Tadeusz Wojciechowski

 

Witam na moich stronach.

Dzień 21 (wtorek – 23.07.2019r) Przejechane 121 km. Trasa: Varmahild, Blönddos, Húnavatnshreppur, nocleg Laugarbakki.

Kemping jeszcze spał, kiedy wyszedłem z namiotu. Była prawie 8. Ziemia parowała od wilgoci. W nocy dosyć mocno padało. Po 9 ruszam. Namiot znowu nie zdążył wyschnąć. Na początek 6 km podjazd. Niewielkie nachylenie, ale dało popalić. Byłem rozgrzany tak, że czułem jak paruje mi pot. Na dodatek temperatura nagle z 11, jaka była gdy ruszałem, spadła do 6 na przełęczy, którą właśnie pokonywałem. Ubrałem ciepłe rękawice i cieplejszą kurtkę. Teraz droga raz płaska, a momentami lekko w dół. Rower mnie przeraża. Odgłosy wydaje wręcz błagające - pomóż mi. Żąda pomocy, a ja nie wiem jak. Najgorzej jest podczas zjazdów na wolnych obrotach. Zatrzymuję się co jakiś czas i sprawdzam koło. Można już go odchylić ponad pół centymetra w jedną i drugą stronę. Martwię się. Nie raz zastanawiałem się co się stanie, gdy nagle koło się zablokuje, albo coś tam pęknie i się rozleci. Strach w oczach, bo momentami miałem 40-50 km/h.
Zatrzymuję się na stacji benzynowej w Blönddos żeby coś zjeść. Kupiłem kanapkę i napój – drogo 1150 ISK. Siedzę w ciepłej restauracyjce i zastanawiam się co dalej z moją wyprawą. Fiordy zachodnie nie mają dobrze rozwiniętej sieci dróg. Dominują drogi szutrowe. Komunikacja też nie jest za dobra i oczywiście mniej turystów, mniej pomocy. Co się stanie jeżeli rower mi odmówi posłuszeństwa? Dzwonię do żony. Rozmawiam na ten temat. Jak się spodziewałem, decyzję muszę podjąć sam. Jadę i obserwuję rower. Mijam kemping, jadę dalej. Mam już ponad 100 km dzisiaj. Zaczęło wiać, że aż rzuca rowerem. Dobrze, że wieje trochę z boku. Momentami mam wrażenie, że jadę nienaturalnie nachylony na prawą stronę, żeby utrzymać równowagę. Mam na liczniku 119 km kiedy widzę zjazd na kemping – 2 km. Mam dosyć na dzisiaj, skręcam. Jadę pod wiatr. Coś okropnego. Docieram na miejsce. Kemping zupełnie odsłonięty. Są dwie rodziny. Siedzą w basenie termalnym. Z trudem rozbijam namiot. Wiatr szaleje. Kemping na uboczu, ale jest wszystko co trzeba. Ciepły prysznic, dobrze wyposażona kuchnia i nie ma jeszcze tłoku. Kąpiel i gotuję sobie kolację - makaron z sosem grzybowym. Dojrzewam do decyzji. Rezygnuję z fiordów zachodnich, jadę prosto do Reykjaviku. Mam ok. 260 km do celu, a samolot do Wrocławia wylatuje w piątek, za trzy dni. Spokojnie dojadę. W namiocie sprawdzam wolne miejsca. Są jeszcze. Przebookowuję bilet (154zł) – udało się. Dzwonię do domu z informacją, że wracam 5 dni wcześniej. Żona się ucieszyła, przynajmniej takie miałem wrażenie. Załatwiłem również transport z lotniska do domu. Jedynym problemem jest rower. Mam nadzieję, że wytrzyma jeszcze trzy dni.
Na kolację nieśmiertelne parówki. Trochę czytałem, ale targający namiotem wiatr nie dawał luksusowych warunków relaksu. Idę spać. To był trudny dzień. Podjąłem trudną decyzję powrotu. To nie było po moich myślach. Co prawda objadę dookoła Islandię, ale chciałem zobaczyć również fiordy zachodnie. Tak też w życiu bywa.

Dzień 22 (środa – 24.07.2019r.) Przejechane 115 km. Trasa: Laugarbakki, Stadur, Glanni, nocleg Borgarnes .


Trzepało namiotem niemiłosiernie. Kilka razy mnie obudziło. Musiałem być naprawdę zmęczony, że usnąłem. Kiedy rano wstawałem pierwsze co to sprawdziłem to stan namiotu. Wytrzymał nocną nawałnicę. Jem śniadanie w pustej kuchni. Na kempingu tłumów nie ma. Kilka namiotów rozsianych po całym polu. Po dziewiątej zbieram się do drogi. Wiatr nie ustaje. Zwijając namiot muszę go przywiązać do śledzi, bo porwałby mi go przy składaniu. Szkoda, że nie zrobiłem filmiku jak musiałem walczyć z wiatrem i namiotem.
Wieje w tył lub z boku. Całe szczęście bo nie wiem jakbym jechał. Prędkość za to mam super. Pierwsze kilkanaście płaskiej drogi pokonuję z prędkością powyżej 20 km/h. Z daleka widzę podjazd. Zbliżam się do znaku informacyjnego. To jest fajne na Islandii. Szczyt na 407 m n.p.m. (zerkam na licznik jestem na 42 m), długość drogi 17km. Nieźle – pomyślałem. Nie napisali jakie nachylenie, a czasami i takie informacje można na znakach odczytać. Teraz to jest dobre, bo oznacza, że jest różna. Wszystko się sprawdziło. Nachylenie raz mniejsze, raz większe, ale cały czas pod górę. Co prawda mój wysokościomierz wskazał najwyższy punkt na 410 m n.p.m., ale to szczegół. Potem było lekko z górki. Taką drogę lubię. Przez kilka km nie pedałowałem w ogóle.
Dotarłem do kraterów wulkanów. To atrakcja turystyczna. Zatrzymuję się i zwiedzam. Wdrapuję się na szczyt po schodkach. Piękne widoki. Przyjechała wycieczka z Niemiec i czar prysł. Tłumy starszych osób zapełniły skutecznie ścieżki wokół wulkanu. Schodzę na dół i jadę dalej. Wiatr trochę ucichł. Wieje, ale nie jest tak mocny. Nadal mam go z tyłu lub lekko z boku. Nie jest źle, droga płaska przez kilkanaście km. Szybko ją pokonuję. Po 75 km zatrzymuję się na stacji benzynowej. Kupuję kanapkę i napój. Znowu 1100 ISK (ok. 36 zł). Drogo tu. Doprawiłem żołądek serkiem skyr i tak syty jadę dalej.
Po 40 km docieram do Borgarnes. Jest kemping. Na liczniku mam ponad 115 km. Zostaję. Kemping skromny, ale jest toaleta i niewielka otwarta kuchnia z wodą. Nic więcej nie trzeba. Za pozostaniem tutaj przemówił również Bonus, który jest niedaleko. Można na dwa dni zrobić tanie zakupy.
Zjadłem kolację i przeanalizowałem jutrzejszą trasę. Będzie ciężko. Do Reykjaviku jest tylko ok. 70 km, ale tunel pod zatoką jest zamknięty dla rowerzystów i trzeba jechać naokoło zatoki. To dodatkowe ponad 40 km, i jak wskazuje mapa, same górki. Nikt nie mówił, że będzie lekko.
Około 22 zjawił się właściciel, zgarnął 1500 ISK (nie wiem za co?) przykleił znaczek na namiot i pojechał. Przy okazji zobaczyłem, że cały kemping się napełnił turystami. Obok mnie rozbiły się dwie młode dziewczyny również na rowerach. Stwierdziłem, że one dopiero zaczynają swój podbój wyspy. Wszystko mają czyściutkie i same wyglądają na świeże, nie zmęczone. Po mnie widać, że kończę. Jutro znowu Reykjavik, zamknę pętlę dookoła wyspy.

Dzień 23 (czwartek – 25.07.2019r)  Przejechane 106 km. Trasa: Borgarnes, Hofn, Laxarbakki, Bjarteyjarsandur, Grundarhverfi, Mosfellsbaer, nocleg Reykjavík


Wstaję wcześnie, ok. 7. Szybka toaleta, szybkie śniadanie, pakowanie i przed ósmą jestem już w drodze. Mam dzisiaj dużo do pokonania. Tuż za miejscowością jest długi most przez zatokę. Jest jeszcze mały ruch. Szybko go mijam. Dzisiaj tak mocno nie wieje, a wiatr mam prosto w plecy – super. Kilometry przybywają błyskawicznie. Po 26 km widzę znak zakaz wjazdu rowerom. Zbliża się tunel pod zatoką. Muszę skręcić w drogę nr 47. I zaczęło się. Teraz mam wiatr dokładnie z boku. Nie jest to dobre. Do tego, tak jak mapa wskazywała zaczęły się górki i to dosyć strome mimo, że nie długie. Droga przypomina mi wstążkę gimnastyczki z falującą taśmą. Zdarzały się podjazdy i zjazdy kilku stopniowe, ale były również nawet 10 %. Kilka razy zatrzymuję się i odpoczywam. Po 20 km jestem na końcu zatoki. W końcu zawracam i jadę w drugą stronę. Teraz wiatr mam po prawej stronie. Wdrapuję się na szczyt. Widzę w oddali rowerzystę stojącego na poboczu. Kiedy podjeżdżam bliżej poznaję ją. To Kanadyjka, którą poznałem w okolicach Vik, na początku wyprawy. Witamy się. Dzisiaj również jedzie do Reykjaviku i jutro kończy wyprawę. Ona zostaje jeszcze ja jadę. Dojeżdżam ponownie do drogi nr 1. Zatoka zaliczona. Wiatr ponownie z tyłu. Jest już popołudnie, kiedy docieram do miejsca, gdzie 3 tygodnie temu skręcałem w drogę nr 36. Tym samym zamknąłem pętlę wokół Islandii. Krzyknąłem sobie z radości – mam to!!!
Znaną mi już drogą docieram do stolicy Islandii. Po drodze wyprzedzam dwoje „sakwiarzy”- ale mam powera!. Śpię na tym samym kempingu. Wieczorem poszedłem do Bonusa na ostatnie zakupy. Dowiedziałem się na recepcji, gdzie można otrzymać pudło na rower. Jakieś dwie godziny po mnie dotarła Kanadyjka, ale rozbiła się daleko ode mnie i zniknęła z pola namiotowego.
Po kolacji planowałem jutrzejszy dzień. Lot mam o 18:30, a więc dużo czasu. Mogę jechać na lotnisko autobusem – 3000 ISK. Po samym kempingiem mam przystanek (ok. 100 m). Patrzę jak dwoje rowerzystów pakuje się. Nie wyobrażam sobie pchania paki z rowerem (ponad 30 kg) do tego sakwy (4 szt – też ok. 30 kg ) i torbę podręczną, na przystanek. Nawet jeżeli jest on tylko 100 m od kempingu. Szybka decyzja – jadę rowerem na lotnisko i tam się pakuję. Dzisiaj przygotowałem sobie tylko odpowiednio bagaże. Jutro w domu.

 

Dzień 24 – ostatni (piątek 26.07.2019r) Przejechane 56 km. Trasa: Reykjavík, Keflavik.


Leniwie choć już o godz. 8 wstałem. Leniwie robiłem toaletę, śniadanie. Nigdzie mi się nie śpieszyło. Nawet nie ładowałem, jak co dzień, power bank. I tak wyruszyłem z kempingu o 9:30. Dużo za szybko, ale co miałem tutaj robić? Do sklepu rowerowego dojechałem po 20 minutach. Oczywiście był zamknięty, ale moje zdziwienie wystąpiło, kiedy zobaczyłem, że otwierają go dopiero o 11. Na informacji kempingowej dowiedziałem się, że od 10. Kurczę, ponad godzinę muszę jeszcze czekać. Miałem już odejść i gdzieś jechać, kiedy przez witrynę sklepową zauważyłem ruch w sklepie. Dwóch mężczyzn chodziło wewnątrz i coś robili. Stałem przez chwilę zastanawiając się co mam zrobić? Zastukać? Krzyknąć, że ja tylko po pudełko? Czy odjechać i wrócić o 11? Zostałem zauważony przez jednego z pracowników sklepu. Otworzył drzwi i spytał jaki mam problem? Zaprosił mnie na tył sklepu i po chwili byłem w posiadaniu wielkiego kartonu rowerowego. Zwinąłem go i zapiąłem na tył bagażu. Szczęśliwy ruszyłem w kierunku centrum. Chciałem jeszcze kupić taśmę do sklejania kartonu. Będąc w centrum szukałem prezentów z Islandii dla domowników, ale ceny mnie powalały. Jadę na lotnisko.
Przez cały Reykjavik do drogi nr 41 prowadzi super ścieżka rowerowa. Wzdłuż drogi prowadzącej do Keflaviku częściowo również. Jeżeli jej nie ma to jest szeroki pas awaryjny tak, że trasa dla rowerzystów jest bezpieczna. Jedzie się szybko. Droga jest w większości płaska i wiatr wieje w plecy. Nawet nie wiedziałem kiedy, a pokonałem 56 km i o godz. 14:10 zameldowałem się w pomieszczeniu dla rowerzystów na lotnisku. Mam dużo czasu. Powoli zabieram się do rozkręcania roweru. Mam problem. Prawy pedał ani drgnie. Próbuję różnych metod, ani drgnie. Po pół godzinie daję za wygraną. Mam pokaleczone przy okazji dłonie od narzędzi. Wkładam rower do pudła. Jest lekkie wybrzuszenie, ale zabezpieczam to namiotem. Zjawiła się Kanadyjka z facetem, którego widziałem z nią na jednym z kempingów. Pytała skąd mam karton. Powiedziałem, że z Reykjaviku. Myślała, że znajdzie jakiś w kontenerach na lotnisku, ale niestety były puste. Pożegnaliśmy się.
O 16:30 byłem już na odprawie, a godzinę przed wylotem kupowałem prezenty dla rodziny w strefie wolnocłowej. Tuż po 18 wyleciałem z „mojej” Islandii. Spoglądałem z wysokości samolotu ze smutkiem, żalem, ale z radością, że udało mi się pokonać tą wspaniałą wyspę. Cały czas chodziło mi po głowie, że może objechałbym jeszcze fiordy zachodnie. Może koło by wytrzymało (musiałem w domu całe wymienić. Rozleciała się całkowicie piasta i popękane były obręcze – dopisek).