Tadeusz Wojciechowski

 

Witam na moich stronach.

Dzień 16 – czwartek (18.07.2019r.) Przejechane 104 km. Trasa: Nad rzeką Jökulsárgljúfur, Asbyrgi, Keldunes, Manarbakki, nocleg Húsavík


Miałem kiepską noc. Nie wiem dlaczego, ale co chwilę budziłem się. Dwie godziny drzemki, pobudka i tak kilka razy. W końcu wstałem o 7. Jak zwykle śniadanie, pakowanie i w drogę. Ciąg dalszy tej okropnej drogi. Kierowcy samochodów zrobili sobie wiele objazdów obok drogi tam, gdzie można było wjechać na płaskie tereny, korzystam z tego dobrodziejstwa.
Okazało się, że ten szum jaki słyszałem przez całą noc, który budził mnie kilka razy, to był olbrzymi wodospad Dettifoss. Po 7 km byłem na parkingu i szedłem kilkaset metrów w dół kanionu go obejrzeć. Przepiękny. Potężna ilość wody spadająca do kanionu wzbija w powietrze olbrzymie tumany pyłu wodnego. To jeden z największych wodospadów w Europie. Jak go zobaczyłem, to nie dziwiło mnie, że w nocy tak daleko słyszałem jego wodogrzmoty. Zdjęcia, filmiki i jadę dalej. Na mapie widnieje kolejny wodospad za kilka km. Od tej tarki na drodze już nawet kask spada mi co chwilę na nos. Rower dostaje popalić, a już i tak jest z nim problem. Teraz nie mogłem znaleźć chociaż kawałek równej drogi. Po ponad 2 km docieram do zjazdu na wodospad Hafragilsfoss. Skręcam z tarki, trochę lepiej chociaż na okrasę pojawił się piasek. Wodospad można  oglądać tylko z góry, nie ma zejścia do niego. Jest na rzece szerokiej, płynącej w potężnym kanionie. Na zboczach kanionu widać pozostałości po kraterach wulkanicznych, a momentami widać jakby zastygłą niedawno lawę.  Widoki, które na długo utknęły mi w pamięci.
Jadę dalej. Jeszcze ok 30 km tej okropnej tarki. Droga jest w większości płaska i jakby nie jej nawierzchnia, nie byłoby tak źle. Owszem było kilka podjazdów, ale krótkich i nie takich stromych. Raz musiałem zejść z roweru i popchać go, ale nie z powodu stromizny, tylko zaryłem w grząskiej nawierzchni drogi. W końcu jest asfalt. To droga 85. Zatrzymuję się przy sklepie. Robię skromne zakupy. Obok sklepu jest restauracja. Kusi mnie ryba. Dwa razy podchodziłem, gdyż przerażała mnie cena. W końcu się skusiłem i zamówiłem rybkę z frytkami. 1950 ISK nie poszło na marne, obiad był przepyszny. Nie wiem co to za ryba, ale takiej jeszcze nie jadłem.
Postanowiłem objechać półwysep Töjrnes. Dobrze, że jest asfalt. Docieram po kilkudziesięciu km do oceanu na północnej stronie wyspy. Widoki są niesamowite, ale droga zaczyna mi dawać popalić. Strome podjazdy i strome zjazdy, takie, że muszę ciągle hamować i tak mam prędkość powyżej 50 km/h. Tak dojechałem do Husavik. Mam na liczniku 104 km z czego ok 50 po strasznej tarce. Czuję już zmęczenie i lekki ból w kolanach. Zostaję na tutejszym kempingu. Po rozbiciu namiotu idę na miasto szukać serwisu rowerowego, gdyż rower zaczyna mnie już bardzo niepokoić. Nie znalazłem. Za to zwiedziłem miejscowość, która jest typowym rybackim miasteczkiem. Z niego można wyruszyć w rejs na wieloryby. Cena tylko 11 000 ISK. Nie na moją kieszeń. Wstąpiłem do Netto i zaszalałem po raz drugi dzisiejszego dnia. Kupiłem sobie 6 jaj za 450 ISK. Będzie dzisiaj jajecznica na kolację. Po powrocie robię sobie ją z 5 jaj, a szóste gotuję na kanapki na rano. Kolacja pychota. Siedzę w kempingowej kuchni, ładuję mój elektroniczny sprzęt, popijam angielską herbatkę i piszę. Rozmawiałem również z żoną. Na zewnątrz jest okropnie zimo. Według termometru w liczniku tylko 6 stopni. Zapowiada się nieciekawa noc. Mam cały czas skostniałe ręce, chociaż z reguły nigdy mi nie marzną. Ubieram puchową kurtkę, wskakuję w puchowy śpiwór i idę spać. Słyszę jak o namiot odbijają się krople deszczu. Kurczę - mój ręcznik – krzyczę do siebie, było za późno. W namiocie nie wyschnie przez noc. Będę musiał go suszyć podczas jazdy. Jutro tylko 60 km. Z takimi optymistycznymi myślami zasypiam.

Dzień 17 – piątek (19.07.2019r) Przejechane 77,5 km. Trasa: Húsavík, Brekka, Hverir, Grjótagjá cave, nocleg Reykjahlíd

Budzę się o 2 w nocy – pada, o 4 – pada, o 7 – pada. Dopiero po 8 przestało. Nie ma na co czekać, lepiej nie będzie. Jem szybkie śniadanie, zwijam mokry namiot i ruszam. Jadę drogą nr 85. Za Husavik kilometrowy podjazd, ale dalej w miarę płasko. Jedzie się dobrze, tym bardziej, że nie pada. Po 9 km skręcam na drogę nr 87 w kierunku jeziora Myvatn mojego dzisiejszego celu. Przez pierwsze 10 km droga 87 mnie rozpieszczała. Płaska jak stół tak, że na liczniku miałem zawsze ponad 20 km/h. Ale to były tylko 10 km. Potem się zaczęło. Kilkaset metrów z górki –prędkość 50 km/h, a potem pod górę nachylenie 9-11%. Momentami musiałem pchać rower bo nie dawałem rady. Tak przez ponad 20 km. Czułem jak ze mnie paruje pot chociaż było tylko 11 stopni C. Kilka, a może kilkanaście km przed miejscowością Reykjahlid, pierwszej nad jeziorem Myvatn, zaczął padać deszcz. Jeszcze tego brakowało, pomyślałem pchając rower pod górę o nachyleniu 10%. Deszcz stał się bardzo intensywny. Za nim ubrałem nieprzemakalne rzeczy na górę, już byłem mokry. Po kilku km drogi, która o dziwo stała się prawie płaska, miałem już zapełnione buty wodą. Te spodnie nieprzemakalne są bez sensu. Spływa z nich woda i kiedy noga z pedałem idzie do góry, to strużki wody dostają się do buta. I co z tego, że mam buty teoretycznie nieprzemakalne?
Widzę miejscowość Reykjahild. Na jej początku jest kemping. Szybka decyzja – zostaję ze względu na deszcz, który leje niemiłosiernie. Na recepcji nie ma nikogo, na polu tylko ze dwa namioty. Rozbijam się szybko. Mogę teraz zmienić mokre do majtek rzeczy. Jak przyjemnie, sucho, ciepło. Idę na rekonesans. Znalazłem w WC ciepły grzejnik. Zaniosłem wszystkie mokre ciuchy i buty, porozwieszałem gdzie się dało. Dobrze, że kemping jest jeszcze pusty. Jest dopiero 14. Wracając zobaczyłem otwartą recepcję. Ładna cena – 2000 ISK. Pracowała tam Polka. Powiedziała co mogę szybko zwiedzić nad jeziorem. Na podstawie mapki zrobiłem sobie marszrutę na popołudnie, oby tylko przestało padać. Skorzystałem również z miejscowego serwisanta rowerowego w sprawie coraz bardziej przerażającego trzaskania w tylnym kole. Nie pomógł mi. Miałem wrażenie, że nie chce. Około 16 przestało padać. Siadam na rower i bez bagażu (znowu musiałem się uczyć jeździć – kierownica, latały mi jak początkowemu rowerzyście) jadę na pole geotermalne – 10 km od jeziora. Po drodze widzę wypożyczalnię rowerów – serwis rowerowy. Nie ma nikogo. Pisze karteczka, że w sprawach wypożyczenia rowerów lub organizacji wycieczki dzwonić do Elizabeth. A już myślałem, że ktoś mi pomoże. Robię w sklepie drobne zakupy i jadę na pole geotermalne. Piękny podjazd. 3 km nachylenie 10% - tak brzmiał drogowskaz. Nawet bez bagaży jest ciężko. Doganiam grupę młodzieży na wycieczce rowerowej, która pcha pod górę rowery. Oni idą, a ja jadę, nie jest źle z moją kondycją – pomyślałem. Kilka serpentynowatych zakrętów i jestem na szczycie. Widać mój cel. Kilkaset metrów w dół i skręcam na pole geotermalne pod nazwą Hverir. Niesamowity – księżycowy pejzaż. Dymiące, bulgoczące oleistą mazią gejzery. Ziemia w kolorze czerwieni. Chodzę między parującą ziemią robię filmiki, zdjęcia, wdycham zapach siarki pomieszany ze śmierdzącymi jajkami. Najgorsze jest błoto, które w kolorze czerwonym strasznie czepia się butów. To efekt niedawnego deszczu. Po pół godzinie jadę z powrotem nad jezioro. Na szczycie mijam grupkę młodzieży, która właśnie siada na rowery, żeby zjechać na pole geotermalne. Na szczycie zatrzymuję się na chwilę aby podziwiać z wysokości piękno jeziora wraz z licznymi wzgórzami wulkanicznymi.
Na powrót mam jeszcze czas. Jadę ok 5 km zobaczyć jaskinię z gorącą wodą. Przed wejściem spora grupka oczekujących. Chwila na odpoczynek. Grotagja cave – tak się nazywa to miejsce – powstało w wyniku ruchów tektonicznych. Szczelina jaka powstała wypełniła się wodą, a pochodziła ona z licznie występujących tutaj gejzerów. Wchodzę wąskim wejściem. Nie jest to wielka grota. Woda rzeczywiście ciepła, że można się bez problemu kąpać. Kilka osób siedzi na kamieniach i trzyma w wodzie nogi. Znaki w grocie wyraźnie zabraniają całej kąpieli. Trochę zdjęć, filmik i wychodzę wąską szczeliną. Idę jeszcze na wzgórze widokowe, gdzie widać wyraźnie jak przebiegało pęknięcie skorupy ziemskiej. Powstał długi kanion. Ogrodzenie skutecznie zakazuje dalszą penetrację terenu. Teraz wracam na kemping. Po drodze sprawdziłem jeszcze raz serwis rowerowy – kartka nadal wisi, a drzwi są zamknięte. Mam dużo czasu, postanowiłem ugotować sobie kolację. Makaron, z fiksem pieczarkowym i parówkami. Mój pierwszy ciepły posiłek tego dnia. Tak się najadłem, że aż pobolewał mnie brzuch. Sprawdziłem stan mojego schnącego ubrania i butów. Byłem zadowolony. Kurtka, bluza, spodnie i buty były suchutkie. Zaniosłem jeszcze do suszenia rękawiczki i drugie buty. W międzyczasie przybyło gości na kempingu i WC zapełniło się mokrymi ubraniami do suszenia, a w kuchni nie było wolnego miejsca do siedzenia. Udało mi się porozmawiać z domem przez WhatsAppa, mam tutaj darmowe WiFi. Jakby nie pogoda byłoby super. Ręce mi strasznie zmarzły kiedy trzymałem komórkę. Idę do namiotu, wchodzę do śpiwora, żeby się ogrzać. Robię plan na jutro. Muszę zrobić większe zakupy bo pojutrze niedziela i większość sklepów jest zamknięta. To był dzień wielu wrażeń. Islandia po raz kolejny zauroczyła mnie.

Dzień 18 (sobota – 20.07.2019r.) Przejechane 99 km. Trasa: Reykjahlíd, Skútustadagígar, Skutustadir , Brun, Laugar, Bingeyjarsveit, Fossholl, Vadlaborgir, nocleg Akureyri.

Wstaję bardzo niechętnie. Jest już ósma, a mi się nie chce wychodzić z ciepłego śpiwora. Słyszę narastający ruch na kempingu. Co chwilę kolejne auto wyjeżdża. Wstaję. Moje pierwsze kroki robię do kuchni, gdzie są gniazdka prądowe. Nauczyłem się i stosuję skutecznie tą zasadę, że najlepiej podłączyć do ładownia Power Bank, a potem toaleta. Zawsze rano znajdę wolne gniazdko. Wieczorem żeby to zrobić, trzeba mieć szczęście. Od wstania do wyjazdu zawsze mija co najmniej półtora godziny, a to dużo prądu. Jak zwykle udało się. Podłączyłem Power Bank i idę do łazienki. Jak zwykle śniadanie, pakowanie i jadę. Moja trasa wiedzie dookoła jeziora. Na początek jadę droga nr 1 na wschód – wracam, ale po 2 km skręcam w drogę nr 848. Dobrze, że jest w większości asfaltowa (były niewielkie fragmenty szutrowe). Po lewej mijam nieczynny wulkan Hverfjall. Można go zwiedzać. Musiałbym zostawi rower na parkingu, a potem dwu godzinny spacer ścieżką na szczyt. Szkoda mi czasu, jadę dalej. Docieram do drogi, która prowadzi do parku natury Dimmuborgir. Jadę tam. Po dwóch km docieram na parking. Park jest niesamowity. To utworzone przez zastygłą lawę nieprawdopodobne formacje skalne, porośnięte ubogą roślinnością. Islandczycy zrobili między skałami ścieżki, a natura formatując lawę sama je ponazywała – ucho, kościół, grota, okrąg, itp. (taki wygląd przypominały). Sprawiło to z tego miejsca wielką atrakcję turystyczną. Spacerowałem ścieżkami ponad godzinę kiedy zorientowałem się, że wszyscy odwiedzający mają na szyi wiszący jakby bilet wejścia do parku. Wszyscy, oprócz mnie. Zorientowałem się, że wszedłem tutaj na dziko. Szybkim krokiem wyszedłem. Rzeczywiście, na parkingu był napis ze strzałką do kasy. Byłem tak zachwycony widokami, że nie zauważyłem go, a przy wejściu nie było nikogo kto by sprawdzał zakupiony bilet. Na Islandii liczą na uczciwość. No cóż po raz kolejny zawiodłem Islandczyków, ale dzisiaj nieświadomie. Jadę dalej dookoła jeziora drogą nr 848. Nie jest ciężka, lekko pofalowana, ale dla rowerzystów nawet z ciężkim bagażem nie stanowi problemu. Widoki są nieprawdopodobne. Co chwilę zatrzymuję się, żeby zrobić zdjęcie. Mijam szereg wysepek na jeziorze z tysiącami ptaków pływających i latających, które mają tam legowiska. Mijam niesamowicie uformowany brzeg jeziora przez spływającą dawno temu lawę, która zastygając wyrzeźbiła cudownie twory skalne wystające z wody lub stanowiące brzeg jeziora. Mijam liczne tereny turystyczne oferujące turystom zwiedzanie łodzią wytworów natury. W końcu docieram do miejscowości Skutustadir, gdzie mam możliwość wejścia na stare, nieczynne kratery wulkanów. Na szczęście tutaj się nie płaci. Za to niewątpliwą atrakcją są miliony malutkich muszek, które atakują niemiłosiernie turystów. Bardzo wielu chodzi z moskitierami na głowie. Też mam taką, ale dałem radę bez niej. Wystarczyło mieć zamknięte usta, żeby ich nie zjadać, a z resztą otworów na głowie jakoś poszło. Szybko zwiedzam wulkany i jadę dalej. Na górę wiatrów, która majaczy po lewej stronie drogi nie wchodzę. Już późno, a ja mam jeszcze kawał drogi. Po pół godzinie docieram ponownie do drogi nr 1. Kończę pętlę wokół jeziora.
Już z daleka widzę co mnie czeka. Jedynka wije się serpentynami i znika gdzieś wysoko prawie w chmurach. Dobrze, że tak mocno nie wieje i nie pada pomyślałem podjeżdżając pod 8 % nachylenie drogi. I wykrakałem. Po pół godzinie wspinaczki pogoda diametralnie się zmieniła. Zaczęło wiać i jak zwykle prosto w twarz. Moja prędkość osiąga max 5-6 km/h. Sapię ciężko mocno naciskając pedały, aby pokonać kolejne metry. Temperatura tylko 11 stopni C, a ja czuję jak pot spływa mi po plecach. Znowu jadę z przekręconą głową. Pomaga na świszczący wiatr w uszach. Co jakiś czas wyprzedza mnie samochód, a kierowca musi redukować bieg, aby wdrapać się na szczyt przełęczy. Przypomniał mi się David – Szkot, który podczas takiego wiatru często kładł się za jakimiś kamieniami, we wgłębieniach, albo pośród łubinu i tak odpoczywał od wiatru. Dobra metoda. Próbowałem chyba ze dwa razy i nawet skuteczna.
Nie wiem jak długo drapałem się na szczyt. Kiedy tylko poczułem lżej w nogach przycisnąłem mocniej na pedała. Na szczycie przez kilka km było płasko. Mijam po prawej ładne, duże jezioro. Mam teraz 16 km/h. Lekki zjazd, a tu nic, muszę dalej pedałować. Wiatr skutecznie mnie hamuje. W Polsce nie miałem nigdy takiej sytuacji żebym musiał z górki pedałować, aby się poruszać do przodu. Ten okropny wiatr w uszach. Nawet czapka nie pomaga. Można wpaść w depresję, muszę odpocząć – szepczę do siebie. Docieram do małej miejscowości Laugar. Jest sklep i restauracja. W restauracji stoły wyglądały jakby miała tutaj być za chwilę jakaś impreza. Skorzystałem tylko z toalety i poszedłem do sklepu. Na drugie śniadanie (a właściwie obiad) banan, serek i mój ulubiony, pomarańczowy napój. Znalazłem obok sklepu wnękę, gdzie nie wiało i byłoby super jakby nie kilka flag, które robiły trzepotaniem okropny hałas. Odpocząłem godzinkę i jadę. Czuję już lekki ból w udach. Wysiłek daje o sobie znać. Mam teraz płasko. Jakby nie wiatr jechało by się super. Po kilku km widok znowu mnie załamał. Kolejna potężna góra przede mną. Teraz jadę, pcham, jadę, pcham i tak kilka km. Ze dwa razy zatrzymywałem się i odpoczywałem. Mam szczyt. Kilkaset metrów i szalony zjazd. Teraz nawet wiatr nie mógł mnie powstrzymać. Prędkość ponad 50 km/h. Super, ale tylne koło daje niesamowity koncert. Momentami miałem wrażenie, że zaraz wyląduję na asfalcie, bo ono się rozleci w drobiazgi. Ostro hamuję na zakrętach i tak czuję jakbym miał wylecieć z drogi. Za szybko - pomyślałem i naciskam na hamulce. Trochę drogi płaskiej, a po kilkuset metrach znowu ostry, długi zjazd. Mijam rowerzystę, który jedzie pod górę. Chciałem krzyknąć – za 5 km będziesz miał z góry, ale miałem za dużą prędkość, a poza tym i tak przez wiatr nie usłyszałby mnie. Pomachałem tylko do niego. Zjazd był aż do wodospadu Godafoss, czyli ok. 10 km. „Goda” oznacza w języku islandzkim „złoty”. Rzeczywiście patrząc na setki ton spadającej wody rzuca się w oczy jej żółtawy kolor. Zostawiłem rower na parkingu przy restauracji i ruszyłem nad sam brzeg wodospadu. Ok. 200 m dalej były tarasy widokowe. Ludzi było mrowie, ledwo co mogłem przepchać się, aby zrobić porządne zdjęcie i film. Dominowali skośnoocy. Byli młodzi, ale i starsi, na wózkach inwalidzkich, z laskami lub kulami. Byłem zdziwiony tym, że mimo swojej niepełnosprawności lecieli na drugi koniec świata, aby podziwiać cuda natury. „Złota” woda spadała kilkanaście metrów w kanion, aby wartkim nurtem przepłynąć 30 m i znowu licznymi kaskadami spadać w dół nabierając prędkości. Po kolejnych kilkudziesięciu metrach ginęła w kanionie, który skręcał między skały. Widok, który zapamiętam na długo. Wróciłem do roweru. W sklepie kupiłem sobie kanapki z szynką, serem i sałatą. O zgrozo, prawie 700 koron za dwie niewielkie kanapki. Cóż, jak się jest głodny, bez obiadu od 8 rano, a była 16, to nie patrzy się na cenę. Mimo skromnego posiłku czułem się syty. Jadę, mam jeszcze trochę aby dotrzeć do Akureyri, celu dzisiejszego dnia. Droga nie jest zła. Jadę wzdłuż kolejnego jeziora. Ładne widoki. Docieram do tunelu skracającego dojazd do miasta. Niestety nie dla rowerzystów. Ja muszę pokonać kolejną górę. Dokładnie 8 km i 600 m wdrapuję się na górę o nachyleniu ok. 8%. I znowu szalony zjazd kilkukilometrowy, aż nad samą zatokę, gdzie leży miasto, mój cel. Teraz jadę wzdłuż zatoki. Ścigam się ze statkiem, który płynie do Akureyri. Na początku daję radę, ale kiedy pojawiły się ponownie górki, tuż przed miastem, wyprzedza mnie. Za to pojawił się olbrzymi statek pasażerki wypływający z portu. Wspaniałe widoki. Po 12 km jazdy wzdłuż zatoki docieram do miasta. Szukam kempingu. Podobno jest w centrum. Włączam google maps i jadę. Docieram do centrum, jest drogowskaz z kempingiem. Ostra góra przede mną. Pcham z ledwością rower przez jakieś 200 m. Na górze pytam dwoje młodych osoby o kemping. Mówią o kilkuset metrach. Przy okazji podziwiali mój wyczyn. Byli bardzo mili. Jadę teraz. Mija 1 km, mam już prawie dwa km. Coś nie tak. Pytam kobietę. Każe mi wrócić. W końcu widzę go. Ukryty za hotelem. Ubogi. Nawet nie ma prysznicu. Na recepcji podpowiadają mi, że można wykąpać się za darmo na basenie, który jest po drugiej stronie ulicy. Ale zaraz po rozbiciu namiotu muszę zrobić zakupy. Jutro niedziela. Tuż za płotem kempingu jest sklep. Idę, ale ceny mnie przerażają. Szukam Bonusa. Jest wskazany na google maps. Idę 2 km od kempingu. Niestety zamknięty. Był czynny do 18:30, a była już 20. Prawie biegnę do Netto, które widziałem na mapie. Po pół godzinie jest. Na szczęście czynne do 21. Mam jeszcze 15 minut. Robię spore zakupy – na trzy dni. Wracam obładowany na kemping. Idę na basen, marzy mi się ciepła kąpiel. Wstęp 500 ISK, ale wchodzę do szatni nie płacąc. Można się kąpać, są ogólnodostępne prysznice. Wokoło chodzi pełno golasów. Islandczycy w ogóle się nie krępują. Mali, duzi, młodzi, starsi, całkowicie nadzy. Muszę wtopić się w tłum. Rozbieram się podobnie jak oni i idę pod prysznic. Jest pachnący płyn, gorąca woda. Super!!!. Po kilkunastu minutach wracam czyściutki na kemping. Na kolację 3 hot dogi własnej roboty i sałatka warzywna. Do tego tutejsze piwko. Paluszki lizać. Zrobiłem lekką przepierkę w toalecie i spanie. Byłem padnięty. Nogi miałem jak z waty. Jutro dzień odpoczynku.

Dzień 19 (niedziela – 21.07.2019r.) Dzień wolny od jazdy – zwiedzanie Akureyri


Jest niedziela. Fajnie jest budzić się z myślą, że czas i droga mnie nie goni. Wstałem dopiero po dziewiątej. Powolna toaleta, powolne śniadanie, wręcz leniwie szykuję się do wyjścia na miasto. Akureyri to drugie pod względem wielkości miasto na Islandii. To stolica północy wyspy. Wychodzę na zwiedzanie dopiero o 11. Kemping leży u góry miasta, idę więc w dół. W połowie drogi mijam wizytówkę miasta – luterański kościół. Właśnie zaczyna się msza. Z ciekawości idę. Jest odźwierny, który pilnuje, aby nikt nie zakłócał przebiegu nabożeństwa. Spędziłem tam ok. pół godziny. Zauroczył mnie śpiew. Nie rozumiałem nic, ale pieśni były wykonane po mistrzowsku. Jedna kobieta grała na fortepianie (prawdziwym, nie elektrycznym), a kolejna przepiękny głosem, solo lub w duecie z grającą wykonywały cudowne religijne pieśni. Zobaczyłem przy okazji jak wygląda chrzest w kościele luterańskim. Nie doczekałem do końca nabożeństwa. Schodzę kilkudziesięcioma schodami w dół do centrum. Jestem na głównej ulicy miasta. Czynne są tylko sklepy pamiątkowe, księgarnie i bary lub restauracje. Zabudowa podobna jak w Reykjaviku, niskie budynki, kolorowe, czasami obite blachą. Ulica nie jest długa. Rzuca mi się w oczy wiele symboli Islandii – różnorodne Trolle, w które podobno nadal tu wierzą, Maskonury, ptaki które tutaj zlatują się tysiącami, rozmnażają się i w większości zamieszkują. Są one eksponowane na ulicach, witrynach sklepów, malowidłach na murach domów. Zwiedzam niewielki port, właśnie wyrusza wyprawa na obserwację wielorybów. Na googla maps znajduję adres serwisu rowerowego, który jest wpisany w przewodniku dla cyklistów. Idę tam. Po pół godzinie jestem na wskazanej ulicy, ale niestety serwisu już nie ma. Pod tym adresem jest sklep zoologiczny. Trochę kiepsko. Rower sprawia mi dużo kłopotów. Boję się, żeby nie rozleciało się tylne koło. Odgłosy jakie wydaje piasta są coraz gorsze, jakby trzeć metalem o metal z dużą siłą, a luz w kole jakby był coraz większy. Znajduję galerię handlową. Wewnątrz czynny sklep Netto. Robię mini zakupy, kilka batoników i owoców na obiad. Jest tam też sklep sportowy z rowerami. Postanawiam jutro, jak będzie otwarty, tutaj przyjechać.
Wracam do centrum. Chcę zwiedzić jeszcze ogród botaniczny. Podobno to jedna z większych atrakcji tego miasta. Wdrapuję się ponownie schodami pod kościół, gdzie byłem kilka godzin temu na mszy. Tam widziałem znak kierujący do ogrodu. Docieram. Ogród botaniczny jest założony w 1912 r. Nazywa się Lystigardurinn (trudna nazwa. Zapisałem sobie w notesie.) Rzeczywiście bardzo ładny. Typowe islandzka roślinność, którą widziałem już kilkakrotnie w czasie mojej wędrówki, ale są również liczne rośliny z różnych zakątków świata. Ogród to również miejsce dla licznie odpoczywających go rodzin. Spotkałem również polskie rodziny.
Wracam na kemping. Jest już 17 i bolą mnie nogi. Muzeów, które tutaj są nie będę zwiedzał. Po pierwsze, nie znam języka, a po drugie nawet jakby były napisy po angielsku, to i tak nie znam go na tle dobrze, żeby wiedzieć dokładnie co tam pisze.
Na kempingu gotuję sobie obiad. Zupkę chińską i hot dogi z parówkami ( 3 szt.). Pychota. Piwko, serek skyr i jestem szczęśliwy. Mam telefon z domu. U nas była ulewa i zalało nam ogródek. Najbardziej zniszczyło kwiaty. Szkoda – były bardzo ładne. Zrobiłem pranie korzystając z ładnej pogody, chociaż nie było słońca. Do późnych godzin odpoczywam przy namiocie czytając lub pisząc. Nogi mnie bolą od chodzenia, ale na pewno odpoczęły od roweru. Leniwy, ale potrzebny dzień.

Dzień 20 (Poniedziałek - 22.07.2019r.) Przejechane 97 km. Trasa: Akureyri, Bakki, Akrahreppur, nocleg Varmahild


Całą noc padało. Nie chciało mi się wstawać. Zmusiłem się po 8, a i tak byłem jednym z pierwszych na kempingu. O 9 spakowałem mokry namiot i ruszam. Wstępuję do galerii handlowej, gdzie widziałem sklep rowerowy. Teraz widzę napis – czynny od 11. Kurczę – dopiero 9:45. Oglądam sklep przez witrynę, nie widać nic co wskazywałoby na serwis rowerowy. Zwykły sklep sportowy, ze wszystkimi możliwymi akcesoriami do uprawiania sportu. Postanawiam jechać dalej.
Droga nr 1 jest na razie ok. Szybko mijają kilometry. Muszę się ubrać, temperatura spadła do 8 stopni. Po 40 km dopiero mam spory podjazd. Z prędkości 20 km/h jakie miałem przez ponad dwie godziny, teraz mam 5 km/ h. Ale jadę. Z 40 m n.p.m. wjeżdżam na 546 m. I szalony zjazd. 5, 10, 15, … km w dół. Mijam grupkę rowerzystów jadących w przeciwnym kierunku. Ojciec z dwójką dzieci na przodzie, a za nimi jakieś 300 m matka. Machamy sobie przyjaźnie. Pocieszam ich, że zaraz będzie z górki. Słyszę - Thanks. Jadę pięknym wąwozem, wzdłuż rzeki, która tworzy w dolinie jakby warkocz. Co jakiś czas z prawej lub lewej strony z gór spływają strumienie tworząc małe wodospady, kaskady. Droga w dół lub płaska, piękne widoki, cóż trzeba więcej. Mam już ponad 90 km przejechane, a dopiero 16:30. Za 5 km jest kemping, a następny za jakieś 40. Szybka decyzja – zostaję na tym pierwszym, trzymam się planu wyprawy. Pod samym kempingiem spory 900 m podjazd, ale daję radę.
Jestem w Varmahild. Mam dużo czasu. Korzystam z restauracji, jem hamburgera z frytkami i pepsi. Odpoczywam i planuję dalszą wyprawę. Coraz bardziej mam ochotę na statek przez zatokę. Tylko 6000 ISK, tak piszą na stronie internetowej. Zobaczymy jak będę bliżej. Coraz bardziej boję się o rower, czy da radę, chociaż moje nogi też już odczuwają trudy islandzkiej wyprawy. Najgorsze są długie podjazdy, a nie przypominam sobie dnia, żeby ich nie było. Nie zdawałem sobie też sprawy co z człowiekiem robi wiatr. To chyba nazywa się depresją, bo kiedy wydaje się, że przyzwyczaiłeś się do ciągłego świstania w uszach, kiedy powinno stać się to normą, to nagle zmienia się pogoda, cieszysz się słońcem, ciszą w uszach przez chwilę, rozbierasz się bo ci gorąco, mija godzina, a w głowie ponownie szum wiatru, trzeba się ubierać, pojawia się rozczarowanie, rozpacz tak, że nie chce się pedałować. I tak kilka razy dzienne, prawie codziennie.
Na późną kolację parówki na ciepło i idę spać.