegnie równolegle do drogi nr 4, a oddzielała je olbrzymia momentami rzeka Kemijoki. Można było przekroczyć most i wjechać na ruchliwą czwórkę, ale postanowiłem jechać 926. Miało to swój plus, gdyż ruch była znikomy, ale również nie było przez prawie sto km żadnego sklepu, stacji paliwowej, nic tylko natura oraz od czasu do czasu pojawiające się domki turystyczne nad rzeką. Dzisiaj bez owoców, bez zakupów śniadaniowych. Kiedy zbliżała się godz. 13 wypiłem ostatnie krople wody. Nie było fajnie, a pogoda była super, ciepło, prawie cały czas słonecznie. Postanowiłem przy najbliższej okazji przekroczyć most i wjechać na bardziej cywilizowaną czwórkę. Właśnie przez grzejące słoneczko zdjąłem lekką kurtkę, w której jechałem od rana i włożyłem pod tylną torbę bagażową. 12 km przed Rovaniemi był most w remoncie prowadzący na lewy brzeg rzeki do drogi nr 4. Można było nim przejechać. Nawierzchnia była zdarta, strasznie trzęsło rowerem, ale przejechałem. Po lewej stronie rzeki pojawiła się super ścieżka rowerowa. Prowadziła w górę do głównej drogi nr 4 i następnie skręcała w stronę miasta. Jadę szybko gdyż nie wiem skąd pojawiły się niewielkie chmury, z których  zaczął kropić drobny deszczyk. Nagle tylne koło zablokowało się, tak że o mało się nie wywróciłem.  Pisk opony i stanąłem jak wryty. Rzut oka na koło i widzę przyczynę. Rękaw kurtki, którą schowałem pod bagaż musiał przy przejeździe przez remontowanym most, wypaść spod bagażu i wkręcił się między szczęki tylnego hamulca. To był dramat, nie mogłem go wyciągnąć. Próbowałem w różny sposób. Ściągnąłem bagaże odwróciłem rower i rozkręciłem koło, potem rozkręciłem hamulec i nic. Na dodatek deszczyk stał się coraz silniejszy. Kilku miejscowych rowerzystów zatrzymywało się kręciło głową i jechało dalej. Po pół godzinie zdałem sobie sprawę, że nie mam innej możliwości jak odciąć rękaw i kawałek po kawałku za pomocą cążków wyrywać materiał ze szczęk hamulca. Moja najlepsza letnia kurtka za 3000 koron czeskich poszła do śmietnika. Po godzinie walki udało się i koło znowu jest na swoim miejscu, mogę jechać. To zdarzenie nauczyło mnie jednego. Nic bez zabezpieczenia nie chować na bagażniku.

            Pierwszą rzeczą w mieście jaką zrobiłem to zakupy i obiad. Byłem zmoczony przez deszcz, głodny i zły sam na siebie. To wczoraj miałem mieć pecha, a nie dzisiaj. Dlatego pofolgowałem sobie i zjadłem burgera z frytkami i colą w Burger King. Zauważyłem, że już od wielu dni nie widziałem MacDonalda. Te tereny opanował Burger King.

            Główna atrakcja Rovaniemi miasteczko św. Mikołaja i koło podbiegunowe znajduje się za miastem w Napapiiri. Prowadzi do niego wiedzie stroma ścieżka rowerowa przez urokliwy Santa Claus park, pod którą nie dałem rady wjechać i musiałem rower pchać. Docieram do miasteczka św. Mikołaja o godz. 16:30. Wchodzę do dużego sklepu, na którym widnieje napis, że tutaj mieści się siedziba Santa Claus. Pierwsze co widzę to przerażający płacz dziewczynki. Okazuje się, że Mikołaj przyjmuje do godz. 16 i drzwi do jego domu są zamknięte. Nie płaczę, jak dziewczynka, ale też odczułem lekkie zażenowanie. Jakby nie awaria zdążyłbym. Pech jakby dnia 13. Trudno idę zwiedzać pustawy już park i przekroczyć symboliczny Arctic Circle. Tutaj wszystko jest pod nazwą Santa Claus. Ładne turystyczne miejsce, gdzie można i dobrze zjeść, kupić mnóstwo pamiątek ze św. Mikołajem i Arktyką oraz zabawić się zwiedzając iglo Eskimosów, parki rozrywki, hodowle psów husky i wiele innych atrakcji. Na głównym placu jest narysowany szeroki, biały pas z napisem Arctic Circle  i stopniami szerokości geograficznej 66o 32` 35``. Kiedy robiłem symboliczny krok przekraczając krąg podbiegunowy i robiłem sobie pamiątkowe zdjęcia usłyszałem obok mnie język polski. Rodzina z Warszawy, jako turyści, zwiedzają Finlandię i przyjechali również odwiedzić św. Mikołaja. Przez kolejne pół godziny uciąłem sobie z nimi sympatyczną pogawędkę o sytuacji w Polsce. Dowiedziałem się, że rośnie liczba zakażonych koronawirusem i jest już prawie 900 dziennie. Straszne, tutaj jakby świat zapomniał o epidemii.

Oni samochodem ja rowerem ruszyliśmy w tym samym kierunku i celu. Chcieli dojechać jutro na Nord Kapp, ja planowałem dotrzeć tam za jakiś tydzień.

Jadę teraz trasą nr 4. Kiedy wybiło mi 135 km na dzisiaj postanowiłem wjechać w las i szukać miejsca. Znalazłem, ale ponownie komary momentalnie, jakby na zamówienie, rozpoczęły swój atak. Zastanawiałem się rozbijając w moskitierze namiot, ile tych owadów musi być na świecie, czy ktoś jest w stanie to policzyć, gdyż gdzie się zatrzymam, jest ich tysiące wokół mnie. I znowu muszę bez kąpieli iść spać. Zrobiłem tylko skromne „myjątko” niektórych części ciała w przedsionku namiotu i to z komarowymi problemami. To chyba był pechowy dzień.

 

15 dzień - Niedziela - 26.07.2020r. – przejechane 147,36 km

Okolice Ahola – Luusma – Kerola – Ellila – Raudanjoki – Toviven – Aska – Sodankyla – Kersilo – okolice Peurasuvanto.

 

Mam kolejną niedzielę. Wstałem wyjątkowo wcześnie bo już o szóstej. Równie wcześnie ruszyłem w trasę. Do najbliższego miasta Sodankyla mam według mapy ponad 90 km. Po godzinie 9 docieram do niewielkiej stacji benzynowej. Jest tam restauracja, wc z ciepłą wodą i możliwość ładowania sprzętu elektronicznego. Zatrzymuję się na dłużej. Już większość rzeczy zaczyna wydzielać nieprzyjemny zapach wilgoci i potu. Muszę zacząć regularnie prać. Robię dosyć duże pranie, piję kawę i jem drugie śniadanie. Po prawie dwóch godzinach obwieszony praniem ruszam dalej.

          Nad wyraz szybko docieram do miasta Sodankyla. Bo już po godz. 14 robię w przydrożnym Lidlu zakupy, a następnie jem w Burger King kanapki na obiad za całe 9,90 € - szaleństwo, ale byłem nadzwyczaj głodny. Szukam zapasowej butli do kuchenki gazowej. Spotykam tylko te duże 500 ml, a ja chcę kupić na zapas małą 250 ml i nigdzie nie mogę jej znaleźć. Mam teraz już drugą - dużą, którą zacząłem dwa dni temu i teoretycznie powinna mi starczyć do końca wyprawy, ale jak zabraknie w najmniej oczekiwanym miejscu? Kolejnej dużej nie wykorzystam i będę musiał i tak ją wyrzucić przed wejściem do samolotu więc szukam małej.

Najedzony, zaopatrzony w wodę i zapasy jedzenia jadę teraz dokładnie na północ, tak wskazuje mi nawigacja. Jedzie się nadzwyczaj dobrze. Droga jest prawie płaska i pokonuję ją szybko. Na 147 km postanawiam zakończyć dzisiejszy dzień. To prawie rekord na wyprawie. Spowodowała to również miejscówka, którą niechcąco zauważyłem zatrzymując się, aby się napić. Nad samą przepiękną rzeką z dogodnym wejściem do kąpieli, między niskimi drzewami, ale prawie niewidocznie dla przejeżdżających. Zostaję, rozbijam namiot i mimo komarów wskakuję do zimnej wody rzeki na całościową kąpiel. Jest niesamowicie przyjemnie. Leżę w wodzie zakryty po głowę i mimo zimna nie chce mi się z niej wychodzić. Robię też kolejne pranie i dosyć wcześnie bo ok. godz. 22 kładę się spać. Jeszcze tradycyjna walka z komarami i zamknięty za moskitierą czekam na sen. Jest już prawie całą noc jasno.

 16 dzień - Poniedziałek - 27.07.2020r. – przejechane 136,33 km

Okolice Peurasuvanto – Roivainen – Voutso – Kakslauttanen – Laanila – Saariselka – Teponniaki – Ivalo – za Karhunpesakiri.

Około godz. 4 nad ranem budzi mnie warkot płynącej tuż obok mnie motorówki. Jakiś rany rybak wyruszył a połów. Ostatecznie wstaję po godz. 7 jak prawie codziennie. Nadzwyczaj długo jem i szykuję się do drogi. Po dwóch godzinach jadę ponownie na północ drogą nr 4. Po kilku kilometrach mam wrażenie, że jadę cały czas pod górkę. Sprawdzam na wysokościomierzu i rzeczywiście. Co kilkadziesiąt lub kilkuset metrów wysokość nad poziomem morza rośnie. Powoli, ale cały czas się wznoszę, dlatego prędkości jakie osiągam nie są zawrotne i czuję coraz mocniej w nogach zmęczenie. Zawsze ok godz. 12 miałem blisko 50 km przejechane, a dzisiaj dopiero stuknęło 40.

Coraz częściej mijam renifery. Jest ich coraz więcej. Pasą się tuż przy drodze, albo przechadzają się małymi stadkami po drodze i uciekają na mój widok. Niesamowitym widokiem był ich stado na stacji benzynowej, gdzie usadowili się w cieniu, pod wielkim drzewem tuż obok restauracji. Było ich tam może z trzydzieści i nie przeszkadzał im widok ludzi, samochodów. W miejscowości Ivalo, gdzie robiłem kolejny odpoczynek pasły się na rondzie nie zwracając uwagi na krążące wokoło nich samochody.

Właśnie w Ivalo zrobiłem sobie super zakupy. W sklepie Netto było wiele promocji. Kupiłem np.: zupki do zalewania za 5 centów, kupiłem pulpety mięsne za 1,99 €. Będzie dzisiaj wyżerka.

Jadę teraz na północny zachód, czyli zbliżam się powoli do granicy Norweskiej. Jestem w górach. Co jakiś czas mijam parkingi z pozostawionymi samochodami i wejściem na szlaki górskie. Jedzie się dlatego ciężko. Dzisiaj według nawigacji zrobiłem 750 m przewyższenia. Tu dużo jak na obładowany rower i moje zmęczone już ponad 2000 km jazdy nogami. Tak, właśnie niedawno minął mi kolejny tysiąc na liczniku. Górskie widoki są prześliczne. Oprócz tradycyjnych jezior i lasów mamy teraz dodatkowo wzgórza. Zatrzymuję się wielokrotnie, aby zrobić zdjęcie lub nakręcić filmik.

Około godz. 18 zaczynam szukać noclegu. Jestem już zmęczony, a w głowie mam kuszący zapach pulpetów. Zatrzymałem się na parkingu nad urokliwym jeziorkiem, żeby odpocząć. Zostawiłem rower i poszedłem w las nad brzeg jeziora. Znalazłem piękną zatoczkę z polanką kilkaset metrów od parkingu. Wróciłem po rower, zostaję. Dzisiaj ponownie zanurzyłem się w zimnej, północno fińskiej wodzie. Po całodziennym poceniu się taka kąpiel to marzenie i w moim przypadku spełnienie. Kolejna przepierka i mam wszystkie ciuchy odświeżone. Pulpety na obiadokolację – palce lizać. Nie wiem czy to głód, czy rzeczywiście ich smak sprawił, że jadłbym, jadłbym i jadłbym. Cały słoik z ośmioma sztukami mięsa poszedł w kilka minut, doprawiłem kilkoma kromkami chleba z dżemem i pyszną kawą. Strasznie syty czytałem jeszcze chwilę, planowałem drogę i około północy poszedłem spać. Dzisiaj stuknęło kolejne 136 km na liczniku i może uda mi się jutro przekroczyć granicę z Norwegią.     

4 dzień - Środa - 15.07.2020. – przejechane 146,48 km

Okolice Kolpokoi – Linkow – Lauksodis – Żajmele – (ŁOTWA) – Adżumi – Isliće – Ritausmas – Bauska – Iecava – Ryga – okolice Upmalas (za Rygą)

Czwarty dzień podróży. W nocy często się budziłem. Wstałem ostatecznie po godz. 7. Namiot był cały mokry, a wokoło okropna rosa. Czekałem na słońce, które powoli wychylało się za drzew. Ruszyłem dopiero po godz. 9, kiedy namiot trochę przesechł. Pojawia mi się drętwienie rąk od kierownicy. Mam nadzieję, że to przejdzie, ale mimo tego koryguję chwyty na kierownicy. Co chwilę zmieniam trzymanie i zastanawiam się co może być tego przyczyną.

Po dwóch godzinach ciągłej jazdy docieram do granicy z Łotwą. Znowu wkrada się do głowy poczucie niepewności. Na szczęście było spokojnie, ani jednego „stróża granicznego”. Tylko znak informacyjny, że jestem na Łotwie.  Ponownie odetchnąłem z ulgą.

Po ok. 20 km jazdy nowiutką drogą, którą jeszcze drogowcy wykańczali, docieram do ładnej miejscowości Bauska. Zatrzymałem się na zamku, który zobaczyłem po lewej stronie, nad rzeką, tuż przy wjeździe do miasta. Był w remoncie i zaczyna wyglądać na ciekawy obiekt. Z tego co przeczytałem to XV wieczny obiekt. Wszedłem na dziedziniec, obszedłem go dookoła. Jeszcze dużo czasu upłynie zanim go będzie można w pełni zwiedzać.

Przejeżdżam przez ładny rynek miasta, gdzie centralną budowlą jest ratusz, ale jadę dalej. Wjeżdżam na drogę nr A1, straszny ruch. Prowadzi ona prosto do Rygi, mojego celu. Przede mną 67 km do stolicy. Jadę pasem awaryjnym, a tiry strasznie szaleją. Mam wrażenie, że specjalnie jadą blisko mnie, żeby obrzydzić mi jazdę po ruchliwej drodze. Zatrzymałem się na odpoczynek na przystanku autobusowym. Wkładam do uszu słuchawki, żeby przytłumić trochę hałas samochodów. Kiedy ponownie ruszyłem, minął mnie z dużą prędkością tir i tuż przede mną, jakieś 50 m nagle wystrzał opony. Pierwszy raz coś takiego widziałem. Huk był okropny. Kawałki opony, nadkola i jakieś metale z ogromną siłą poleciały kilkadziesiąt metrów w kierunku lasku przez który przejeżdżaliśmy. Przeraziłem się hamując odruchowo. Ciężarówka przez chwilę tańczyła po drodze, ale udało się jej zatrzymać kilkaset metrów dalej. Co by było jakbym minutę wcześniej ruszył? Mogłem być przypadkową ofiarą tej awarii. Strach w oczach. 

Nie spodziewałem się, że dzisiaj będę w Rydze. Kiedy zatrzymałem się w centrum miasta miałem na liczniku 114 km. Zwiedzam stare miasto. Zaczynam od placu ratuszowego, gdzie stoi jeden z ciekawszych domów Bractwa Czarnogłowych. Przypominam sobie miejsca, które już raz odwiedziłem. Jadę kamienistymi uliczkami, aby dotrzeć do Katedry, gdzie jest pomnik czterech muzyków. Chcę zrobić sobie selfie, aby wysłać żonie. Zwiedziłem jeszcze starodawne ryneczki z bardzo ciekawymi kamieniczkami, zamek, który jest siedzibą Prezydenta i odpocząłem w jednej z kawiarenek wąskich uliczkach centrum. Próbowałem przy okazji znaleźć tani nocleg, ale nie udało mi się, ceny mnie przerażały. Pozwoliłem sobie też na szaleństwo, na hamburgera z frytkami i colą za całe 5,60 €, to na obiad.

Po dwóch godzinach spacerowania po mieście z ciężkim rowerem, który skakał po kamienistym bruku centrum miasta, postanawiam jechać dalej z nadzieją, że znajdę coś do spania na rogatkach miasta. Owszem mijam hotele, motele, ale widnieją na nich 3-4 gwiazdki. Przy jednym zatrzymuję się, ale kiedy zobaczyłem ceny (60-80 €) jadę dalej. Po 10 km jazdy, ładną ścieżką rowerową wzdłuż drogi nr A1, widzę motel, który nie wyglądał na atrakcyjny. Zatrzymuję się. Tuż obok wejścia kilku chłopców o ciemniejszej karnacji naprawia stary motocykl. Z obawą zostawiam rower przed wejściem do motelu. Cena też mnie zszokowała – 45 € za noc i to po negocjacji. Szybko przeliczyłem co mogę sobie kupić za ponad 180zł. Jadę dalej, przecież to 3 dni wyżywienia i to dobrego. Mam już dzisiejszego dnia 140 km na liczniku. Jest nareszcie koniec zabudowań wokoło stolicy Łotwy. Zaczyna się wzdłuż drogi las. Skręcam w pierwszą napotkaną polną drogę. Wiedzie ona do kolejnej miejscowości, ale jest też ścieżka do lasu. Zaszywam się między drzewami jadąc ścieżką kilkadziesiąt metrów. W oddali słychać ruch na drodze, szczekanie psów, ale było to do przeżycia. Najgorsze były natomiast komary. Jak tylko się zatrzymałem przystąpiły do frontalnego ataku. Musiałem założyć na głowę moskitierę, gdyż nawet bros nie pomagał. Szybka kolacja, skromna toaleta i w końcu upragniona, dmuchana poduszka pod głową. Przejechałem dzisiaj prawie 147 km.  Na razie rekord wyprawy.

7 dzień - Sobota - 18.07.2020r. – przejechane 116,79 km

 Haimere – Orgita – Haiba – Laagri, Tallin – promem do Helsinek – Ientoasema – Lovkulla – okolice Koivula.

Jest sobota. Wstałem wyjątkowo wcześnie. Już o godz. 7 jadłem śniadanie, a przed godz. 8 byłem w trasie. Pogoda mi sprzyjała. Było ciepło, bez wielkiego wiatru i dlatego średnia prędkość przez dłuższy czas wynosiła 20 km/h i więcej. Nawet na ruchliwej drodze nr 4 nie było jeszcze wielu samochodów. Jechałem nadzwyczaj szybko, a odpoczywałem niewiele. Dlatego już po godz. 12 mijam rogatki stolicy Estonii Tallina. To duże, nowoczesne miasto. Byłem już tutaj i zwiedzałem całe miasto. Dlatego nie zamierzałem ponownie skręcić do centrum na zwiedzanie. Kieruję się w kierunku terminala promowego. Znaki drogowe wyraźnie mnie tam prowadzą. Po kilku kilometrach docieram do terminala. Jest godz. 12:20, a na telebimie pisze że prom do Helsinek odpływa o 13:30. Idealnie. Wchodzę z rowerem do holu terminala za ludźmi, którzy tłumie podążają na prom. Nagle zaskoczył mnie strażnik, który podleciał do mnie jakbym robił akurat jakieś przestępstwo. Po estońsku, z podniesionym głosem, starał mi się coś wytłumaczyć, pokazując abym natychmiast wynosił się z holu terminala. Nic nie rozumiałem mówiąc równocześnie do niego po angielski, że chcę tylko kupić bilet na prom do Helsinek. Nie pomagało, zagrodził mi drogę i musiałem wyjść. Byłem skołowany. Domyśliłem się, że przeszkodą był mój rower. Stałem przez chwilę i obserwowałem. Zauważyłem boczne wejście. Poszedłem tam. Był tam kantor wymiany walut. Spytałem się sprzedawcę o zakup biletu na prom. Wskazał mi wejście na piętro, gdzie są kasy. Zgodził się popilnować rower.  Udałem się na piętro. Chwile stałem do kasy. Kiedy powiedziałem, że chcę bilet z rowerem, kasjerka uprzejmie podała mi plan terminala i po angielski powiedziała jak i gdzie mam się udać, aby kupić bilet i dostać się na prom. Teraz zrozumiałem o co chodziło strażnikowi, który gestami chciał mi pokazać trasę dla rowerów. Podziękowałem sprzedawcy z kantoru, wsiadłem na rower i ruszyłem wzdłuż wybrzeża portowego według wskazówek kasjerki. Zauważyłem oznakowania na drodze, które wyraźnie wskazywały, gdzie należy jechać rowerem. Po 500 m stałem w kolejce, za samochodami do kasy. Już z daleka widać było specjalną kasę dla motocykli i rowerów. Po 15 minutach kupiłem bilet za 34 €. Miałem jeszcze 40 minut do odpłynięcia. Podjechałem pod rampę załadunkową. Pół godziny przed odpłynięciem wpuszczano na pokład. Wjechałem do wnętrza potężnego promu Tallink razem z kilkoma rowerzystami.

Równo o 13:30 prom odbił od nabrzeża. Idę zwiedzać prom. Jest kilku pokładowy oznaczony dużymi literami alfabetu. Na początek w Burger King, gdzie jem hamburgera z frytkami na obiad. Mając firmowy kubek mogę pić ile chcę pepsi, fantę i inne napoje. Prom nastawiony jest na handel. Pasażerowie w sklepach, które jest są na kilku pokładach, kupują całe wózki towarów – piwa, alkoholu, chemii, słodyczy i żywności. Domyśliłem się, że to Finowie zaopatrują się taniej na estońskim promie. Można również stracić pieniążki na bardzo wielu automatach do gry. Po godzinie zwiedzania usiadłem w jednej z wielu restauracji, gdzie znalazłem gniazdka prądowe i czekałem na koniec rejsu. Przy okazji ładowałem urządzenia elektroniczne. Rejs trwał 2,5 godziny

HELSINKI

Parząc na opuszczającą się coraz niżej rampę promu serce coraz szybciej mi kołatało. Nie jestem studentem, nie pracuję tutaj, nie mam rodziny w Finlandii, a więc jako Polak nie powinienem wjeżdżać do Finlandii według polskiego MSZ. Ruszam za 5 rowerzystami. Jedziemy wzdłuż siatki odgradzającej trasę o pozostałej części terminala. Zbliżamy się do kilku policjantów, którzy obserwują wyjeżdżających z promu. Chwila prawdy. Jeden z nich zatrzymuje jakiś samochód. Inni patrzą na nas, ale nie było żadnej reakcji. Razem z innymi rowerzystami, chyba tutejszymi, gdyż nie mieli żadnego bagażu, wyjechałem z terminala na ulice stolicy. Jestem w Finlandii. Jadę pięknymi ścieżkami rowerowymi w kierunku centrum miasta. Znowu się udało!

Duże, piękne miasto. Muszę posłużyć się mapą gogle w telefonie, żeby dotrzeć do samego centrum oddalonego o kilka kilometrów od portu. Tutaj jakby nie było epidemii koronawirusa. Centrum całe zatłoczone, ludzie bez maseczek leżą w parku na trawnikach, siedzą w kawiarniach, chodzą po ulicach, turyści z przewodnikami zwiedzają miasto. Dzisiaj sobota, dzień wolny od pracy i tłok straszny. Zwiedzam stare miasto. Docieram na plac targowy z wieloma kramami. Można tu kupić prawie wszystko. Jak zwykle turystów mrowie. Za kanałem widnieje na wzgórzu z czerwone cegły przepiękna katedra prawosławna. Ja jadę wąską uliczką w kierunku placu senackiego głównego placu w mieście. Olbrzymi plac, zastawiony cały stolikami, gdzie siedzą tysiące ludzi. Jest gwarno, tłoczno i wesoło. Na wzgórzu po przeciwnej stronie placu są schody do lśniącej bielą XIX w. katedry. Po prawej i lewej rządowe budynki. Siedzę chwilę na schodach do katedry i patrzę na szczęśliwych ludzi którzy nie wierzą w epidemię.  

Po półtorej godziny zwiedzania udaję się w kierunku trasy na Lahti. Mijam piękny port na łodzie motorowe, centrum sportowe, miejsca relaksu do tubylców. Wszystko po rewelacyjnie oznakowanych trasach rowerowych. W Helsinkach można poruszać się rowerem bez żadnych problemów, nawet bez nawigacji. Kiedy już poznałem oznakowanie, to bez problemu wyjeżdżałem na północno – wschodni kierunek prowadzący do trasy nr 4. Po kilku kilometrach próbuję zorientować się w cenach za noclegi w hotelach lub motelach. Ceny powalają. Podobnie jak na Łotwie 60 € za noc, a w jednym z moteli, zostałem poinformowany, że jeżeli zapłacę gotówką, to mogę liczyć na koszt 50 €. Dziękuję grzecznie i jadę dalej za miasto.     

Jadę ścieżką rowerową wzdłuż drogi 140 równoległej do autostrady nr 4. Mam już 115 km i jest już 19:30. Szukam miejsca do spania.  Cały czas są domostwa mimo tego, że jadę drogą wiodącą przez lasy. W końcu kiedy się przerzedziło z domami wjeżdżam w boczną drogę. Też prowadzi do jakiś domostw, ale zdesperowany wjeżdżam w ścieżkę leśną. Po kilkudziesięciu metrach znalazłem kawałek prostej łączki. Zostaję, rozbijam namiot. Słyszę duży ruch na autostradzie. Z tego co wiem to w Finlandii można spać pod namiotem wszędzie oby nie przeszkadzać mieszkańcom. Tutaj nie ma nikogo. Jem kolację i dzwonię do szwagra. Dzisiaj żona jest na jego 60 – tych urodzinach. Składam mu życzenia. Późno w nocy kładę się spać.

 

8 dzień - Niedziela - 19.07.2020r. – przejechane 106,38 km

Okolice Koivula – Lipila – Mikonkorpi – Haarajoki – Saari – Lahti – Mukkula – Paimela – niedaleko Loukkunharju.

W tydzień przejechałem trzy państwa – Litwę, Łotwę i Estonię. Dobry rezultat.

Strasznie ciężko dzisiaj wstawałem. Byłem jakiś zmęczony. Dopiero jak słońce zaczęło porządnie grzać w namiot to wywlokłem się ze śpiwora. Było już po godz. 8. Do 9:30 krzątałem się wokół namiotu, robiłem toaletę, którą zaniechałem wczoraj wieczór, zjadłem śniadanie z kawą i w końcu spakowany pchałem ścieżką leśną rower, aby wydostać się z lasu.  Kiedy wychodziłem na ścieżkę rowerową właśnie w tą samą drogę wchodziły dwie kobiety. Szły zbierać jagody, gdyż widziałem w ich rękach służące do tego grzebienie. Rzeczywiście, tam gdzie spałem jagód było mnóstwo (trochę jadłem).  

Jadę wzdłuż drogi  nr 140 w kierunku Lahti. Mam do miasta 80 km. Na początku była super ścieżka rowerowa, ale po chwili się skończyła. Na szczęście to równoległa droga do autostrady i nie było wielkiego ruchu, mamy niedzielę i podejrzewałem, że wielu Finów jeszcze spało. Skończyły się też płaskie tereny. Teraz jadę raz w górę, raz w dół. Na drodze mijam co chwilę stylowe kabriolety, różnej marki, różnego rocznika. Niektóre były naprawdę ładne i zabytkowe. Finowie wyjeżdżają na niedzielne pikniki ze swoimi kobietami. Rozwiane włosy, gruby makijaż na ustach i uśmiech. Prawie każda mijana para w swoim kabriolecie wyglądała podobnie.

Sklepy w niedzielę są tutaj czynne. Zatrzymuję się koło Lidla. Tradycyjne zakupy na późne, drugie śniadanie. Była już godz. 12. Przeżyłem szok, jak skosztowałem zakupiony przed chwilą jogurt. Obrzydliwy!. Po dwóch łyżeczkach wylądował w koszu. 0,50 € poszło się paść! Kupiłem najtańszy w sklepie i dostałem nauczkę. Wkurzony, głodny jadę dalej. Cały czas w górę i w dół. W Lahti zameldowałem się po godz. 14. Już z daleka widziałem atrakcję miejscowości – 3 skocznie narciarskie. Po chwili byłem na przepięknym obiekcie olimpijskim. Odbywały się na stadionie akurat zawody w skoku wzwyż. Pod skocznią jest basen kąpielowy. Jest ciepło i  tłumy kąpiących się i opalających ludzi zajmuje trawniki wokoło i błękitną wodę. Basen musi być przykrywany na zimę, gdyż położony był na samym zeskoku największej skoczni. Na olimpijskim obiekcie spędziłem niecałe pół godziny. Odpocząłem i ruszyłem przez miasto w kierunku drogi nr 24, na północ.

Lahti leży w górach i czułem to w nogach. Przy wyjeździe z miasta ze dwa razy pchałem rower nie dając rady pedałować. Odpocząłem w Lidlu za miastem. Czas na obiad. Dzisiaj kanapka z szynką i serem, do tego jogurt Skyr, którym często zajadałem się na Islandii.

Po kilku kilometrach przez miasto i przedmieścia wjeżdżam wreszcie na drogę nr 24. Bardziej ruchliwa niż ta biegnąca do miasta. Jadę raz ścieżką rowerową, raz po drodze. Nie byłoby źle, gdyby nie te górki. Nogi już zaczynają domagać się odpoczynku. Zatrzymuję się na stacji paliw. Do bukłaka tankuję wodę na mycie i gotowanie. Taki bukłak to super rzecz, można do tego co mam wlać 10 litrów. Jest jeden minus. To trzeba wieźć na i tak już ciężkim rowerze, a nogi się już buntują.  Przy okazji robię w WC drobne pranie skarpetek. Siadam na rower i jadę. Mam już ponad 100 km w nogach i jest po osiemnastej. Czas na szukanie noclegu. Nawigacja pokazuje mi wiele zabudowań przede mną. Kiepsko. Po kilku kilometrach jest niewielki lasek. Zjeżdżam do nie niego. Jest dobre miejsce jakieś 100 m od ruchliwej drogi nr 24. Dalej są podmokłe tereny. Poza tym będę widoczny dla każdego kto wjedzie w drogę polną, którą jechałem. Jednak się decyduję. Przecież można spać wszędzie, a Finlandia jest jednym z bezpieczniejszych krajów. Zostaję. Robię sobie porządne mycie łącznie z myciem włosów. Potem kolacja – kasza z kurczakiem (nawet dobra, znowu z Rossmana). Jak ustaje ruch na drodze to słyszę uderzenia kija golfowego w piłeczkę. Po drugiej stronie drogi mijałem pole golfowe, ale nie zdawałem sobie sprawy, że uderzenie w piłeczkę jest takie głośne. Jest jasno mimo tego, że mam już godz. 23 na zegarze. Muszę gdzieś naładować powerbanki, robi się problem z prądem. Na dodatek coś się stało z aparatem cyfrowym. Przestał nagle działać – niedobrze. Został mi tylko aparat w telefonie i kamera go pro. Dobre i to. Ostatnie spojrzenie na mapę, szybki plan jutrzejszego dnia i próbuję spać.

 

9 dzień - Poniedziałek - 20.07.2020r. – przejechane 123,62 km

Okolice Loukkunharju – Vahimaa – Kantola – Padasjoki – Avopera – Kuhmoinem – Arvaja – Jamsa – Kalliomaki - Painaa.

 

Hałas drogowy jednak jest uciążliwy. Bardzo często budził mnie przejazd ciężarówek. Jakoś przedrzemałem do ósmej. Mam nauczkę, że należy szukać miejscówki dalej od drogi.

Po godz. 9 jadę ponownie drogą 24. Straszne górki. Momentami jadę 50 km/h, a czasami 6-7 km/h. Najważniejsze, że do przodu. Droga nr 24 kończy się za 80 km. Może będzie lepiej. Około godz. 11 zadzwoniła zaniepokojona żona. Dostałem opieprz, że nie daję znać o sobie. Rzeczywiście ostatni raz odzywałem się wczoraj spod skoczni, a obiecałem codzienny, ranny sms. Zatrzymałem się na małe zakupy. Jak zwykle jogurcik, bułeczka i napój z bananem. Nie mogłem na półkach  sklepowych znaleźć niegazowanej wody, sama gazowana. Okazało się, że taka woda jest w Finlandii w kranach. Tam kranówa nadaje się bezpośrednio do picia o czym poinformowali mnie przy wejściu do sklepu życzliwi ludzie, którzy nalewali sobie ją do dużego kanistra. Jeden wydatek z głowy, pomyślałem nalewając sobie do bidonów kranówki. Po godz. 16 dojechałem do większej miejscowości Jämsä. Tutaj kończy się droga nr 24. Zrobiłem sobie w Burger King odpoczynek jedząc hamburgera z frytkami i colą na obiad. Przy okazji wyprałem sobie w ciepłej wodzie koszulkę i majtki oraz nabrałem do bukłaka wody.

Na liczniku stuknął mi pierwszy tysięczny kilometr wyprawy. Tyle samo mam przed sobą, aby dotrzeć na północ Finlandii. Pogoda mi sprzyjała i dlatego co chwilę zatrzymywałem się nad pięknymi jeziorami, siadałem w słońcu i podziwiałem krajobrazy. Momentami nie chciało mi się dalej jechać, tak było przyjemnie. Finlandia to kraj lasów i jezior. Finowie dbają o swoje atuty i prowadzą bardzo odpowiedzialną gospodarkę drzewną. Co chwilę mijałem pracujących w lesie drwali, samochody z drzewem, a w lasach widziałem przecinki i nasadzenia nowych drzew.

Po godz. 18 zacząłem szukać noclegu. Przejechałem już 120 km. Pierwszy wybór był kiepski, jadę dalej. Skręciłem ponownie w las. Po chwili stromy podjazd. Pcham rower zastanawiając się opłaca męczyć i czy coś znajdę. Opłacało się. Mam miejscówkę z daleka od drogi i nie słychać ulicznego ruchu. Po rozbiciu namiotu kąpiel całego ciała i gotowanie. Dzisiaj mam makaron z fixem brokułowo-serowym. Trochę przesadziłem z ilością. Nie dałem rady i resztę zostawiłem naturze. Pojawiły się kłopoty żołądkowe. „Przegoniło” nie ze trzy razy. Zastanawiałem się czy to jedzenie, czy może surowa, fińska woda. Jakoś przeszło po godzinie. Jutro ma padać wg sprawdzonych wiadomości w internecie. Zobaczymy, idę spać. Noce są już prawie cały czas jasne. Przypomniała mi się Islandia.

 

10 dzień - Wtorek - 21.07.2020r. – przejechane 126,45 km

Okolice Painaa – Korpilahti – Savipohja – Muurame – Jyraskyla – Kirri – Alapohja – Äänekoski – Hellova – Konginkangas. Maso – za Harkapohja.

O godz. 6 rano obudził mnie blisko oddany strzał z jakiejś broni palnej. Przeraziłem się. Po chwili zorientowałem się, że ktoś niedaleko poluje, gdyż strzały zaczęły się powtarzać. Wyjrzałem na zewnątrz. Oprócz wystrzałów nie słyszałem nic. Była zupełna cisza mącona chwilami szelestem wiatru w liściach drzew. Kolejny strzał był jakby dalej ode mnie. Uspokoiłem się, polowanie oddala się. Dzięki tak wczesnej pobudce już po siódmej byłem gotowy do jazdy. Jadę teraz trasą nr 9. Miało padać, a zrobiło się bardzo ciepło. Rozbieram się do spodenek i koszulki. Droga trochę się wypłaszczyła. Znowu piękne tereny z licznymi jeziorami i lasami. Najważniejsze, że skończyły się pagórki. Jedzie się przez to przyjemnie. Docieram do dużego miasta Jyvaskyla. Już kilkanaście kilometrów przed miastem droga nr 9 zamieniła się w autostradę niedostępną dla rowerów. Jadę równoległą, gdzie jest fajna ścieżka rowerowa. Miasto jest olbrzymie. Dużo czasu mi zajęło dotarcie do centrum. Jest bardzo nowoczesne. Galerie, drogie, markowe sklepy. Jest dopiero po godz. 9 i ruch jeszcze niewielki. Miasto leży nad jeziorami, a przez jedno prowadzi wspaniały most. Wyjeżdżając z miasta widziałem w oddali, między lasami kompleks skoczni narciarskich. Nie słyszałem jednak, żeby tutaj odbywały się zawody międzynarodowe. Ale mają gdzie trenować. Zatrzymuję się pod Lidlem. Przekonałem się, że to jeden z tańszych sklepów w Finlandii. Jak zwykle zakupy na drugie śniadanie. Jem na pobliskiej sklepu ławeczce. Zaczepia mnie mieszkaniec miasta. Kiedy dowiaduje się skąd jestem chwali się, że był w Polsce i zwiedzał Pomorze. Jest zachwycony Gdańskiem. Sympatyczna rozmowa z sympatycznym tubylcem. Po 15 min. jadę dalej. Moim celem jest droga nr 4, którą będę jechał przez kolejne setki kilometrów na północ Finlandii. Udaje mi się znaleźć w gąszczu ulic miasta właściwy kierunek i po chwili widzę napis na tabliczce, że jestem na właściwej drodze. Na początku miała wielkość trzypasmowej autostrady, ale po kilku km zmienia się w zwykłą drogę wojewódzką z dużym pasem awaryjnym.

Palce znowu mi drętwieją. Zaczynam się poważnie niepokoić. Nie mam na to pomysłu. Na dodatek droga nr 4 zaczyna dawać mi popalić. Znowu pojawiły się spore podjazdy. Kilometry przez to przybywają bardzo powoli. Zdarzały się nawet 5% wzniesienia, gdzie prędkość spadała mi do 8 km/h. Dobrze, że nie były długie. Dojeżdżam do miejscowości Äänekoski (to nie pomyłka, tak się pisze nazwę). Droga znowu przybiera postać autostrady, ale na szczęście jest obok super ścieżka rowerowa. W centrum zatrzymuję się na obiad. W ogródku przy restauracji jem kanapki z pastą z tuńczyka i popijam sokiem pomarańczowym.  Powiedzmy, że to był obiad. Na horyzoncie widzę zbliżające się ciężkie chmury. Jednak będzie padało, jak zapowiadali w internecie. Zbieram się szybko i ruszam z „kopyta”. Może ucieknę przed deszczem. Niestety burza dogania mnie. Duże krople spadają na mnie kiedy dojeżdżam do lasu. Robi się coraz ciemniej. Skręcam w boczną drogę i na pobliskiej łące rozbijam szybko namiot. Zaczyna już mocno padać kiedy chowam się do środka.  Po chwili przestało padać, a przez cienki tropik namiotu zaczęło przebijać się słońce. Wyszedłem na zewnątrz. Burza jak szybko przyszła, tak szybko odeszła. Namiot zaczął parować od nagrzania i szybko wysychać. Spojrzałem na zegarek. Jest dopiero godz. 16. Na liczniku mam przejechane dzisiaj już 105 km czyli zakładaną normę dzienną zrobiłem. Młoda godzina, szkoda czasu, pomyślałem. Chmury odchodzą ode mnie i nie widać innych. Czuję się dobrze i mogę spokojnie jechać dalej. Zwijam się i pakuję równie szybko, jak przed deszczem i jadę dalej. To był jednak błąd. Po 7 km złapała mnie potworna ulewa. I to tak nagle, że byłem w szoku skąd się wzięła taka chmura. Jeszcze przed chwilą patrzyłem w niebo i było spokojnie. Za nim ubrałem nieprzemakalną kurtkę i spodnie byłem cały mokry. Stałem przez chwilę na poboczu, a deszcz niemiłosiernie mnie oblewał. Nie miałem gdzie się schować. Ja, droga i pola wokoło. Strugi wody płynęły u moich nóg, które dodatkowo ochlapywane były wodą spod kół przejeżdżających samochodów.

Na mapie widziałem, że za kilka kilometrów powinna być stacja paliw. Może uda mi się schronić przed deszczem. W butach mam już powódź. Jadę mrużąc oczy przed kroplami deszczu. Samochody skutecznie załatwiły moje buty. Czuję jak noga pływa wewnątrz. W końcu widzę stację. Chowam się i rower pod zadaszeniem. Rozbieram się z butów i ze skarpetek, które wykręcam jakbym wyciągnął je prosto z wody. Na szczęście na stacji jest restauracja. Idę na coś ciepłego. Jest kawa za 2,40 €. Zgroza, tyle płacę przez dwa dni za śniadania, ale zamawiam i upajam się ciepłym napojem grzejącym moje zmarznięte ciało. Na stacji spędzam ponad godzinę, aż przestaje padać.  Rozwieszam mokre rzeczy na tylnych bagażach i ruszam dalej. Po dwóch kilometrach widzę pole kempingowe. Zjeżdżam i pytam o cenę. Kobieta chce 20  € za rozbicie namiotu. Podziękowałem. Za tyle będę żył kilka dni. Pogoda robi się coraz lepsza. Słońce zaczyna coraz częściej grzać, to dobrze. Jakby nie woda spod kół samochodów chlapiąca moje nogi, byłoby OK. Po kolejnych 10 km skręcam w las. Znajduję fajną miejscówkę. Słyszę co prawda samochody, ale bardzo słabo, można wytrzymać. Kolacja, a nawet deser z jabłuszka i jestem gotowy do spania. Jeszcze tylko walka z komarami, które wybiłem co do jednego. Zasunąłem moskitierę i teraz jestem bezpieczny. Znowu w internecie zapowiadają burze i to już w nocy. Na razie jest super pogoda.

 

11 dzień - Środa - 22.07.2020r. – przejechane 124,3 km

Za Harkapohja – Niinilahti – Ruikkala – Viitasaari – Ilosjoki – Pihtipudas – Arvola – Ristola – Olkiaho – Kivipuisko – okolice Venetpalo.

 

       Obudziłem się ok. godz. 5. Miało padać, a tu nic. Wstałem na śniadanie dopiero po szóstej. Pogoda nie była za ciekawa. Całe niebo zasłonięte ciężkimi chmurami, ale nie padało. Po godz. 8 ruszyłem w dalszą drogę. Jakoś ciężko mi się jechało chociaż górek nie było. Na bagażach miałem porozwieszane całe pranie i wczorajsze, przemoczone przez deszcz rzeczy. Wyglądałem jak uchodźca, albo bezdomny.

Po 50 km ciągłej jazdy zatrzymałem się pod sklepem w miejscowości, której nazwę nawet trudno przeczytać. Czas na jedzenie. Kupiłem też środek na komary, ten z Polski już dawno mi się skończył, a codziennie prowadzę z tymi insektami poważny bój.

Ja na północ, a dzisiaj już minąłem trzech „sakwiarzy” jadących na południe. Po wyglądzie i skromnych sakwach jednak nie widać było u nich długiej wyprawy.  Przyjaźnie pomachaliśmy sobie i każdy jechał dalej w swoją stronę.

Na 95 km dzisiejszego dnia jednak się doczekałem kolejnego deszczu, jak zapowiadali. Za pięć km miałem stację paliw NESTI, a w niej market z restauracją. Przy kawie i kanapkach spędzam ponad godzinę susząc się, ładując sobie powerbank i inną elektronikę. Rozpogodziło się dopiero po osiemnastej. Jadę, a deszcz wisi w powietrzu, ale na razie nie pada. Przyśpieszyłem. Najgorsze są samochody, które skutecznie wyrzucając spod kół strugi wody moczą mi buty. Udało mi się przejechać prawie 20 km kiedy ponownie zaczęło lać. Mijam akurat motel. Zatrzymałem się i pytam o cenę. 50 € mnie przeraziło. Jakby się zmówili z cenami. Po następnych kilku kilometrach skręcam w boczną drogę. Dobrze, że Finlandia to głównie lasy i jeziora. Zawsze można znaleźć coś ciekawego do spania. Znalazłem szybko miejscówkę i mimo dużej, mokrej trawy rozbijam namiot. Dzisiaj był kolejny mokry dzień.

 

12 dzień - Czwartek - 23.07.2020r. – przejechane 123,52 km

Okolice Venetpalo – Karsanaki – Leskala – Siikaatva – Sipala – Rentsila – Haaransilta – okolice Tupos.

            Deszcz budził mnie kilka razy. Padało przez całą noc. Ostatecznie przestało ok. godz. 7. Wyjrzałem na zewnątrz. Dalsze opady wisiały w powietrzu. Dobrze, że nie wiało mocno. Po śniadaniu spakowałem mokry namiot, założyłem od razu przeciwdeszczowe ubranie i ruszyłem. Modliłem się, żeby chociaż przez jakiś czas nie padało, aby mokre buty, wiszące na bagażniku od wczoraj, zdążyły trochę przeschnąć. Na nogach mam ostatnie adidasy jeszcze w miarę suche.

Droga jakby rekompensowała pogodę. Jechałem nadzwyczaj szybko spoglądając co chwilę na leniwie przetaczające się deszczowe chmury. Zatrzymałem się jak zwykle na drugie śniadanie i obiad (powinienem zawsze obiad pisać w cudzysłowiu, bo kanapki lub jogurt ciężko nazwać obiadem). Już ok. godz. 16 miałem przebyte ponad 100 km. Pogoda nadal była brzydka, ale cały dzień nie padało. Buty na bagażniku miałem prawie suche. Zaczęło kropić na 105 kilometrze. Na szczęście przejeżdżałem przez niewielką miejscowość i schowałem się w sklepie. Całe szczęście bo rozpadało się na dobre. Dużo jednak czasu tam nie spędziłem i jak tylko deszcz zelżył ruszyłem dalej. Po kolejnych 10 km postanowiłem jednak szukać miejsca do spania. Nie widać było poprawy pogody i było bez sensu moczyć kolejne buty. Do Oulu zostało mi ok. 20 km, a to duże miasto. Szkoda pchać się w jego pobliże. Zjechałem w polną drogę i jakieś sto metrów dalej znalazłem dogodne miejsce na namiot. Był jeden problem. Moja miejscówka była między dwiema ruchliwymi drogami. Jedną była autostradą do Oulu, a druga to właśnie ta, którą jechałem. Ruch był duży, zwłaszcza na autostradzie. Całą noc słyszałem szum samochodów. Oczywiście nie obyło się bez walki z rojami komarów.

 1dzień - Niedziela - 12.07.2020. – przejechane 109,23 km

Augustów – Frącki – Ogrodniki – (LITWA) – Bajoriskes – Verstaminai – Stebubiai – Simno – Gadele – nocleg pod Sventragis

Po godz. 10 ruszam z dworca PKP w Augustowie w kierunku szlaku Green Velo. Rower strasznie obciążony. Odwykłem od takiego ciężaru na rowerze. Trzeba mocno naciskać na pedały, aby się rozpędzić, a potem już leci. Duży ciężar, jaki wiozę to z pewnością zapasy jedzenia, które zrobiłem w ramach oszczędności, to za duży i za ciężki namiot, i może inne rzeczy, ale to okaże się po wyprawie. Mam namiot 3 osobowy, kupiony na wyprawy z żoną. Już po Islandii obiecywałem sobie, że go zmienię na co najmniej 1-2 kg lżejszy. Niepewne czasy trochę moje plany pokrzyżowały i znowu muszę targać taki kolos, który waży ponad 4 kg. Jeden plus to dużo miejsca. Mogę nawet siedzieć i bezpiecznie gotować w przedsionku.

Dotarłem do szlaku Green Velo. Jadę malowniczymi lasami, wzdłuż jeziora na północny wschód. Po kilkunastu kilometrach docieram do drogi nr 16. Szlak Green Velo teraz skręca na północ, a ja kieruję się tą trasą 16 w kierunku Ogrodzieńca. Pogoda się poprawiła -18 stopni, raz słońce, raz pochmurnie, idealna dla rowerzysty. W lesie ściągam długie ubranie i zakładam krótkie rękawki i spodenki. Mam przed sobą ok. 50 km do granicy.  Prędkość nie zachwyca mimo tego, że droga prawie cały czas płaska. Średnio to 20 km/h, sądzę, że to ciężar roweru hamuje i niweczy moje wysiłki. Po dwóch godzinach zatrzymuję się w małej wiosce, gdzie w remizie strażackiej jest komisja wyborcza. Dzisiaj mamy wybory na prezydenta RP. Spełniam swój obywatelski obowiązek.

Blisko granicy, nad jeziorem zatrzymałem się w barze na obiad. Jem niezbyt dobrą zupę – żurek. Jakby trochę przypaloną, na dodatek smak psuł papierowy talerzyk w jakim otrzymałem posiłek. Głód jednak zwyciężył i po pół godzinie ruszam dalej. Trochę zaczęło wiać, ale nie na tyle żeby znacznie zmniejszyć prędkość. Nieprzespana noc zaczyna wpływać na moje samopoczucie. Odczuwam zmęczenie i nawet pod niewielki podjazd na granicy polsko – litewskiej ciężko naciskam na pedała.

Mam granicę. Pierwszy sprawdzian ruchu granicznego w dobie pandemii. Serce mi szybciej bije z emocji. Powoli zbliżam się do znaku LITWA. Na samej granicy pusto jak za dawnych czasów. Przejeżdżam, jednak po dwóch kilometrach widzę stojący obok drogi samochód  policji i straży granicznej. I przygoda się skończyła – pomyślałem powoli zbliżając się w ich kierunku. Obserwuję zachowanie funkcjonariuszy. Uśmiechnęli się kiedy do nich dojechałem, machnęli w pozdrowieniu ręką i nie zwracali na mnie więcej uwagi. Ciężar spadł mi z serca. Pierwsza granica zdobyta – zeszło ze mnie powietrze.

 Pierwsze 20 km na Litwie zrobiłem bez problemu nie licząc narastającego zmęczenia. Zauważyłem na mapie, że mam skrót do drogi, na którą planowałem wjechać. Skręcam i jadę przez wioskę. Problem z psami, które zaczęły atakować intruza za jakiego mnie wzięły. Udało się przejechać bez pogryzionych kostek, ale kilka razy musiałem zatrzymywać się próbowałem się z nimi zaprzyjaźnić – nieskutecznie i dopiero udawanie rzucanie kamieniem pomogło. Po 10 km asfaltu nagle dobra droga się skończyła. Przede mną szuter pomieszany z piaskiem. Zaczęło się. Co się rozpędziłem to za chwilę grzęzłem w piachu i pchanko. Na dodatek na szutrze nadającym się do jazdy pojawia się tarka. Nic przyjemnego jak wszystko skacze, spada z roweru, nie mówiąc co się dzieje w głowie. Na mapie ta droga oznaczona była jako jedna z głównych. No to Litwa mnie przywitała – pomyślałem sapiąc z wysiłku, kiedy pod stromą górę pcham ciężki rower, który grzązł w piachu. Na liczniku już przejechane 90 km. Brak snu dawał o sobie znać coraz bardziej. Odpoczywałem coraz częściej posilając się polskimi batonikami. Ok godz. 18 postanowiłem szukać miejsca do spania. Miałem dosyć dzisiejszego dnia. Docieram nareszcie do asfaltu. To droga nr 181. Teraz jadę na północ. Mam już ponad 100 km na liczniku. W oddali przed sobą widzę „sakwiarza”. Za zakrętem zatrzymał się na przystanku autobusowym. Mijam go z pozdrowieniem. Po kilku kilometrach dogania mnie i zagaduje. To Niemiec z Bremen, który jedzie do Kłajpedy na prom do Szwecji. Próbujemy rozmawiać. Nie idzie nam to dobrze, ale dogadujemy się co do noclegu. On też już planuje zatrzymanie się. Skręcamy w kierunku niewielkiego zagajnika oddalonego ok. 400 m od drogi. Jest miejsce. Rozbijamy się, robimy sobie kolację. Niemiec opowiadał o wrażeniach z Polski, którą przejechał z zachodu na wschód. Po ósmej wytłumaczyłem mu, że nie spałem całą noc i muszę iść odpocząć. W nogach mam dzisiaj prawie 110 km i to po nieprzespanej nocy. Mam wrażenie, że moje ciało jest całe obolałe.

 

2 dzień - Poniedziałek - 13.07.2020. – przejechane 113,57 km

Nocleg pod Sventragis – Iglianka – Stuomenai – Śinkaviskis – Kupriai – Padreciaż – Godlewo – Kowno – Vośkoniai – Wędziagoła - Kiejdany

Jak tylko położyłem głowę na dmuchanej poduszce straciłem kontakt z rzeczywistością do samego rana. Po siódmej obudził mnie lekki hałas. Kiedy wyjrzałem z namiotu Niemca już nie było. Zobaczyłem go w oddali. Stał na polnej drodze, którą tutaj dojechaliśmy, ale po chwili ruszył. Więcej go nie spotkałem.

Ruszyłem ok. 8, po śniadaniu i toalecie. Ustawiłem nawigację na Kowno. Początkowo droga nr 181 była całkiem znośna. Nawigacja jednak poprowadziła mnie znowu po polnych drogach. Ponownie piach, pchanie roweru i liczne górki. Droga strasznie się ślimaczyła. Dotarłem w końcu do asfaltu. To droga A5, niby autostrada, ale oprócz większego ruchu, niczym nie przypominała autostrady. W Polsce tak wygląda droga wojewódzka, po której można jechać rowerem. Jadę nią, 10 km i stop. Jest zakaz jazdy rowerem przy wjeździe na wiadukt, zakląłem w duchu. Nie mogli postawić wcześniej znaku? Muszę wrócić 2 km i bocznymi (polnymi) drogami dojechać do miasta.

Rogatki Kowna mijam po godz. 13. To duże miasto. Po kilku kilometrach ładnymi ścieżkami rowerowymi docieram do centrum. Zwiedzam centrum, znalazłem ulicę i dom Adama Mickiewicza. Niewielki, drewniany, pomalowany na niebieski kolor z farbą w wielu miejscach odpadającą. Tabliczka na domie opisuje, że tutaj mieszkał Mickiewicz. Nie zwiedza się go. Miasto jest bardzo ładne. Trochę odpocząłem w parku, gdzie postawione jest wiele pomników jakiś litewskich bohaterów. Chciałem odwiedzić katedrę w centrum, ale była zamknięta. Po południu ruszam w kierunku drogi nr 222. Wyjazd z Kowna jest tragiczny. Droga o nachyleniu 7% i to na odcinku kilku kilometrów. Trochę jadę, trochę pcham. Samochody też ciężko jadą na wzgórze. Za to kiedy dotarłem na szczyt miałem piękny widok na całe miasto. Po dłuższym odpoczynku na obrzeżach miasta wstępuje do Lidla. Kupuję 2 butelki wody, dwa jabłka, napój pomarańczowy za całe 1,25 €. I po co targałem zapasy z Polski? Ceny przyjemnie nie zaskoczyły.

Kolejne 27 km trasy nr 222 to ciągłe zjazdy i podjazdy. Kiedy skręcam w drogę szutrową odczuwałem w nogach już przejechane 100 km. Przejeżdżam teraz nad autostradą A8. Tutaj nie można jechać rowerem. Po 5 km szutru jadę teraz równolegle do A8 w kierunku Kiejdan. Mam ku mojej radości znowu asfalt. Kolejne 5 km i widzę miasto. Jest już prawie godz. 19.  Czas na odpoczynek. Nie jadę do centrum miasta. Skręcam w drogę  nr 144 i szukam miejsca do spania. Po kilku kilometrach widzę na wzgórzu lasek. Zostawiam rower przy drodze i szukam miejsca. Znalazłem w niewielkim zagajniku, nad rzeką. W oddali słychać szum centrum miasta - samochody, kolej, odgłosy psów, ale mimo tego zostaję. Jedynym mankamentem były komary i kleszcze, które trzy zabiłem maszerujące po moich nogach do góry. Bros pomógł. Rozbijam się i robię obiadokolację. Nareszcie coś ciepłego w ustach. Mój organizm jeszcze cierpi z wysiłku jaki wkładam, aby poruszać się z ciężarem na bagażniku. Po 113 km z obolałymi nogami i ogólnym zmęczeniem rzuciłem się na materac mimo tego, że jest dopiero godz. 21. 

 

3 dzień - Wtorek - 14.07.2020. – przejechane 108,83 km

Kiejdany – Januszewo – Dontów – Bokśtai – Skemiai – Bejsagoła -Svedów – Rozalin – Pokroje – nocleg w okolicach Kolpokoi.

W nocy przyszedł do mnie dzik, a może dziki. Poznałem zwierzę po charakterystycznym kwiczeniu. Pochodził koło namiotu i poszedł. Nie reagowałem. Ranek był ciepły. Po śniadaniu ruszam. Zanim doszedłem do drogi, miałem całe buty i nogi po kolana mokre od rosy. Ruszam drogą nr 144 na północ w kierunku granicy z Łatwą. Ruch w miarę czasu wzrastał. Jadę tak przez 56 km. Tiry dokuczają najbardziej, a jest ich coraz więcej. Docieram do drogi A9. Niby autostrada, ale nie wygląda na nią. Zatrzymuję się przy sklepie w miejscowości Svedów. Czas na drugie śniadanie. Dzisiaj jogurcik i bułeczka, do tego jabłko. Podczas posiłku miałem styczność z tutejszymi menelami. Uczepił się mnie i dosyć długo domagał się chyba pieniędzy, nie rozumiałem go za wiele. Jakoś udało mi się go pozbyć, ale zaraz podszedł kolejny Litwin. Ten był bardzo przyjemny. Rozmawialiśmy o rowerze, wyprawach, o tym co warto zobaczyć na Litwie. On też lubi jeździć, ale nie ma odwagi jechać daleko, poza swój kraj. Za to zwiedził na rowerze większość Litwy.

Drogą A9 jadę tylko 6 km i tak za długo, straszny ruch. Skręcam na północ w kierunku Rozalina. Teraz spokojniej. Nie ma przede wszystkim tirów. Mijam dwóch odpoczywających „sakwiarzy” chyba tutejszych. Macham im przyjaźnie. Czuję już kilometry w nogach. Jest dopiero godz. 17.30, ale postanawiam szukać miejsca na odpoczynek. Na liczniku już 107 km. W oddali widzę lasek, do którego wiedzie polna droga. Skręcam. Droga wiedzie do jakiegoś gospodarstwa rolnego, ale też skręca w stronę lasu niewielką ścieżką. Jadę nią i po 300 m jestem wśród drzew na niewielkiej polanie. Idealne miejsce, niedaleko gospodarstwa, ale na razie jest cicho. Dzisiaj kąpiel – mycie całego ciała w dwóch litrach wody – można. Obfita obiadokolacja – makaron z sosem, mięsną konserwą i dłuższy odpoczynek. Należy mi się. Jestem niedaleko już granicy z Łotwą jutro powinienem opuścić Litwę. Zerkam na mapę i znowu pojawiło się uczucie niepewności i strachu. Mam nadzieję, że można ją przekroczyć bez problemu. Przy okazji uświadomiłem sobie, że nie wiem co się dzieje na świecie, czy granice są otwarte? Czy pandemia postępuje? A może wygasa?

5 dzień - Czwartek - 16.07.2020. – przejechane 97,47 km

Okolice Upmalas – Lilaste – Pabażi – Jelgavkrasti – Vitrupe – Svetciems – Ainażi – (ESTONIA) – okolice Orajoe.

Znowu budziłem się w nocy bardzo często, a nie miałem żadnych powodów do niepokoju. Zastanawiałem się czy to ze zmęczenia, czy z niewygody? Jednak wstałem wyspany, wypoczęty, gotowy do stawienia kolejnym kilometrom czoła. Namiot ponownie cały mokry od rosy. Śpię z zasuniętą w namiocie moskitierą, więc żaden komar mi nie przeszkadzał. Tak też zjadłem śniadanie i jak zwykle po godz. 9 ruszam na północ w stronę morza bałtyckiego. Pogoda zapowiadała się na bardzo dobrą. Trochę dokucza mi spieczony słońcem poprzedniego dnia pasek na udach. Krótkie spodenki musiały mi się podnieść do góry nogi i odsłoniły „białe” części ciała. Jadę wzdłuż wybrzeża zatoki ryskiej. Rozbolała mnie głowa i postęp bólu był tak szybki, że musiałem zażyć tabletkę. Czyżby słońce? Tabletka pomogła, ale za to jakby mnie osłabiła. Mimo, że trasa nie jest wymagająca, raczej płaska, to jedzie mi się ciężko. Do granicy z Estonią mam jeszcze 85 km. Często się zatrzymuję. Przeszkadza też wiatr, który wieje dzisiaj prosto w oczy od morza. Prędkość tym samym spadła do 16-8 km/h. Droga wiedzie ruchliwą trasą A1, ale jest dużo obok niej ścieżek rowerowych lub bocznych, równoległych dróg, którymi jadę. Nie jest źle. Zatrzymuję się na dłużej nad samym morzem. Na plaży mało ludzi, ale są i zażywają kąpieli słonecznych. Przez pół godziny upajam się ciepełkiem jednak stroniąc od bezpośredniego słońca, którego mam dosyć na dzisiaj. Morze jest spokojne, prawie nie ma fali. Plaża wąska, piaszczysta, ale wejście do wody już kamieniste. Nie dziwię się, że nikt się tutaj nie kąpie.

Jadę drogą, która wiedzie wzdłuż ruchliwej trasy A1. Tutaj prawie nie ma aut. Jedzie się super. 20 km przed granicą z Estonią coś w końcu jem. Bardzo późne drugie śniadanie – jogurt z bułeczką i mały bananek. Całe 1,25 € wydane w małym sklepie. Po kolejnych kilometrach jestem w Ainażi ostatniej miejscowości przed granicą. Robię zakupy w markecie. Dzisiaj zaszaleję. Kupiłem sobie 4 ziemniaki, ogórek i colę. Będzie pyszna obiadokolacja, gdyż zamierzałem do tego dołożyć na ciepło konserwę mięsną wiezioną z Polski.

Jest granica. Obserwuję czy nie ma jakiś pograniczników. Znowu dusza na ramieniu. Nie wiem jaka jest sytuacja epidemiczna w Estonii. Od prawie tygodnia nie słucham i nie czytam wiadomości. Postanowiłem, że przed kolejną granicą zainteresuję się tym co się dzieje na świecie. Na szczęście znowu było pusto. Łotwę zrobiłem w dwa dni.

20 km za granicą zatrzymałem się na darmowym kempingu tuż nad morzem. Z wyposażenia była tylko toaleta, ale bez wody. Dobre i to. Na kempingu jest kilka namiotów i kilka kamperów. Rozbijam namiot. Wieje i nie chce mi się iść na plażę. Robię pyszny obiad, prawie domowy. Kilka osób podchodzi i pyta skąd jadę, dokąd jadę. Zawsze spotykałem się z życzliwością i podziwem. Ok godz. 21 jednak poszedłem nad morze. Umyłem sobie nogi w morzu. Taka mini toaleta. 

 

6 dzień - Piątek - 17.07.2020. – przejechane 116,96 km

Okolice Orajoe – Kabli – Tahkuranna – Reiu – Raekula – Parnawa – Sauga – Paardu - Haimere.

 

Wstałem jako pierwszy na kempingu. Jednak zanim zjadłem śniadanie, to zaczął się już mały ruch. Była 8:30 kiedy ruszyłem na dalsze zdobywanie Estonii. Jadę równoległą drogą do trasy nr 4. W oddalisłyszę duży ruch na tej drodze. Pojawił się znak szlaku rowerowego Euro Velo 10 (R-10) prowadzącego dookoła Bałtyku. Jadę nim. Prowadzi przez urokliwe miejscowości turystyczne na morzem. Sielanka kończy się po 20 km. Teraz muszę wjechać na drogę nr 4. Jest duży pas awaryjny, ale i tak szalejące tiry dają mi przez kolejne 10 km popalić. Podmuch jaki zostawiają podczas wyprzedzania jest tak silny, że trzeba mocno trzymać kierownicę. Drętwienie rąk, a szczególnie lewej dłoni mi nie minęło, a wręcz przeciwnie nasila się. Kiedy mogę to trzymam kierownicę tylko prawą ręką, ale na drodze nr 4 nie mogłem. Dobrze, że ok 10 km przed Parnawą pojawiła się znowu ścieżka R-10 prowadząca obok ruchliwej trasy.

Parnawa jest ostatnim miastem w Estonii położonym nad zatoką Ryską. To typowe, bardzo urokliwe, turystyczne miasto. Jest tu port, ładne, duże stare miasto, które zwiedziłem poruszając się po wąskich, ładnych uliczkach zastawionych kawiarenkami pod parasolami lub namiotami. Nie ma tu wiele zabytków. Kościół, cerkiew i typowe dla nadmorskich miejscowości drewniane, niskie zabudowania. Widać, że była to kiedyś typowa rybacka miejscowość. Na obrzeżach miasto zmienia się w nowoczesne miasto z licznymi dużym blokami, centrami handlowymi, firmami usługowymi i produkcyjnymi. Skorzystałem tam z MacDonalda. Raz na jakiś czas należało mi się szaleństwo za całe 6,50 €.  Dobrocią MacDonaldów są toalety z ciepłą wodą. Zrobiłem sobie pierwsze pranie. Skarpetki, majtki i koszulki wylądowały na bagażach do suszenia. Oczywiście wszystko się nie mieściło, ale zanim dotarłem do noclegu większość miałem suche. Wiatr, słońce robią swoje. W pobliskim markecie kupiłem za 5,30 € zapasowy kartusz gazowy do kuchenki. Codziennie gotuję i trzeba być przygotowanym na niespodzianki.

10 km za Parnawą ścieżka rowerowa się kończy. Znowu muszę jechać poboczem ruchliwej drogi nr 4. Mam przejechane 80 km. Nogi są OK ale coraz bardziej mi dokucza drętwienie lewej ręki. Próbowałem zmienić ponownie ustawienie chwytów, ale nic nie pomogło. Przednie koło jest ciężkie, gdyż mam na nim sakwy i muszę stale mocno trzymać kierownicę. Staram się jak najczęściej odciążać lewą rękę, ale nic nie pomaga.

Jadę idealnie na północ. Strzeliła na liczniku 100. Kończy mi się woda, a przez dłuższy czas już nie mijam miejscowości ze sklepem. W końcu na 110 kilometrze mam restaurację. Tam kupuję wodę do picia, a w toalecie biorę wodę do kąpieli. Po kolejnych 6 km zjeżdżam w las. Po chwili znalazłem ciekawą miejscówkę, gdzie się rozbijam.  Robię kąpiel całego ciała. Stoję jak mnie Pan Bóg stworzył w środku lasu i rozkoszuję się chłodną wodą polewaną na moje rozgrzane ciało. Coś pięknego. Zużyłem ponad 5 litrów wody – ale to było cudowne szaleństwo. Na obiadokolację gotuję risotto z borowikami i kaszą kupioną w Rossmanie jeszcze w Polsce. „Dupy nie urywa”, ale zjadłem. Wiem, że takie coś więcej nie kupię. Jeszcze herbatka i idę spać. Muszę kupić sobie płyn do naczyń, tego mi brak.

Leżę w namiocie i obserwuję dzielnego pająka, który pojawił się na suficie namiotu. Wisi i walczy z muchami. Złapał na swoją sieć aż dwie. Otoczył je siecią i teraz chyba zajada swoją zdobycz. Za jego dzielność postanowiłem, jak skończy posiłek, wypuścić go wolno do lasu. Ot taka kilkunastominutowa „rozrywa” w samotnej wyprawie.

Do Tallina zostało mi 70 km. Jutro powinienem opuścić Estonię. Pytanie, czy będę mógł wjechać do Finlandii? Sprawdziłem w internecie, ale nic się nie zmieniło w komunikatach Polskiego MSZ. Pisało, że Polacy mogą wjeżdżać tylko w określonym celu. Ja nie spełniałem żadnego.

Późno w nocy jakiś wariat bez tłumika jeździł motorem po lesie. Nie dawał mi spać do północy. 

Marzy nam się zdobycie lub pokonanie czegoś, zwiedzanie świata, spektakularna samorealizacja. I to jest najprzyjemniejsze w życiu. Marzymy, wyznaczamy cel i dążymy do jego realizacji. I nagle niespodzianka. Na przykład epidemia. Kto by się rok temu (w 2019) tego spodziewał?

To, że w 2020 roku będę próbować zdobyć „kraniec świata” jakim jest Nord Kapp wiedziałem już wracając z wyprawy na Islandię w sierpniu 2019r. Jesienią zakupiłem mapę Norwegii i Szwecji (lubię mapy papierowe, widać na nich całą planowaną trasę). Zacząłem planować trzy warianty podróży, zależnie od czasu - urlopu w pracy - najkrótszy trzytygodniowy i najdłuższy miesięczny. Najkrótszy, to dopłynięcie promem z Gdyni do Sztokholmu w Szwecji i stamtąd wzdłuż wybrzeża Bałtyku, granicy z Finlandią na norweski Nord Kapp. Powrót samolotem z Alta w Norwegii przez Oslo. Trasa ok. 1800 km. Dwie dłuższe trasy, to: do Malmo w Szwecji promem, z Malmo do Norwegii i wzdłuż fiordów dotarcie do przylądka. Powrót samolotem z Alta lub druga wersja: przez Litwę, Łotwę, Estonię, Finlandię, północną Norwegię na Nord Kapp i powrót jak wyżej. Obie trasy ok. 3000 km.                                                                                                                                       

Planowanie to przyjemność oglądania wielu filmików ludzi, którzy tam byli, to czytanie mapy, czytanie relacji, porad innych turystów. W styczniu 2020 roku zakończyłem planowanie i byłem psychicznie przygotowany do jazdy po górzystych terenach Norwegii. Wybrałem prom do Malmo i dalej przez całą Norwegię, aż na północ tego kraju. Miałem spisane ciekawostki, numery dróg oraz niektóre miejsca noclegowe. Życie to zweryfikowało. Świat niepodziewanie opanował wirus covid-19 i moje plany przestały istnieć z dnia na dzień. Granice zamknięte, w kraju i zagranicą totalna izolacja ludzi, żyliśmy w strachu z dnia na dzień. Z niepokojem śledziłem wydarzenia, aż do końca maja. Wtedy epidemia trochę zelżała.  Okazało się, że Szwecja jest nadal zamknięta dla Polaków, tam epidemia szalała w najlepsze, a jedynie od czerwca puszczają Polaków na kraje wschodnio bałtyckie. 15 czerwca zapadła decyzja. Ruszam przez Litwę, Łotwę i dalej na północ. Najbardziej obawiałem się Finlandii. Wielka niewiadoma.  Dokupiłem jednak potrzebne mapy, szybko planowałem marszrutę. Po obliczeniach oraz planach urlopowych, okazało się, że muszę ruszyć nie z domu tylko dojechać do granicy Litwy pociągiem. Zaoszczędzę kilka dni, których może mi zabraknąć, żeby wrócić przed zakończeniem urlopu w pracy. Na dodatek mogę ruszyć dopiero w lipcu.

Wolne miejsce dla mnie i mojego roweru w pociągu udało mi się załatwić dopiero na 11 lipca i to na pociąg nocny. Z domu ruszam wieczorem. O 18 mam pociąg do Wrocławia, a tam po godz. 23 mam do Białegostoku. Myślałem, że nie będzie tłoku. Myliłem się. Ludzi było dużo, jak na czas epidemii, pełne wagony. Ciągłe przemieszczanie się pasażerów skutecznie wpływało na moją bezsenność. Meldując się na dworcu w Białymstoku byłem strasznie zmęczony nieprzespaną nocą. O godz. 8:00 miałem pociąg do Augustowa – mojego celu. Też tłok. Wysiadam na augustowskim dworcu PKP ok. 9:30.

Rozpoczyna się moja kolejna rowerowa przygoda. To wyjątkowa wyprawa. Mamy czas ogólnoświatowej epidemii. Obarczona strasznym dyskomfortem psychicznym. Każdą granicę przekraczałem ze strachem i niepewnością. Puszczą czy nie puszczą? Jadę dalej czy wracam do domu? Udało się, a jak to było czytajcie dalej.