Tadeusz Wojciechowski

 

Witam na moich stronach.

Dzień 6 – poniedziałek (08.07.2019r) Przejechane 107 km. Trasa: Stori Nupur, Leirubakki , Hekla Center, Hella, nocleg Hvolsv


Małe sprostowanie do wczorajszego dnia. Zapłaciłem za miejsce na kempingu. Tuż przed snem przyjechał właściciel i zażądał 1500 ISK.
Wstałem dokładnie o 7:22. Obecność kilkuminutowa w toalecie, a potem śniadanko. Dzisiaj pasztecik z chlebem tostowym, bo taki tutaj jest najtańszy (ok 500 ISK, czasami w Bonusie można dostać za niecałe 400 ISK). Ruszyłem w trasę po ósmej. Do wodospadu Hajparfoss miałem kilkanaście km. Jechało się nawet fajnie – droga prawie płaska, asfaltowa i rano mały ruch. Wodospad był super. Zrobiłem zdjęcia, filmik i dalej w trasę. Znak informuje o następnej atrakcji turystycznej – wodospad Hajfoss. Trzeba jednak zjechać z drogi, aby po dwóch km zostawić rower i wejść jeszcze 1 km w górę i wtedy dopiero docieramy do najwyższego (120 m) wodospadu na Islandii. Zatrzymałem się na rozjeździe i zastanawiałem się patrząc na serpentyny przed sobą, które i tak muszę dzisiaj pokonać. Zrezygnowałem, jadę w stronę góry przez którą muszę przejechać wnosząc się drogą o 9% nachylenia.
Jazda była koszmarna. Prędkość 5-6 km/h i to przy największej z tyłu i najmniejszej z przodu przerzutce. Zerkałem z utęsknieniem na szczyt. Widzę go nareszcie, odliczam mijające co 50 m słupki drogowe. Jeszcze tylko 10, 9, ….., 2 i przerażenie. To nie koniec widzę w oddali kolejne wzniesienie. Trochę "płaskości" i ponownie w górę tym razem to chyba 10%. Odpoczywam trochę. Trud rekompensuje za to piękny widok. U podnóża góry widzę atrakcję, którą nieświadomie ominąłem. To gospodarstwo z chatami pokrytymi darnią. Typowa, dawna metoda krycia dachów na Islandii. Robię zbliżenie kamerą. Mam to jakby tam był.
Jestem cały spocony mimo tego, że jest tylko 8 stopni ciepła. Zauważyłem, że czy 9, czy 10 % nachylenia moja prędkość jest taka sama. Po 3 km wreszcie jestem na szczycie przełęczy. Zjeżdżam, chociaż zjazd jest o wiele łagodniejszy. Nadal jadę trasą nr 32. Na nawigacji widzę trasę nr 26, na którą muszę wjechać. Biegnie teraz równolegle do 32, a oddziela ją tylko szeroka rzeka Scliartangalion (te nazwy). Tak będzie przez kilkanaście km. Z góry widzę na rzece dużą zaporę, jakby elektrownię. Widzę też dojazd z drogi, którą jadę, a po drugiej stronie rzeki drogę nr 26, na którą mam dojechać. Od razu pomyślałem sobie, że jakbym mógł przejechać przez zaporę oszczędziłbym około 20 km. Zapora zbliża się. Na szczęście nie muszę wiele pedałować. Droga nadal biegnie łagodnie w dół. Kiedy byłem niedaleko zapory zobaczyłem w oddali samochód osobowy zbliżający się do zapory od strony drogi 26. Zatrzymałem się i obserwowałem. Po chwili obok mnie przejechała mała osobówka z młodym kierowcą. Pomachał mi przyjaźnie i skręcił w szutrową drogę w kierunku zapory . Teraz obserwowałem dwa samochody zbliżające się do siebie po obu stronach rzeki. Kluczyli po krętej drodze i obaj prawie równocześnie wjechali na zaporę. Tego mi trzeba było - pomyślałem. Ruszyłem ich śladem. Napis i symbole brzmiały - zakaz wejścia, ale co mi tam jadę. Udało się tamtym, to dlaczego nie mi. Po kilkunastu minutach jestem pod drugiej stronie rzeki i wjeżdżam na szutrową drogę nr 26. Skręcam w prawo i jadę w kierunku głównej drogi nr 1. Zaoszczędziłem dzisiaj 20 km.
Tak jak wspomniałem droga jest szutrowa. W tumanach kurzu co jakiś czas mijają mnie głównie samochody osobowe. Dobrze, że dosyć mocno wieje, to nie jest tak źle. Tumany kurzy wiatr szybko zabiera z drogi. Po lewej stronie w oddali widzę spowity nisko wędrującymi chmurami szczyt wulkanu Hekla. To czynny wulkan, może wybuchnąć w każdej chwili. Zatrzymuję się na parkingu, z którego wiedzie droga szutrowa w kierunku wulkanu. Czytam opis i oglądam wrak samochodu, który prawdopodobnie jest przestrogą dla osób pragnących wjechać na wulkan. Napis ostrzega – tylko pojazdy z napędem na 4 koła. Musi być tam ostro.
Wreszcie mam asfalt. Droga jest prosta jak strzała, nie widać jej końca. Jadę tak kilkadziesiąt km. Dojeżdżam do miejscowości Leirubakki. Jest tutaj multimedialne centrum Hekli. Wejście 900 ISK. Można oglądać interaktywny wybuch wulkanu. Nie skorzystałem. Skoda mi pieniędzy. Odpocząłem na ławeczce pod muzeum, zjadłem batonika, jabłko i jadę dalej. Podrażniłem tylko żołądek. Mój organizm domaga się już strawy. Na mapie z większej miejscowości najbliżej jest Hella. Powinien być tam jakiś sklep. Znowu jadę pod górę. Przy okazji obserwuję pracę tutejszego listonosza. Ma super pick-upa, którym jeździ do domów oddalonych od drogi kilkaset metrów, a nawet kilka km, często w górach, dolinach, budowanych nie w skupiskach, jak jesteśmy przyzwyczajeni, ale pojedynczo w dużych od siebie odległościach. Domy te mają swoje nazwy. To nie są nazwy miejscowości, jak jesteśmy przyzwyczajeni w Polsce, ale nazwy pojedynczych domów. Listonosz mijał mnie kilka razy wyjeżdżając z bocznych dróg i jadąc dalej. Wyobraziłem sobie jego pracę w zimnie, która tutaj przecież panuje w większości w roku.
Szutrową drogą docieram do stacji benzynowej w Hella. Jest 16:15. Nareszcie mogę coś kupić do jedzenia. Spotkałem na stacji Polkę. Zjadłem dwa hot -dogi, banana, na deser serek Skyr, popiłem pepsi i mój żołądek był chyba zadowolony. Na kilka godzin zaopatrzyłem organizm w coś do trawienia. Zrobiłem też zakupy na śniadanie. Jadę, a pogoda jak zwykle na Islandii się psuje. Wieje coraz mocniej zimny wiatr i niebo zrobiło się szare jakby za chwilę miało porządnie lać. Po 13 km docieram do kempingu w Hvolsvöllnr (ciężka nazwa). Trochę wcześnie na nocleg, ale kiedy zobaczyłem, że jest tutaj ciepły prysznic, a pogoda nie zachęcała do dalszej jazdy, zostałem. Musiałem podładować urządzenia, a szczególnie power bank.
Kawa, rozmowa z żoną, kolacja – kasza z mięsem i warzywami, nawet dobra. Zgrałem do laptopa wszystkie zdjęcia i filmiki. Jest zimno – tylko 10 stopni. Wieczorem przyjeżdża właściciel zgarnia 1500 ISK. Teraz mogę iść spać.

Dzień 7 – wtorek (09.07.2019r) Przejechane 90,6 km. Trasa: Hvolsvöllnr, Asolfsskali, Solheimasandur, nocleg Vik

Ranek zapowiadał ładną pogodę. Plany na dzisiaj też miałem ambitne. Kilka wodospadów i największy na Islandii lodowiec. Śniadanko z ciepłą kawą i ruszam. Tuż przede mną jedzie na rowerze szosowym Szkot (wiem bo ma na bagażniku flagę Szkocji). Jedziemy w tym samym kierunku. Wyprzedzamy się co chwilę. Raz staje on żeby zrobić zdjęcia, raz ja. Po kilkunastu km jednak się gubimy. Docieram do pierwszego dzisiejszego dnia wodospadu Seljalandsfoss. Niesamowity, piękny. Można go obchodzić dookoła co robię mocząc się przy okazji od pyłu wodnego, jaki unosi się ze spadającej wody. Ludzi mrowie, ale się nie dziwię, to super atrakcja. Jeszcze większe wrażenie robi kolejny wodospad Gljufrabui. To wodospad ukryty między skałami. Wchodzi się po wystających kamieniach z rzeczki jaką tworzy woda z wodospadu, wysoką szczeliną w skale. To nic, że jest się od razu cały mokry z pyłu wodnego. Warto – wrażenie niesamowite.
Po godzinie jadę dalej. Wiatr coraz silniejszy. Znowu prosto w twarz. Strasznie szybko zmienia się pogoda. Prędkość spada drastycznie, to już ok. 15 km/h i to tylko wtedy, gdy mamy prostą drogę. Po lewej widzę zaśnieżone szczyty lodowca Myrdalsjökull. Jego potężny język wchodzi między skały tworząc jakby biało szarą nogę. To drugi co do wielkości lodowiec na Islandii.
Coraz trudniej pedałować. Momentami wiatr zatrzymuje mnie prawie w miejscu. Staram się skurczyć jak mogę, żeby pokonać tak silny wiatr. Teraz trudno osiągnąć prędkość powyżej 10 km/h. Co ja tu robię – krzyczę, gdy mocno naciskam na pedały, aby pokonać żywioł. Znalazłem sposób na to, aby trochę odpocząć od przeraźliwego świstu wiatru w uszach. Skręcam w bok głowę i jakiś czas jadę prawie na oślep, ale świst trochę ustaje.
Do kolejnego wodospadu coraz bliżej. Z daleka widzę kogoś leżącego w rowie. Podjeżdżam bliżej. Poznaję, to Szkot, który dzisiaj rano wyjechał ze mną w trasę. Pytam czy wszystko w porządku. Pokazuje mi palcem, że OK. Krzyczy, że odpoczywa od wiatru. Czuje się podobnie jak ja. Ma dosyć tej wściekłej walki z wiatrem. Do końca dnia jeszcze daleko, a już czuję, że nogi zaczynają się odzywać. Droga jest przeważnie prosta. Czasami lekkie nachylenie, a ja mam wrażenie, że cały czas wspinam się w górę po nachyleniu co najmniej 10%.
Po południu docieram w końcu do kolejnego wodospadu, który miałem na dzisiaj w planie – Skogafoss. Potężny, setki ton spadającej wody. Trochę odpocząłem podziwiając go, robiąc zdjęcia i filmiki. Pod wodospadem była restauracja. Zamówiłem sobie zupę z mięsem owcy. Była super, takiej jeszcze nigdy nie jadłem. Podobno to Islandzki przysmak.
Mimo tego, że odpoczywałem nad wodospadem godzinę, to kiedy ruszyłem dalej, miałem wrażenie jakbym zrobił już jakieś 200 km bez odpoczynku. Strasznie ciężko się pedałowało. Byłem coraz bardziej zmęczony. Wiatr zrobił się tak silny, że trudno było pedałować, a do tego zaczął padać drobny deszcz, napędzany wiatrem, poziomo wciskał się wszędzie, mocząc mnie mimo przeciwdeszczowego ubioru. Teraz prędkość to 6-7 km/h na prostej drodze. Po godzinie kładę się w rowie, na mchu, jak minięty wcześniej Szkot. Osłaniam się sakwami, żeby trochę odpocząć od wiatru. Jak mi dobrze, chociaż chwilę wiatr i deszcz nie wpada mi w uszy, pod kask, oślepia, wali w szyję spływając pod kurtkę. Muszę jednak jechać dalej.  Jest już 20:00, a ja czuję już kompletny brak siły. Za zakrętem wyłania się przede mną góra i kręty na nią podjazd o sporym nachyleniu. Ryk rozpaczy wydobył się z mojego gardła. Mam dosyć. U podnóża góry widzę znak Gosthaus. Wszystko mi jedno, jadę tam i zostaję nawet jakbym miał zapłacić masę pieniędzy. Jadę, to dużo powiedziane. Wdrapuję się, pchając rower mimo tego, że podjazd nie jest wielki. Wychodzi do mnie miła, młoda kobieta. Oznajmia mi, że nie ma już miejsc, ale zaproponowała, że podwiezie mnie do Vik (za górą), gdzie znajdę nocleg na kempingu. Byłem uratowany. Jej mąż pakuje mi rower na przyczepkę, wsiadamy do wygodnego pick-upa i jedziemy. Okazało się, że wystarczyło tylko wjechać na górę i z niej zjechać. Po pięciu minutach byłem na miejscu. Będę chwalił Islandczyków pod niebiosa. Pomogli mi i to bezinteresownie.
Z wielką trudnością rozbijam namiot, który wiatr targa we wszystkie kierunki. Do tego deszcz, który stał się teraz bardzo mocny. O 21:30 jestem w środku namiotu. Jest super mimo tego, że wiatr targa, szarpie, unosi cały namiot. Przez pół godziny leżę odpoczywając. Robię sobie gorącą kawę. Ciepły płyn rozgrzewa moje wnętrze. Jakie to przyjemne, jaka to rozkosz. Robię sobie rissoto z kurczakiem – pychota. Mimo pogody idę zobaczyć jak wyglądają łazienki, jak wygląda kuchnia. W kuchni tłok, że palca nie można wcisnąć. Stwierdziłem, że cena 1750 ISK jaką zapłaciłem nie poszła na marne. Ciepła woda pod prysznicem, czysto, full wypas. Korzystam z toalety i wracam do namiotu. Wiatr wzmaga się jeszcze bardziej. Mam wrażenie, że może mnie czasami unieść do góry. Zastanawiam się czy linki wytrzymają. Idę spać. Usypiam jak niemowlę, zmęczenie dało znać o sobie.

Dzień 8 – środa ( 10.07.2019r) Vik (przerwa ze względu na pogodę)


Całą noc padało i silnie wiało. Kilka razy hałasem silnego trzepotania namiotem obudziłem się z przerażeniem, ale mój namiot stawiał dzielny opór nawałnicy. O siódmej rano sprawdziłem w komórce pogodę. Wiatr 100-120 km/h i cały dzień deszcz. Nie było to optymistyczne. Postanowiłem dzisiaj zostać. Na jutro zapowiadana jest poprawa pogody. Powoli gramolę się z ciepłego śpiwora. Zimno. Jakby nie „puchówka”, to chyba bym zamarzł. Jest chyba 3 może 4 stopni, ale najgorszy jest wiatr. Ustalam sobie plan na dzisiaj. Idę do sklepu, który jest niedaleko kempingu, idę do kuchni, jem i nadrabiam zaległości w pisaniu, czytaniu. Zgram również zdjęcia i filmy na komputer. Po południu może uda się wyskoczyć na czarną plażę, z której słynie Vik.
Siedzę w ciepłej kuchni (grzejniki były gorące) popijam kawę i co chwilę patrzę za okno. Co napisali w prognozie to się sprawdza. Wieje, leje i w ogóle do kitu. W sklepie spotkałem Kanadyjkę, która kilka dni temu rozbiła się w Hvolsvöllur obok mnie. Pytała czy dzisiaj jadę. Kategorycznie zaprzeczyłem. Ona też zrezygnowała. Wczoraj wieczorem widziałem, jak przyjechała samochodem z jakimś ciemniejszej karnacji facetem tuż po mnie, ale chyba śpi w jakimś hotelu lub gosthausie, gdyż na kempingu jej nie ma. Za to widziałem namiot i rower Szkota, z którym wczoraj się mijałem kilka razy. Też dzisiaj odpoczywa.
Jem obiad. Po południu trochę zelżało. Przynajmniej tak nie pada deszcz. Szkot siedzi niedaleko mnie w kuchni i czyta książkę. Ja podładowałem prądem wszystkie urządzenia. Po obiadku zdrzemnąłem się godzinkę i ok. 19 postanowiłem pójść na plażę. Nie pada, ale wiatr nie ustał. Idę uliczkami Vik. Taka mała miejscowość, ale basen termalny jest. Na czarnej plaży nie można było zagościć długo. Nad oceanem, wiatr dopiero pokazywał co potrafi. Momentami nie można było oddychać i spokojnie stać. Widoczność 100 m. Bez sensu, a miało być tak pięknie. Zrezygnowany wracam.
Dzień mija w lenistwie. Po 22 trochę się uspokoiło.

Dzień 9 – czwartek (11.07.2019r) Przejechane 88,3 km. Trasa: Vik, Laufskalavarda, nocleg Kirkjubajarklaustur


Kiedy otworzyłem oczy z radością stwierdziłem, że nie pada i wieje też lżej. Namiot trochę mokry, ale zanim zjadłem śniadanie, skorzystałem z toalety, trochę przesechł. Ruszam, szkoda czasu. Wiatr wieje tradycyjnie prosto w twarz. Powoli się przebijam. Mam w planie co najmniej 80 km do kempingu w Kirkjubajarklaustur. Droga nr 1 jest łaskawa. Prawie cały czas płaska. Wysiłek wkładany w pokonanie wiatru nadrabiają przepiękne widoki. Bezkresne równiny porośnięte szarym mchem, dalej morze kołyszącego się na wietrze niebieskiego łubinu. I przepiękne rozlewiska licznych rzek. Takie widoki są tylko tutaj pomyślałem. Coś podobnego widziałem na wulkanicznej wyspie Lanzarote na wyspach kanaryjskich, ale tamto się chowa z tym co można zobaczyć na Islandii. Droga nie była najgorsza. Co prawda po jakiś kilkunastu km pojawiły się podjazdy, ale nie było tak źle.
Już o 18 jestem na zaplanowanym kempingu pokonując niecałe 90 km. Po chwili zastanowienia stwierdziłem, że nie jadę dalej. Cena wygórowana. 1800 ISK i do tego trzeba płacić za ciepłą wodę pod prysznicem dodatkowe 300 ISK. Rozbój. Szkot też tutaj dojechał tuż po mnie. W końcu się oficjalnie poznaliśmy. Miał na imię David. Jak dowiedział się, że jestem Polakiem trochę się zirytował. Mówił, że spotyka samych Polaków, Kanadyjczyków, Niemców, Azjatów lub Francuzów, a on ze Szkocji jest sam. Okazał się bardzo sympatycznym człowiekiem. Również ma w planie objechać dookoła wyspę.
Siedziałem w kuchni jedząc spaghetti. Przez przypadek poznałem tam Polaka – Krzysztofa, który krzątał się robiąc coś do jedzenia. Mieszka od 1,5 roku na Islandii i pracuje jako kucharz. Teraz jest kucharzem amerykańskiej ekspedycji geologów. Rozmowa była bardzo miła. Dużo się dowiedziałem o życiu na wyspie, o cenach, zarobkach, Polakach tutaj żyjących. Zostałem poczęstowany przez niego zupą z jagnięcia – tutejszym specjałem o nazwie kiötcup. Zaprosił mnie na kolację. Była to kolacja, której nie zapomnę nigdy. Po raz pierwszy jadłem między innymi rekina (niespecjalny), salceson z głowy owcy (tutejszy specjał, nawet niezły, ale w niedużych ilościach), suszonego dorsza (ohyda) oraz wędlinę z jagnięcia (może być, z pieczywem mi smakowała). Na drogę dostałem kilka bardzo dobrych batoników.
Obok mnie rozbiła się rodzina z Rosji. Porażka. Brak całkowicie kultury. Zachowywali się jakby nikogo obok nich nie było. Szybko poszedłem spać.

Dzień 10 – piątek (12.07.2019r) Przejechane 112,5 km. Trasa:   Kirkjubajarklaustur, Kalfafell, nocleg za Hof


Mój zegar biologiczny chyba się unormował. Codziennie budzę się ok 7:00 wyspany, gotowy do kolejnego dnia. Tak też było dzisiaj. Pogoda nie była zła. Pochmurno, ale przynajmniej nie padało. Wiatr również nie był zbyt silny. Wiało, ale tutaj zawsze wieje (przynajmniej do tej pory tak było). O 8:15 ruszyłem w trasę. Było 8 stopni ciepła. Powinno po południu być cieplej pomyślałem kiedy patrzyłem na termometr na stacji benzynowej. Rzeczywiście pod wieczór było nawet 11 stopni.
Opuszczając kemping pomachałem Davidowi – Szkotowi, który również się szykował do drogi. Powiedział, że jedzie dzisiaj do oporu i będzie spał gdzie się mu uda. Miałem podobne plany. Do najbliższego kempingu jest ok 90 km, a do kolejnego ponad 200. Jadę dosyć szybko, mimo tego, że wiatr momentami jest dosyć silny. Mijam po lewej widok na lodowiec, a właściwie na jeden z jego języków. Koło południa pogoda się zmienia. Jak to bywa na Islandii. Zaczęło padać. Ubieram kurtkę i spodnie nieprzemakalne. Po chwili przestaje padać. Ściągam wszystko, bo jest mi gorąco. Mija kilkanaście minut i znowu pada. Znowu się ubieram w nieprzemakalny strój. I znowu przestaje padać. Tak się powtarza jeszcze kilka razy. Islandia bada moją cierpliwość.
Docieram do wodospadu Skaryfoss. Widzę go z daleka. Żeby do niego dotrzeć trzeba zostawić rower na parkingu i kilkaset metrów wspiąć się do góry. Dla rowerzysty to ciężki temat stwierdziłem i ruszyłem dalej. W oddali widzę rower oparty o kamień i leżącego obok rowerzystę. Poznaję, to „mój” szkot odpoczywa. Dogonił mnie i minął nawet nie wiem kiedy (przypuszczam, że prawdopodobnie jak zastanawiałem się nad wejściem na wodospad). Nie przeszkadzałem mu i pognałem dalej.
Miałem na liczniku przejechane ponad 100 km, kiedy postanowiłem szukać miejsca na nocleg. Po kilkunastu km skręciłem w drogę szutrową, gdyż przy "jedynce"  nie ma prawie szans na znalezienie noclegu – same ogrodzenia i zakazy rozbijania się namiotem. Znalazłem w małej dolince, tuż obok języka lodowca, miejsce idealne na rozbicie się. Co prawda trochę blisko drogi, po której przejeżdżało co jakiś czas auto w stronę lodowca, ale nie przeszkadzało mi to. Byłem osłonięty od ich widoku.
Miałem mały wypadek. Podczas rozbijania namiotu stanąłem nogą w zarośnięty mchem dół i skręciłem ją. Bolało jak cholera. Zawinąłem stopę opaską elastyczną na noc. Trochę pomogło, ale ból czułem do końca wyprawy (a nawet dłużej – dzisiaj po 4 miesiącach nadal mam problemy).