Tadeusz Wojciechowski

 

Witam na moich stronach.

Dzień 11 – sobota (13.07.2019r). Przejechane 88 km. Trasa: Za Hof, Jökulsarlon, Bjarnanes, nocleg Höfn.


Miałem kiepską noc. Noga bolała i co chwilę się budziłem. Wstałem jednak jak zwykle o 7:00. Dzień za to zapowiadał się wspaniale, przynajmniej rano. Po godzinie z wielką obawą o nogę ruszam w trasę. Zawinięta bandażem elastycznym nawet tak nie dokucza. Po 10 km jestem nad jeziorem Jökulsarlon. To jezioro pełne kry lodowej oderwanej od lodowca. Pierwsze ważenie jest nieciekawe. Cała powierzchnia jeziora zasłonięta gęstą mgłą. Jadę dalej wzdłuż i nagle jakby opadła biała kurtyna i po lewej odkrywa się wspaniały widok. Potężne lodowe kry spoczywające na błękitnej tafli. Co prawda widoczność nie jest zachwycająca, tak ok. 300-400 m, ale to wystarczy, aby podziwiać niesamowite zjawisko. Docieram do rzeki, która wypływa z jeziora niosąc ze sobą olbrzymie bryły lodu do oceanu. Jej nurt jest tak duży, że lód porusza się z dużą prędkością. Zatrzymuję się. Oglądam jezioro – można tam pływać na różnym sprzęcie pływającym, między krami, oczywiście za słoną opłatą. Biznes się tutaj nieźle rozkręcił. Robię trochę zdjęć i filmików. Idę wzdłuż rzeki nad ocean. Spływające bryły lodu spotykają w oceanie na przeciwny prąd i są wyrzucane na brzeg. Cała plaża usiana jest lodowymi głazami. Widok zapiera dech w piersiach. Kry lodowe topiąc się powoli tworzą cudowne kształty. Chodzę między nimi robiąc co chwilę zdjęcia. Poznałem tam parę starszych Kanadyjczyków. Rozmawialiśmy chwilę. Kiedy dowiedzieli się, że jestem z Polski, byli zachwyceni. Ich idolem był i jest nadal Jan Paweł II – nasz papież. Było to miłe, kiedy z takim zachwytem mówili o naszym wielkim Polaku.
Po godzinie jadę dalej. Pogoda mi sprzyja. Nie ma słońca, ale nie jest zimno (12 stopni), a najważniejsze jest to, że wieje delikatnie. Szybko pokonuję 40 km. Dla odpoczynku zatrzymuję się na parkingu, gdzie stoi pomnik jakiegoś profesora, który tutaj się urodził (nie zapisałem jego nazwiska). Z tego co przeczytałem był on członkiem królewskiej rady w Danii. Siedzę na kamieniu, jem batonika kiedy podjeżdża samochód. Dwoje w średnim wieku ludzi wysiada z niego i zagaduje. Po krótkiej rozmowie okazuje się, że On, to Niemiec, a Ona, to Białorusinka z Grodna i mówi dosyć dobrze po Polsku. Było to bardzo miłe spotkanie. Oni jechali do centrum wyspy aby zobaczyć wulkan Askja, a ja jadę wzdłuż wybrzeża.
Moim celem dzisiaj jest Höfn. Zatrzymuję się po kolejnych kilkunastu km na farmie krów i reniferów. Zwiedza się tam bardzo nowoczesną oborę, gdzie krowy mają jak w raju. Takiej obory jeszcze nie widziałem w życiu. Można tam również zjeść obiad, bo jest restauracja. Skorzystałem z okazji, bo byłem już bardzo głodny. Duży hamburger wołowy z pieczonymi w serze ziemniakami, różnymi sosami i sporą porcją sałatki warzywnej. Do tego kawa i woda bez ograniczeń. Za to cena powalająca – 2900 ISK. Zaszalałem. Po godzinie ledwo co jadę, taki jestem pełny. Dawno tyle nie jadłem na obiad.
Droga nadal nie jest ciężka. Kilka niewielkich podjazdów. Jednak po ponad 80 km czuję już lekki ból w nogach. Dojeżdżam do skrzyżowania. Mam dylemat. W prawo jest 3 km Höfn z kempingiem, sklepem, a jadąc dalej jedynką następny kemping mam za jakieś 29 km (tak pokazywała mapa). Decyduję się na Höfn. Na kempingu spotykam Davida – Szkota. Witamy się jak dobrzy znajomi. Trochę rozmawiamy. On ma w planie jeszcze jazdę przez 11 dni. Twierdzi, że zdąży objechać dookoła Islandię. Za 11 dni ma samolot powrotny. Musi wracać do pracy. Według moich obliczeń musi jechać dziennie ponad 100 km, żeby zrealizować swoje plany. Jest zachwycony moimi planami. Żałuje, że ma tak ograniczony czas. Jest, podobnie jak ja, zachwycony Islandią i marzy mu się zobaczyć więcej.
Idę na zakupy do Netto. Jak jechałem to noga mnie tak nie bolała. Spacer do sklepu nadwyrężył ją bardzo. W recepcji kempingu pracował Polak. Dzięki temu zaoszczędziłem 400 ISK, policzył mi cenę jak za seniora (emeryta), dlatego mogłem zaszaleć w Netto i zapłaciłem ponad 2000 ISK. Kupiłem sobie tutejsze, kolejny rodzaj piwa na spróbowanie. Wieczorem po kolacji smakowało wybornie. W kempingowej kuchni podładowałem sobie sprzęt elektroniczny, wysłałem filmik na facebook dla żony. Późnym wieczorem udałem się na spoczynek. Przydarzyło mi się kolejne nieszczęście. Usiadłem w namiocie na okulary. Rozpacz była olbrzymia. Udało mi się naprawić nauszniki, ale niestety złamała mi się śrubka trzymająca szkło w oprawce.
Walczyłem z okularami ponad godzinę. Udało mi się jakoś związać oprawki nitką. Trzyma się. Będę je używał tylko do czytania. Około północy idę spać.

Dzień 12 - kolejna niedziela (14.07.2019r). Przejechane 105 km. Trasa: Höfn, Skutfoss, Stafafell, Hvalnes, Starmyri, nocleg Djupivogur


Śnił mi się dom. Obudziłem się lekko skołowaciały. Sen był taki realistyczny. Gdzie jestem? Kiedy spojrzałem wokół siebie szybko wróciłem do rzeczywistości. Jestem tu gdzie chciałem być. Po ósmej byłem spakowany i gotowy do wyjazdu. Wczoraj David mówił, że dzisiaj będą górki. Zobaczymy. Wyruszam jako jeden z pierwszych na kempingu. Kiedy wychodziłem z kempingu mój Szkot dopiero wychodził z namiotu. Pomachał mi na pożegnanie.
Już po kilku km przyznałem Davidowi rację. Cały czas pod górkę. Mam tunel przed sobą. 1,3 km  długi i też pod górkę. Prędkość zadziwiająca – 6, max 10 km/h. Przynajmniej jest ciepło. Wdrapałem się. Kilka km za tunelem mam przełęcz i z górki, ostro, muszę ciągle hamować. Prędkość średnia to 50 km/h. Jak szybko się zjeżdża, a jak długo trzeba się wspinać – myślałem jadą po kilkunastu minutach już płaską drogą. Widoki są rewelacyjne. Po prawej ocean, po lewej strzeliste zbocza skał. Co jakiś czas niewielki podjazd i też niewielki zjazd. Mijam rowerzystów jadących w przeciwnym kierunku. Jeden z nich wyglądał jakby zaraz miał paść z roweru. Wszyscy pozdrawiamy się serdecznie.
Taka sielanka trwała jakieś 40 km. Potem zaczęły się prawdziwe góry. Ostre od kilkuset metrów do kilku km podjazdy, a potem takie same zjazdy i tak kilka, a może kilkanaście razy. Droga dawała w kość. Do tego zaczęło wiać od oceanu lekko z prawej strony, ale miałem wrażenie, że prosto w twarz. Staję na parkingu aby trochę odpocząć. Spotykam tam dwie Polki z Ukraińcem. Rozmawiamy o podróżowaniu, wyzwaniach, jakie stają przed takimi jak ja. Podziwiają mnie. Takie rozmowy dają człowiekowi jeszcze większego kopa do tego, aby to co robi, robił nadal. Cała trójka siada do swojej Renówki i jedzie w przeciwną stronę niż ja.
Po południu wiatr się wzmógł. Jest coraz gorzej. Na liczniku wybiła stówka. Oznaczało to, że zbliżam się do Djupivogur. Spojrzałem na zegarek. Dopiero 18. Jakby nie pogoda i zaczynający się ból kolan może bym jechał dalej, ale postanowiłem się nie forsować. Skręciłem po kilku km do miejscowości. Rozbiłem namiot, wziąłem prysznic kiedy zobaczyłem mojego Szkota, który razem z wcześniej poznaną Kanadyjką wjeżdżali na kemping. Jak zwykle serdeczności, kilka zdań. Robię sobie kolację, a właściwie obiadokolację. Liofilizaty (sproszkowane dania) są nawet dosyć dobre. Można szybko i nawet treściwie zjeść. Miejscowość Djupivogur jest bardzo mała. Właściwie nie ma co tu oglądać. Mały rybacki port z kawiarenką, kilkanaście domów, ale jest również hotel, do którego należy kemping. Pracownik hotelu przyszedł zebrać opłatę (miał służbowe ubranie). Wieczorem, chociaż nie wiem kiedy tutaj jest wieczór, posiedziałem chwilę ze Szkotem i Kanadyjką. Mało co ich rozumiałem. Z tego co się domyśliłem rozmawiali o francuskiej części Kanady skąd pochodziła dziewczyna. Zrobiliśmy sobie wspólne zdjęcie. Zaczęło padać i mocno wiać i każdy poszedł w swoją stronę. Około północy byłem już w śpiworze.

Dzień 13 – poniedziałek (15.07.2019r.) Przejechane 92 km. Trasa: Djupivogur, droga 939 OXI, Thingmuli, Mjoanes, nocleg Hallormsstadur.

Kiedy wyszedłem ok. 7 z namiotu nie widziałem pobliskich domów. Djupivogur spowiła gęsta mgła. O 7:30 byłem właściwie gotowy do drogi został tylko namiot do spakowania. Nie chciało mi się jeść, jednak coś szybko przekąsiłem, spakowałem sakwy i namiot, i tuż przed 8 ruszyłem w drogę. David też się już szykował. Życzył powodzenia jak wychodziłem z kempingu.
Tuż przed wyjazdem z Djupivogur spadła mi tylna sakwa, a właściwie torba na sakwie i to tak nieszczęśliwie, że urwałem jedno ucho. Pech – pomyślałem i od razu skojarzyłem, że dzisiaj jest 13 dzień mojej wyprawy. Awaria nie była jednak groźna, szybko sobie z nią poradziłem, przepiąłem bukłak z wodą na przednią kierownicę, aby odciążyć torbę, kilka „trytek” i było OK, jadę. Wjechałem ponownie na drogę nr 1. Mgła powoli zanika. Może dlatego, że cały czas się pnę pod górę. Wyłania mi się samochód we mgle. Ktoś rozbił namiot tuż koło drogi. Można i tak. Zjazd w dół i znowu w górę. Tak przez 15 km. Około 10 pogoda się poprawia. Mgła właściwie zniknęła. Akurat dojechałem do zjazdu w drogę 939, tzw. Oxi. Wczorajszego dnia Szkot powiedział mi, że rozmawiał z motocyklistami, którzy tamtędy jechali. Ostrzegali przed ok. 10% podjazdami. No cóż, 10% to nie jest dla mnie nowina. Kiedy jednak skręciłem w szutrową drogę 939, to po kilku km zobaczyłem ostrzegawczy napis o podjazdach 17%. To już jest wyzwanie pomyślałem. No to motocykliści ze Szkotem mnie załatwili, a chciałem jechać cały czas "jedynką" – pomyślałem znowu o 13 dniu.
Droga na razie o niewielkim nachyleniu wije się pod górę. Za zakrętem nagła stromizna, ale to chyba ok. 10% gdyż udaje mi się pod nią wjechać, chociaż ciężar roweru pcha mnie do tyłu niemiłosiernie. Na górze miła niespodzianka. Piękny wodospad pośród gór. Zostawiłem rower na parkingu i poszedłem porobić zdjęcia i filmiki. Kiedy wracałem zobaczyłem Davida jak wspina się drogą na parking. Poradził sobie. Pomachał na przywitanie. Rozmowę zaczął od znaku informującego o nachyleniu jakie nas czeka. Był podobnie jak ja zaskoczony. Dalej jedziemy razem. Jedziemy to trochę stwierdzenie nad wyraz. Po kilkuset metrach za zakrętem wyjawił się nam prawdziwy podjazd. Z mojego gardła wydobyło się tylko „o ku…” Nie wiem czy to było tylko 17%, miałem wrażenie, że więcej. Nie mogłem wepchać roweru z bagażami. Stromo, ślisko na szutrze i do tego duże nierówności sprawiły, że robiłem z wielkim wysiłkiem kilka kroków i musiałem już stawać. Po kilkudziesięciu metrach wspinaczki miałem dosyć. Chciałem już odczepić sakwy, wepchać sam rower, a potem wrócić po bagaże. Szkot miał o wiele lżejszy rower (kolarzówkę) i bagaże. Widziałem go jakieś 100 m przede mną. Okazał się super kompanem. Zostawił swój rower na górze, zszedł i pomógł mi wejść na górę pchając z tyłu . Tam była dalej stromizna, ale już nie taka mocna.
Nasza wspinaczka trwała kilka godzin. Kilkuset metrowy lekki podjazd (nie było płaskiej drogi), a potem znowu kilkadziesiąt, może ponad 100 m ostrego podejścia. Około 13 dotarliśmy na przełęcz. W między czasie kilka razy odpoczywaliśmy, raczyliśmy się super zimną, czystą wodą w potokach górskich, robiliśmy zdjęcia widoków górskich. W końcu ruszamy w dół, taka mała nagroda za trudy. Jest równie stromo, a do tego niebezpiecznie. Szutrowa, śliska droga nie sprzyja rowerzystom. Szkot jedzie bardzo ostrożnie. Oddalam się od niego po kilkunastu minutach o kilkaset metrów. Czuję, że z rowerem jest coś nie tak. Zwalniam. David mnie dogania, pyta co się dzieje. Macham mu ręką, że jest OK. Mija mnie, a ja po chwili już wiem co się stało. Na dziurach w drodze musiałem dobić przednim kołem i mam flaka.
Czyżby 13 dzień sobie o mnie przypomniał? Zabieram się do naprawy. Zakładam ponownie koło, pompuję, zakładam sakwy i znowu pech, źle założyłem oponę, z boku zrobiła się buła. Ponownie ściągam wszystko, spuszczam powietrze i naprawiam. Teraz jest Ok. Straciłem masę czasu, energii na pompowanie i dużo wody, gdyż musiałem kilka razy gasić pragnienie, bo na dodatek wyszło słońce i pociłem się strasznie. Po godzinie jadę. David już jest chyba kilkanaście km przede mną. Teraz jadę powoli i ostrożnie. Została mi tylko jedna dętka w zapasie. Po drodze zatrzymuje się przy strumieniu i uzupełniam zapasy wody. Droga 939 kończy się. Wjeżdżam na 95-tkę. Znowu pech. Akurat jest w remoncie. Kilkanaście km jadę po wysypanych kamieniach podkładowych. Jak były ugniecione przez walec, to jeszcze było ok., ale w większości był to luźny kamień, a to nie jest droga dla rowerów. Miałem wrażenie, że jadę ponownie pod górę, tak grzązłem w sypkim kamieniu, a droga była płaska. Po lewej mam rozlewisko rzeki, piękny widok, ale za to dodatkowa atrakcja. Tysiące małych muszek, które bezlitośnie atakowały. Nie poddaję się. Po kilku km docieram do drogi asfaltowej, można jechać szybciej. Gdzieś po godz. 18 docieram do skrzyżowania. Prosto pojechałbym do Egilsstadir, gdzie jest mój Szkot (przynajmniej tak planował), w lewo wiedzie droga dookoła jeziora Lagartljot. Jeszcze w domu planowałem objechać to najdłuższe na Islandii jezioro. Skręcam w drogę 931, dobrze, że też jest asfaltowa. Tak pożegnałem Davida. Więcej się nie zobaczyliśmy. Szkoda, fajny facet.
Przepiękne widoki. Jezioro rzeczywiście jest olbrzymie, a właściwie długie, bo drugi brzeg widać dobrze, ale co jest po lewej lub prawej to niekoniecznie. Po godzinie jazdy docieram na kemping w miejscowości Hallormsstadur. Zostaję, chcę się wykąpać i dłużej odpocząć po Oxi. Prysznic płatny 500 ISK i do tego trzeba mieć same monety 100 ISK, a ja mam tylko 4 szt. Umyłem się w umywalce, gdzie była za darmo ciepła woda, trochę nachlapałem, ale nie było tutaj wielu turystów. Postanowiłem zrobić pranie. Słońce nie przestało od kilku godzin grzać i jest przyjemna pogoda. W między czasie zjawiło się na kempingu kilka francuskich rodzin z mnóstwem dzieci. Ale jarmark! Robię jedzenie, porządkuje filmiki, zdjęcia zrzucając je do komputera, rozmawiam z żoną i tak ok. 23 kończę dzisiejszy 13 dzień podróży. Pechowy? Nie wiem.

Dzień 14 – wtorek (16.07.2019r.) Przejechane 97 km. Trasa: Hallormsstadur, Egilsstadir, Fellabaer, Hofteigur, nocleg Skjöldólfsstadir

Ranek zapowiadał dobry dzień, chociaż trochę wiało, ale rzadko kiedy nie wieje, więc potraktowałem to jako normalność. Nawet nie ubrałem dresów na nogi. Wyjechałem chyba najpóźniej jak do tej pory. Była 9:30 kiedy mijałem szlaban kempingu. Jadę naokoło jeziora Lagartljot. Na razie w kierunku zachodnim i wiatr wieje mi w plecy. Zaraz za kempingiem strzelił mi tysiąc na liczniku. Połowa za mną – pomyślałem wciskając mocniej pedał, aby pokonać niewielkie wzniesienie. Droga faluje, ale jedzie się dobrze. Po kilku km docieram do końca jeziora i widzę długi most na drugą stronę nad rzeką odpływem jeziora. Skręcam w stronę wodospadu, który chcę zobaczyć. Przejeżdżam most i widzę drogowskaz w kierunku wodospadu, skręcam w lewo. Niestety, kiedy dojeżdżam do celu jestem zaskoczony. Żeby zobaczyć wodospad, trzeba zostawić przy drodze rower i wdrapywać się kilkaset metrów w góry. Wodospadu z drogi nie widać. Patrzę na kilka osób, które wdrapują się  wysoko w górach. Kawał drogi – pomyślałem. Chwila zastanowienia i rezygnuję. Jadę dalej dookoła jeziora. Droga teraz wiedzie pod górę i to stromo. Jak przystało na Islandię pogoda nagle się zmieniła, zaczął padać drobny deszczyk. Do tego zmieniłem kierunek jazdy. Teraz jadę na północny wschód, czyli idealnie pod wiatr. Wyobraźcie sobie: deszczyk, pod górę o kilkustopniowy nachyleniu i pod wiatr, a rower waży ponad 60 kg z bagażem. Żyć nie umierać. Pod szczytem deszczyk zmienia się w deszcz tak, że muszę ubierać kurtkę przeciwdeszczową i spodnie nieprzemakalne. Na szczycie mam mokre plecy z potu. Teraz w dół. Droga znowu faluje. Co chwilę mijam miejscowych kolarzy na szybkich kolarzówkach. Świetna trasa treningowa, pomyślałem kiedy mijałem kolejnego zjeżdżającego z zawrotną prędkością.
Już wczorajszego dnia zaniepokoił mnie dziwny dźwięk w tylnym kole, co chwilę delikatny jakby strzał. Teraz ponownie się pojawił. Coś nie tak z rowerem. Zatrzymałem się sprawdziłem koło. Ma za duży luz, czyli coś w piaście jest nie tak. Nic sam nie zrobię, nawet nie mam narzędzi, żeby rozkręcić piastę. Jadę dalej i nasłuchuję strzelające koło. Widoki na jezioro są wspaniałe. Deszcz przerywa na chwilę, aby po chwili siekać ostro, prosto w twarz. W górę i w dół, i znowu w górę i w dół. Trafiam na remont drogi, o zgrozo. Kilka km po rozsypanym kamyczku. Rower momentami tańczy, szczególnie przy zjeździe. Kilka razy musiałem popchać go pod górkę mimo niewielkiego nachylenia. Cały objazd jeziora to jakieś 80 km, bo miałem na liczniku 45 km kiedy dojechałem do drogi nr 1. Skręciłem w prawo w kierunku miejscowości Egilsstadir. Postanowiłem poszukać serwisu rowerowego. Stukanie trochę mnie niepokoi. W miejscowości spotykam dwoje rowerzystów z Francji. Pytam czy nie widzieli serwisu, niestety nie. Jadę do wypożyczali rowerów, o której mi powiedzieli. Tam dowiaduję się, że tutaj raczej nie ma serwisu rowerowego, kierują mnie do mechanika samochodowego, może mi pomoże. Po drodze spotykam dwóch Polaków tutaj mieszkających. Potwierdzają, że najbliższy serwis to w Akureyi, ale kierują mnie do sklepu rowerowego. Nic, ani w sklepie, ani na warsztacie. Nie uzyskałem pomocy. Wracam na trasę. Zatrzymuję się jeszcze pod Bonusem, robię zakupy. Zjadłem również skromny obiad – kanapkę z szynką, jabłko i jak zwykle jogurt Skyr. Ruszam dalej drogą nr 1.
Kilka km za Egilsstadir znowu zaczęło padać i o dosyć mocno. Na szczęście jadę teraz na północ więc wieje z boku. Czuję, że mam mokro w butach, a od potu paruje mi pod szyją. Po 20 km przestaje tak mocno padać. Teraz to delikatny kapuśniaczek, ale nie przeszkadza, gdyż wiatr wieje z boku i tak też pada. Zatrzymuję się co kilka km żeby zrobić zdjęcia, widoki są piękne.
Mam już blisko ponad 90 km dzisiaj na liczniku. Cała droga nr 1 po obu stronach jest ogrodzona. Nie można zatrzymać się i rozbić na dziko. W oddali widzę wijącą się w górę drogę. Stromy podjazd zbliża się powoli. Dojeżdżam do kempingu w szczerym polu. Domek – z barem i pole kempingowe. Zatrzymuję się kiedy zobaczyłem napis o basenie termalnym. Nie mylę się, za 1500 ISK mam basen z gorącą wodą, kuchnię, toaletę i nawet całkiem fajne pole namiotowe. Rozbijam się i idę na basen. Woda 43 stopnie. Super bo na zewnątrz 10 stopni. Do tego miałem cały basen dla siebie. Czułem się jak w niebie. Dopiero deszczyk, który zaczął ponownie padać wygonił mnie z basenu. Przyjechali następni turyści, teraz oni zajęli basen i nie przeszkadzał im coraz mocniejszy deszcz.
Na kolację risotto z kurczakiem – dobre, dobiłem serkiem Skyr. Idę do baru, żeby trochę przeschnąć i naładować prądem urządzenia. Rozmawiam przez telefon z żoną. Po godzinie wracam. Obok mnie kilka namiotów, znowu Rosjanie. Jak zwykle strasznie głośni. Cały mój namiot z pozawieszanymi lub porozkładanymi mokrymi ciuchami. Robię jeszcze rozliczenie finansów po dwóch tygodniach w trasie. Straciłem ok. 1000 zł w przeliczeniu na nasze. W większości na opłaty kempingowe. Nie jest źle, chociaż jakby można byłoby rozbijać się na dziko, to byłoby taniej. Islandczycy odgrodzili od turystów całą drogę nr 1. Trzeba odjechać od niej sporo, żeby się rozbijać za darmo. Idę spać.

Dzień 15 - środa (17.07.2019r.) Przejechane 108 km. Trasa: Skjöldólfsstadir, droga nr 1, Chaise Blanche, Fjalladyrd, Vidhidalur, droga nr 864, Holssel, nocleg nad rzeką Jökulsá

Całą noc padało. Wstałem dopiero o 8, kiedy krople wody przestały uderzać w namiot. Wyszedłem na zewnątrz. Jest parno, ale nawet ciepło (potem sprawdziłem na liczniku, było 10 stopni). Po śniadaniu pakuję jeszcze mokry namiot i ruszam. Już wczoraj widziałem drogę wijącą się w górę, ale nie wiedziałem, że będzie tak źle. Nachylenie ok. 7% (momentami 9 %) i tak przez 5 km, a potem trochę mniejsze, może z 5% i tak znowu kilka km. Przewyższenie wyniosło 570 m. Na szczycie płasko, przyśpieszam. W oddali widzę mgłę, a właściwie nie widzę nic, bo droga ginie w chmurach. Kiedy docieram do mgły wiatr zrywa się gwałtownie i do tego prawie w twarz. Temperatura spada do 5 stopni. Ręce zaczynają mi kostnieć z zimna. Staję, ubieram kurtkę i ciepłe rękawice, przy okazji odpoczywam. Para wydobywa się z ust przy oddychaniu. Zjadłem na drugie śniadanie jabłko. Jadę. Znowu pod górę, ale nie tak stromo jak poprzednio. Zjeżdżam w dół. Temperatura spada do 4 stopni. Nagle robi się pięknie. Chmury jakby przegonione przez wiatr odkrywają piękne górskie widoki. Jestem na 665 m n.p.m. Zrobiłem już 30 km i to większość pod górę. Teraz przede mną szalony zjazd. Mam na liczniku prawie 60 km/h i to tylko dlatego, że cały czas ostro hamuję. W dolinie wieje coraz mocniej i mimo tego, że droga się spłaszczyła to moja prędkość spadła do 12 km/h. Szalona pogoda – myślałem zmagając się z wiatrem.
Z naprzeciwka jedzie rowerzysta. Zatrzymuje się. Próbujemy rozmawiać. Ma straszny akcent, nie mogę zrozumieć co mówi. To Szwed i jedzie również dookoła wyspy, ale w przeciwnym kierunku. Mówi coś o kempingach i chwali te na północy Islandii. Rozjechaliśmy się życząc sobie powodzenia.
Na liczniku mam 60 km przejechanych w ostrym wietrze. Jest zimno. Temperatura wzrosła co prawdę do jakiś 8 stopni, ale wiatr robi swoje. Znowu co chwilę skręcam głowę w bok, wtedy trochę można odpocząć od ciągłego szumu wiatru w uszach. To już weszło mi w nawyk. Inaczej można byłoby zwariować od tego ciągłego świstu.
Mijam kolejnego rowerzystę. Nie zatrzymuje się tylko macha przyjaźnie. Wyglądał na bardzo zmęczonego. Dojeżdżam do drogi nr 864, którą chcę dojechać do wodospadu Dettifoss. To droga szutrowa. Wiatr na szczęście trochę ucichł. Mijam kemping, ale jest dopiero  godz. 17 więc postanawiam jechać dalej. Droga 864 okazuje się najgorszym co mnie spotkało dzisiejszego dnia. Szutrowa, ale tak wyjeżdżona, że jej powierzchnia to jedna wielka tarka. Strasznie rzuca rowerem, wszystko klekocze, a bagaż co chwilę spada mi z bagażnika. Muszę dodatkowo mocować go Spenderami do sztycy roweru. Prędkość zadziwiająca – 10 km/h i to w porywach. Droga płaska, ale jakbym jechał szybciej to chyba rower by się rozleciał. Za to natura mi sprzyja, robi się ładna pogoda, nawet pokazało się słońce i od razu temperatura wzrosła do 10 stopni.
Po 20 km takiej jazdy mam dosyć. Już w mózgu mi coś lata. Jest już prawie 19, postanawiam znaleźć miejsce na nocleg. Po kilkuset metrach znalazłem. Nad samą rzeką Jökulsa a`Fjöllum, za niewielkim wzniesieniem. Rozbijam namiot, rozkładam na słońcu wszystko co mam mokre od wczoraj. Robię sobie kawę, siadam na brzegu rzeki i podziwiam jej wartki nurt. Potem kolacja spaghetti bolognes i oczywiście, tradycyjnie serek Skyr. Są wyśmienite, zajadam je codziennie i to w różnych smakach i każdy jest smaczny. Wiaterek i słońce zrobiło w między czasie swoje. Prawie wszystkie rzeczy mi wyschły. Jest super, mimo tego, że noga mnie boli, że rower coraz bardziej się psuje, gdyż coraz częściej słyszę tarcia w tylny kole, że wiatr momentami doprowadza mnie do szaleństwa. Tak optymistycznie nastawiony, wsłuchując się w szum rzeki, kładę się spać. Jeszcze lektura do poduszki i zapominam o dzisiejszym dniu.