Tadeusz Wojciechowski

 

Witam na moich stronach.

Islandia to jedno z najpiękniejszych miejsc na Ziemi, które dane mi było zobaczyć.

Spędziłem na tej wyspie - 24 dni w tym jazdy miałem 22 dni (2 dni zwiedzałem, a jeden odpoczywałem ze względu na warunki pogodowe). zdjęcie na tle Harpy
Przejechane łącznie – 1989,68 km
Najkrótszy dystans – 34 km (pierwszego dnia)
Najdłuższy dystans – 121,4 km
Średni dzienny dystans – 94,7 km
Średnia prędkość – 15,66 km/h (wow)
Prędkość max - 58,48 km/h
Max wysokość – 655 m n.p.m.

Koszty, które możesz ponieść, ale nie musisz (ja szalałem trochę):

Straciłem – 58 640 ISK co daje ok. 1954,70 zł (po kursie z sierpnia 2019r.)
Z tego: - noclegi – 29 700 ISK
            -  Jedzenie – 25 940 ISK
Gadżety, pamiątki, opłaty różne – 3000 ISK (nie całe – mam jeszcze kilkaset ISK)
Samolot w dwie strony z rowerem i dodatkowym bagażem – 1654 zł (razem z przebookowaniem biletu)
Jedzenie, które zabrałem ze sobą zakupione w Polsce – 365 zł
Wyposażenie roweru (dodatkowo poniesione przed wyjazdem – dętki, dodatkowy bidon, lekki materac, nowa kurtka, i drobiazgi, …) – ok. 800 zł
Łącznie prawie miesięczna wyprawa kosztowała mnie – 4 773,70 zł. (mogła być tańsza – trochę szalałem)

 Kilka moich porad (będę się powtarzał, ale wybacz to ważne):

- Przemyśl co zabierasz na wyprawę. Połowę rzeczy nie używałem. Jeżeli jedziesz rowerem to ma to ogromne znaczenie.
- Na pewno latem nie zapomnij o ciepłej kurtce, rękawicach i czapce. Na bank się przydadzą. Tak samo jak kurtka, spodnie i coś na głowę nieprzemakalnego.
- Tanie sklepy to Bonus, chociaż nie wszędzie występują. Dlatego warto planować podróż, żeby zaopatrywać się właśnie w takich sklepach. Dużo zaoszczędzisz.
- Najtańsza opcja spania to namiot. Islandczycy się wycwanili. Główna trasa nr 1 jest całkowicie odgrodzona od turystów. Żeby spać „na dziko” trzeba zjechać dobre kilka km od trasy i to drogą szutrową, bo już większość wzdłuż asfaltowych bocznych też jest ogrodzona. Za to w każdej miejscowości są kempingi, pola namiotowe. Ceny od 1200 do 2400 ISK.
- Musisz mieć zawsze na dwa-trzy dni zapas jedzenia. Islandia jest słabo zaludniona i jest mało sklepów. Jeżeli nie chcesz tracić majątku na stacjach paliw to pamiętaj o tej radzie. Za to woda nawet z rzeki nadaje się do picia.
- atrakcje turystyczne są specjalnie oznakowane. Warto się zatrzymać lub dojechać tam gdzie wskazują. Nie pożałujesz.
- Płaci się wszędzie kartą. Nawet na polach namiotowych na przysłowiowy „zadupiu”. Jedynie czasami na niektórych kempingach trzeba płacić za ciepłą wodę pod prysznicem. Dlatego zawsze warto mieć kilka monet setek (raz zdarzyło mi się, że musiałem płacić 50 – tkami) i pamiętać, żeby ich nie zabrakło – mi zabrakło raz jednej 100 i dupa.
- Skyr na Islandii to najlepszy serek na świecie. Ten w Polsce to tandetna podróbka. Praktycznie co dziennie jadłem go i to w różnych smakach.
- Koniecznie zjedz zupę jarzynową i z jagnięcia. Niebo w gębie. Nie wiem jak oni to robią, ale coś takiego jeszcze nie jadłem.

-Warto też zjeść hot doga. Jest bardzo smaczny i tani.
- I ostatnia rada – dobry sprzęt foto. Widoki jakie zobaczysz to marzenie każdego podróżnika.

Dzień 1 – środa (03.07.2019r.)  Przejechane 34 km. Trasa: Keflavik, Hefnir, nocleg na dziko.


Przyleciałem na Islandię o dziwo z niesamowitą punktualnością. Kiedy spojrzałem na zegarek była 17:54 i właśnie przyziemiliśmy. Linie lotnicze Wizzar się sprawdziły gdyż przewidywany czas przylotu był właśnie na godz. 17:55, czyli prawie idealnie z czasem. Odebrałem bagaże – STAN TRAGICZNY. Dobrze, że spiąłem sakwy razem bo inaczej chyba bym ich nie znalazł. Na lotnisku w Keflaviku jest super miejsce przygotowane dla rowerowych turystów. Specjalne pomieszczenie, ogrzewane, z zestawem różnych narzędzi. Szkoda tylko, że pompka była zepsuta. Spędziłem w nim ponad dwie godziny i byłem przez ten czas jedynym rowerzystą, chociaż w kuble na śmieci zauważyłem pozostawione kartony na rowery, co świadczyło, że nie byłem w tym czasie jedynym „szalonym” fanem dwóch kółek na wyspie. Skręcam rower, chciałem naprawić pourywane w transporcie kable od światła i ładowarki. Nie udało się, kable tak się urwały, że były za krótkie i nie sięgały do dynama w piaście. Postanowiłem kupić kawałek kabelka i naprawić w Reykjaviku (ostatecznie nie zrobiłem tego do końca wyprawy – dopisek). Do tego rozwaliłem sobie paluch (zdarłem całą skórę, do mięsa, na czubku palca – jątrzyło się przez ponad tydzień, a zagoiło dopiero jak już miałem wracać do domu - dopisek). Z lotniska ruszyłem około 20:30 tankując w WC wodę na drogę. Woda tutaj nadaje się do picia z każdego kranu – tak przeczytałem przed wyjazdem (to była prawda). Jechałem ścieżką rowerową wzdłuż drogi 47 w stronę Reykjaviku, ale po kilku km skręciłem na drogę 44 w kierunku Hefnir. Musiałem się nauczyć jeździć na obciążonym z przodu rowerze, to nie to samo co rower obciążony tylko na tylnym bagażniku, jakim do tej pory jeździłem. Kierownica latała mi jakbym miał rowerowego Parkinsona. Ciężko pedałuję. Szybko liczę w myślach ilu kilogramom moje nogi muszą sprostać. Rower z częścią bagażu ważył 32 kg, bagaż rejsowy 20 kg, miałem podręczny bagaż – sakwę i torbę na kierownicę – ok. 10 kg i ja – 85 kg. Razem ważymy ok 147 kg – szok ! – moje nogi! Po kilku km było już OK z drżeniem kierownicy. Zaczął padać deszcz. Islandia mnie wita! Dwa dosyć spore podjazdy. O zgrozo – prędkość zawrotna – 6 km/h. Było po 23, czyli po 1 w nocy naszego czasu, kiedy postanowiłem szukać noclegu. Na liczniku dopiero 32 km, a ja mam już dosyć. Deszcz i wiatr prosto w „gębę” jakby Islandia chciała pokazać swoje oblicze i ostrzec intruzów przed zdobywaniem jej terenów. Nie dotarłem do zakładanego celu jakim miał był rów - zetknięcie dwóch płyt kontynentalnych północnoamerykańskiej i europejskiej. Znalazłem kilkaset metrów od drogi wgłębienie w terenie osłaniające od wiatru i tam się rozbiłem. Męczył mnie tylko czarny piach, a właściwie nie piach tylko dziwny pył, który w zatknięciu z deszczem zostawiał na wszystkim czarny brud. Nawet nie robiłem sobie do jedzenia nic ciepłego, szybko pochłonąłem konserwę z domu z polskim chlebem, popiłem wodą i poszedłem spać. Ale, jak tu zasnąć, kiedy cały czas jest jasno. Po co wziąłem latarkę? – pomyślałem, kiedy pakowałem się do śpiwora. Zmęczenie wzięło górę. Udało mi się zasnąłem dosyć szybko.


Dzień 2 – czwartek (04.07.2019r) Przejechane 93 km. Trasa: Okolice mostu Eirikssona, Reykjanesviti, Grindavik, Krysuvik, Reykjavik, nocleg Reykjavik.


Wstałem o 7:00. W godzinach nocnych, kiedy się obudziłem, to cały czas padało. Ranek za to był dosyć przyjemny. Pochmurnie, ale przynajmniej nie pada. Pakuję się po szybkim śniadaniu, a tu nagle całkowita zmiana pogody. Deszcz, wiatr i to spory. Siedzę w namiocie i czekam. Po jakiejś godzinie przestał padać deszcz, ale wiatr nie ucichł. Składam mokry namiot, pakuję wszystko na rower i ruszam. Okazało się po kilkuset metrach, że jednak wczoraj dojechałem do celu. Po lewej od drogi zobaczyłem most Leifura Eirikssona symbolizujący połączenie dwóch płyt. 20 m konstrukcja na rowem wypełnionym tym samym czarnym pyłem, który uprzykrzał mi dzisiejszy nocleg. Zrobiłem krótki filmik, a kiedy zacząłem robić zdjęcia, to przybyła wycieczka Anglików. Ok. 30 osobowa grupa weszła na most nie pozwalając mi rozwinąć się artystycznie. Poza tym zaczął znowu padać deszcz i to dosyć mocno. Zakładam spodnie przeciwdeszczowe, kaptur pod kask i jadę. Po kilku km skręciłem z drogi 44 w prawo w kierunku latarni morskiej Reykjanesviti, gdzie ma być pole geotermalne. Dotarłem, a deszcz cały czas leje. Gunnuhver, tak nazywa się to geotermalne pole. Podobno od imienia pochowanej tam kobiety, która po śmierci sprawiała tubylcom problemy. Dopiero miejscowy ksiądz za pomocą sztuczki złapał ją i umieścił w gejzerze (to przeczytałem na opisie). Pole geotermalne robi wrażenie. Wszędzie wydobywa się z ziemi kipiąca woda, a gdzieniegdzie coś jakby gorący szlam. Do tego śmierdzi jajkami. Długo nie zabawiłem tam, gdyż cały czas padało, a do tego przybyły dwa autokary, tym razem niemieckiej wycieczki i skutecznie opanowały wszystkie ścieżki na geotermalnym polu. Ruszyłem w kierunku Grindavik. Wjeżdżam ponownie na drogę nr 44. Pogoda daje mi popalić. Momentami ulewa i do tego wiatr. Przemokłem już do suchej nitki. W Grindavik wszedłem do sklepu Netto, żeby trochę odpocząć od deszczu i wiatru. Przy okazji zjadłem coś w stylu drugiego śniadania - ciastka i wypiłem sok. W butach, które miały być nieprzemakalne chlupała mi woda. Musiałem się przebrać, gdyż zaczynało mi być zimno. Licznik pokazywał 11 stopni C. Przestało na chwilę padać. Poszedłem do widniejącego kilkaset metrów dalej przystanku autobusowego. Miałem schronienie od wiatru i deszczu. Zmieniłem skarpety, buty i założyłem nieprzemakalne ochraniacze. Na szczęście deszcz przestał padać.
Ruszyłem dalej trasą 427, mój cel to rezerwat przyrody Reykjanesfolkrandur. Islandia jakby chciała pokazać na co ją stać. Znowu po pół godzinie jazdy deszcz i do tego pojawił się teraz silniejszy wiatr prosto twarz. Na okrasę długie podjazdy. Kilka wniesień pcham rower chociaż takie nachylenia pokonywałem w Polsce nie raz. Czułem naprawdę coraz większe zmęczenie. Nogi zaczęły dawać znać o sobie. Zaczęły pojawiać się skurcze w udach i łydkach. Brak przez ostatnie dwa tygodnie intensywnego treningu dawał o sobie znać. Myślałem, że jak zrobiłem na początku czerwca szlak wzdłuż Bałtyku, to mi wystarczy. Pomyliłem się i teraz zaczynam żałować, że nie przyłożyłem się sumiennie do trenowania. Z drogi 427 skręciłem na 42 i znalazłem się w rezerwacie przyrody. Piękne formacje skalne, roślinne. Niesamowicie ukształtowane masy zastygłej lawy. Teren przez to górzysty. Dotarłem do pola geotermalnego Krysuvik. Znowu zapach śmierdzących jajek. Ale pięknie ! Szeptałem chodząc po wyznaczonych ścieżkach. Dymiąca ziemia, spływające gorące wody. Zbocza gór w kolorze odcieni żółci – z osadzoną na nich siarką. Chodzę między bulgoczącą, dymiącą ziemią jakby na księżycu. Cóż z tego – cały urok prysł kiedy znowu zaczął lać deszcz,  wiatr stał się jeszcze silniejszy. A przez chwilę było tak fajnie. Jadę z trudem dalej. Przede mną jeszcze jakieś 40 km do Reykjaviku. Po prawej mam cudowne widoki kojące trochę ból nóg i pojawiającą się coraz bardziej niemoc. Jezioro Kleifarvatu z niesamowicie pięknymi rzeźbami brzegowymi robi na mnie ogromne wrażenia. Szczególnie formacje skalne wchodzące w jezioro lub wystające z jego wód. Jestem w rezerwacie więc nie mogę tutaj się robić namiotem, a siły mnie opuszczają całkowicie. Coraz częściej odpoczywam. Postanowiłem zażyć tabletkę przeciwbólową. Nogi odmawiają mi posłuszeństwa, jest już późno, a mój cel Reykjavik zbliża się w zastraszająco wolnym tempie. Przyroda jakby mówiła „nie dam ci szans”, a ja krzyczałem „nic z tego, nie dam się” i jadę. Ibupron nawet trochę pomógł. Widzę miasto. To jeszcze nie stolica, ale oznacza, że już blisko. Przebijam się przez ulice. Kilkakrotnie pcham rower nawet pod małe podjazdy. W końcu udało się. Jestem w Reykjaviku. Na kemping docieram po ósmej wieczorem. Jest drogi. Za dwie noce zapłaciłem 4800 ISK. Ale za to był prysznic i do tego ciepły, duża kuchnia z wyposażeniem i w ogóle fajne pole. Kolacja – peere ziemniaczane z szynką, kąpiel i spać. Ostatnia godzina jaką widziałem na komórce to 23:35. Dzisiejszy dzień dał mi popalić jak żaden inny w moim dotychczasowy obcowaniu z rowerem.

Dzień 3 – piątek (05.07.2019r.)   Zwiedzanie Reykjaviku


Ranek przepiękny. Wstałem o 7:30. Łazienka i idę do kuchni zrobić sobie śniadanie, a przy okazji naładować prądem co się da. O 9:00 wyruszam na zwiedzanie miasta. Na recepcji można pobrać mapę miasta. Za jej pomocą szybko zaplanowałem dzisiejszą marszrutę. Pierwszy cel ogród botaniczny. Jest niedaleko. Idąc wzdłuż obiektów sportowych – olimpijskich, bo takie znaki tam widniały, docieram do parku z ogrodem. Był super. Na niewielkiej przestrzeni zgromadzono wszystkie rośliny występujące na Islandii. Byłem tam chyba z godzinę wędrując ścieżkami między urokliwą roślinnością. Obok było ZOO. Nie skorzystałem. Do najbliższego obiektu zwiedzanego miałem dwa km. Idę wzdłuż nowoczesnych budowli firm motoryzacyjnych i bankowych. Docieram do niewielkiego, białego, drewnianego domu położonego na obszernym placu wśród nowoczesnych budowli. To dom gdzie Ronald Regan i Michaił Gorbaczow podpisali porozumienie kończące zimną wojnę. Jest tam również pomnik islandzkiego bohatera. Idę wzdłuż wybrzeża pięknym bulwarem. Po prawej widok na ocean i skaliste w oddali góry Islandii. Po drodze ciekawy pomnik przypominający ostrze włóczni przecięte wzdłuż na dwie części. Okazało się, że to pomnik poświęcony amerykańskiemu ambasadorowi, który 50 lat pracował na Islandii. Dalej mijam słynny pomnik Wikingów. To przypominająca szkielet łodzi konstrukcja lśniąca wypolerowanym metalem w słońcu. Jest to pamiątka pierwszych osadników, właśnie Wikingów, przybyłych na wyspę. Jest jeszcze kopiec poświęcony temu wydarzeniu. Usytuowany jest przy główkach poru. 20 m wysokości i 8 m średnicy .
Mój cel to Harpa. Słynna opera, sala koncertowa. Już z daleka robi wrażenie. Zbudowana w 2011 roku. Początkowo nie tolerowana przez tubylców, ale kiedy w 2015 roku zdobyła międzynarodowe nagrody za oryginalność, została zaakceptowana. Dziś jest obiektem szczególnie odwiedzanym przez turystów ze względu na kształt. Przypomina plaster miodu ze względu na ukształtowane okna. Jej wnętrze robi na mnie ogromne wrażenie. Spędziłem tam kolejną godzinę. Za Harpą jest okręt wojenny do zwiedzania, ale tam nie poszedłem.
Idę w stronę centrum. Chcę zobaczyć ratusz miejski. Kilkaset metrów i jestem. Rzeczywiście robi wrażenie. Nowoczesny, zbudowany na palach w topionych w jezioro. Do głównego holu wchodzi się przez pomost. Wewnątrz, w holu głównym, jest potężna, wypukła mapa wyspy, którą można oglądać z każdej strony, ale również z góry wchodząc na półpiętra. Obok nowego ratusza stoi stary, drewniany ratusz. Pozostawiony na pamiątkę. Jest tam teraz restauracja, czy kawiarnia. Idę w stronę największej atrakcji Reykjaviku kościoła luterańskiego Hallgrimskirkija. Przechodzę dzielnicami miasta z typowymi niskimi domkami obitymi blachą, malowaną na różne kolory. Widać, że to najstarsza część stolicy. Po przejściu kilku ulic wchodzi się na duży plac i otwiera szeroko oczy ze zdumienia. Luterański kościół jest potężny. Jego ponad 70 m wieża wznosi się nad głową i rozchodzi się na boki jakby to były piszczałki organów. Nie dziwię się, że to symbol stolicy, najczęściej oglądany na folderach reklamowych. Przeczytałem, że jego główny architekt i budowniczy nie doczekał widoku gotowego kościoła, który był budowany w latach 1946 – 1986. Zmarło mu się w 1960 roku. Jego nazwisko jest strasznie skomplikowane i nie pamiętam go. Na wieżę można wjechać windą, ale oczywiście jest to płatne i była duża kolejka. Za to wszedłem do środka za darmo mimo tego, że podobno to kosztuje ok. 700 ISK. Wnętrze bardzo surowe, bez ozdób, bez zbędnych obrazów. Postać Chrystusa stojąca u wejścia, jakby nas witała. Poza tym jak wszędzie ławki i ołtarz główny skromny, ale urokliwy. Za to najwspanialsze były organy. Miałem okazję wysłuchać koncertu, wspaniały. Przed kościołem stoi pomnik. To ufundowany przez Amerykanów w 1930 roku pomnik Leifa Erikssona islandzkiego bohatera narodowego, żeglarza i odkrywcy. To pamiątka 1000 lecia powstania parlamentu islandzkiego.
Idę w kierunku samego centrum, a dokładniej do głównej – turystycznej ulicy pod nazwą Langavegur. Już samo wejście na ulicę jest ciekawe. To dwa pomalowane na żółto rowery tworzące jakby furtkę wejściową. Na ulicy liczne sklepy pamiątkowe, restauracje, co jakiś czas występy artystów. Jak na typowej turystycznej ulicy każdego miasta. Wstąpiłem do Bonusa, taniego sklepu na Islandii. Kupiłem sobie napój i jabłko (szaleństwo!). Przeszedłem całą ulicę. Na jednym z jej końców jest chyba jedyne na świecie muzeum penisa. Nie byłem.
Skierowałem się na południe, a dokładniej w kierunku wzgórza Öskjuhlid, gdzie znajduje się budowla Perlan. Przechodzę przez kolejny park, tym razem park rozrywki. Ciekawostką było to, że przechodziłem alejką z kwitnącymi bzami, a przecież jest lipiec. W Polce bez to kwiat majowy, typowo wiosenny. Tutaj kwitnie z początkiem lipca.
Wąskimi dróżkami docieram na wzgórze i podziwiam ogromną budowlę. Cztery zbiorniki, zawierające o 4 mln litrów wód termalnym dla miasta połączone ze sobą centralną budowlą robią niesamowity widok. Islandczycy zwykłe zbiorniki na wodę zamienili w atrakcję turystyczną. W Perlan znajduje się muzeum natury. Można tam zobaczyć liczne zwierzęta (wypchane) zamieszkujące różne rejony wyspy, można podziwiać minerały i skały występujące na tej ziemi, można podziwiać technologię stosowaną przez tubylców służącą do wykorzystania geotermalnych źródeł. Muzeum jest interaktywne. Na dachu Perlan jest taras widokowy. To super miejsce do oglądnięcia całego miasta, jego zabudowy, położenia, otaczającego oceanu i wzgórz. Muszę dodać, że wejścia na poszczególne wystawy, jak i na taras są płatne ok. 800 ISK. Udałem głupka i wchodziłem bezpłatnie. Przed budynkiem jest przedziwny pomnik. Czterech niemych grajków. Są oni bez twarzy i bez instrumentów i tylko gesty rąk i postawa, wskazują na jakim instrumencie grają.
To były praktycznie wszystkie obiekty, które miałem w planie zobaczyć w Reykjaviku. W stronę kempingu wracałem powoli, dosyć zmęczony, od kilku godzin byłem na nogach, a odpocząłem tylko jakieś pół godziny na koncercie w kościele. Całą stolicę przeszedłem i miałem w nogach chyba kilkanaście, a może więcej km. Wracając zobaczyłem jeszcze cmentarz, na który niechcąco trafiłem, zobaczyłem przedszkole osiedlowe- bardzo ładnie urządzone, wstąpiłem do galerii handlowej, gdzie kupiłem i zjadłem kilka batoników. Galeria nie różniła się niczym od naszych – polskich. Kupiłem w Netto jedzenie na wieczór i rano i ok. 20:00 zawitałem na kemping. Byłem padnięty. Nogi mnie strasznie bolały. Zrobiłem sobie krótką drzemkę w namiocie i po 9 poszedłem do kuchni na kolację. Musiałem naładować sobie wszystkie urządzenia elektroniczne. Siedząc, popijając tutejsze piwo Thule, jedne z tańszych, ale dobre, czekałem na zakończenia ładowania power banku. Późną porą poszedłem spać. To był udany dzień.

Dzień 4 – sobota (06.07.2019r)   Przejechane 111 km. Trasa: Reykjavik, Mosfellsdalur, Bingvellir, Laurgarvatn, Blaskogabyggd, nocleg ok. 10 km przed Geyser.

Spało mi się bardzo przyjemnie. Było ciepło. Budziłem się kilka razy, ale w sumie się wyspałem. Wstałem kilka minut po 7. Był już dosyć spory ruch na polu namiotowym. Wiele osób rozmawiało głośno, pakowało się do wyjazdu, albo chodziło do łazienki robiąc przy tym zbędny hałas. Szybka toaleta, śniadanie, pakowanie i 8:30 byłem gotowy do trasy.
Reykjavik ma super trasy rowerowe. Na recepcji zaopatrzyłem się w mapkę wszystkich tras rowerowych miasta, która okazała się strzałem w 10. Dzięki niej, jadąc żółtą trasą, bez problemów wyjechałem z miasta i dojechałem do drogi nr 1 prowadzącej na północ kraju. Trasa rowerowa wiedzie naprawdę urokliwymi zakątkami miasta, poza wielkim ruchem, a jak dojedzie się do ruchliwej jedynki to jedziemy dosyć odlegle od drogi przez łąki, pełne łubinu, zagajniki z młodymi modrzewiami, świerkami, czy topolami. I tak aż do drogi nr 36.
Było ciepło. Na termometrze miałem aż 16 stopni C. Ubrałem się za ciepło, bo już po kilku km musiałem ściągać kurtkę. Tubylcy (niektórzy) jeździli w krótkich rękawkach. Dla mnie to była przesada. 16 stopni to nie upał.
Po 18 km dojechałem do ostatnich zabudowań otaczających stolicę. Podjechałem pod market Krosman. Przeraża mnie cena chleba 12-15 zł w przeliczeniu na PLN. Wiem, że muszę kupić, ale mam straszne opory. Obok Krosmana był tańszy sklep Bonus, ale czynny był dopiero o 11, a była 9:40. Nie chciałem tak długo czekać. Zrobiłem skromne zakupy i jadę dalej. Po dwóch km jest skręt w trasę nr 36. Znak drogowy wskazuje drogę na Geysir 69 km. Trochę daleko. Jadę wzdłuż drogi 36. Na początku kilka km jest ładna ścieżka rowerowa, ale kończy się i trzeba znosić licznych turystów w samochodach jadących zwiedzać historyczne i przyrodnicze atrakcje tzw. złotego koła wokół Reykjaviku.
Nadal nie mogę narzekać na pogodę. Od czasu do czasu pojawia się nawet słońce, nie wieje mocno, ale jest jeden mankament. Mam wrażenie, że jadę cały czas pod niewielką górkę. Dlatego prędkość poruszana się nie powala, to średnio 16 – 18 km/h.
W samo południe docieram do pierwszej atrakcji. Jest nim Park Narodowy Bingvellir. Jego centralną częścią jest największe jezioro na Islandii Bingvallavotn o pow. 83,7 km2 i 114 m głębokości. Przeczytałem te informacje na jednym z opisów na parkingu przy jeziorze. Widoki są super. Dojeżdżam do historycznego miejsca Islandii Almannagja. To tutaj pradawni Islandczycy zbierali się, obradowali i tworzyli pierwsze na wyspie prawa. Ich parlament nazywał się Althing, a jego początki datuje się na 930 rok. Zresztą do dnia dzisiejszego tak samo nazywa się islandzki parlament. Nazwa parku również nawiązuje do tego zdarzenia. Po islandzku Bing – to zgromadzenie, a vellir – dolina. Zwiedzam dolinę Almannagja, mijam skałę praw, liczne rzeczki, łąki, gdzie swobodnie może pomieścić się kilkadziesiąt tysięcy ludzi. Teraz jest to bardzo ładnie zorganizowane dla turystów miejsce z licznymi ścieżkami, tarasami widokowymi, zejściami lub wejściami na skały, z których można podziwiać piękno doliny. Spędziłem tak prawie godzinę robiąc liczne zdjęcia i filmiki.
Jadę wzdłuż brzegów jeziora. Mijam liczne skały porośnięte szarym mchem między którymi wyrastają niewielkie krzewy. Gdzie nie gdzie miejsce postoju. Na wszystkich znaczek zakaz biwakowania kamperom i rozbijania namiotów. Objeżdżam jezioro i jestem po jego drugiej stronie. Skręcam w trasę nr 35 w kierunku Geysiru. Łańcuch w rowerze domaga się smarowania. Chrzęści jakoś dziwnie. Ostatnie deszcze dały mu popalić i chyba zmyły smar. Na kempingu się nim zajmę. Pod górkę dogania mnie jakiś „sakwiarz”. Ma dużo mniej bagażu niż ja. Macha przyjaźnie i gna dalej. Po chwili kolejny rowerzysta z sakwami zbliża się z przeciwnej strony. Witamy się przyjaznym Hallo. W miejscowości Langarvatu robię zakupy. Pora na jakiś obiad. Jest to duża bułka z szynką, którą pochłaniam błyskawicznie popijając sokiem pomarańczowym. Jest już późno – 16:30, a od rana jadłem tylko jabłko i batonika. Wstąpiłem do jakiegoś hotelu i w łazience nabrałem sobie wody do bidonów i do bukłaczka. 10 km przed Geysirem zatrzymałem się na nocleg. Kemping bardzo ubogi. Na środku tylko ubikacja i woda (zimna). Dobre i to. Jem kolację, dzisiaj peere z szynką oczywiście sproszkowane. Ledwo co zjadłem tak napęczniało po wlaniu gorącej wody.
W domu impreza. 30 urodziny córki Kasi. Rozmawiałem z nimi przez WhatsAppa. Im było wesoło, a ja dostałem lekkiego rozwolnienia. Może to przez wodę? Wziąłem laremid na wszelki wypadek. Nasmarowałem łańcuch w rowerze, rzeczywiście domagał się tego. Czekałem na właściciela kempingu aby zapłacić, ale nikt się nie zjawiał. Jakiś Niemiec powiedział, że właściciel zjawi się wieczorem. Czekam leżąc już w ciepłym śpiworze i rzeczywiście około 22 przyszedł, zgarnął 1300 ISK i poszedł. Dobrze, że nie padało i mocno nie wiało. Zrobiłem dzisiaj 111 km.

Dzień 5 – niedziela (07.07.2019r.)  Przejechane 78 km. Trasa: Przed Geysir, Geysir, Gullfoss, Geysir, Fludir, Arnes, nocleg Stori Nupur.


Znowu budziłem się kilka razy, aż o 7:24 wstałem. Jest niedziela. Pogoda mi sprzyja, jakby chciała zrekompensować te wcześniejsze, deszczowe i wietrzne dni. Według prognozy, którą wieczorem sprawdzałem, ma być dzisiaj aż 17 stopni. Postanowiłem wyjechać jak najwcześniej, aby dotrzeć do Geysiru przed tłumami turystów. Szybkie śniadanie i ruszam dalej drogą 35. Po pół godzinie docieram na miejsce. Miałem rację nie ma jeszcze wielu turystów. Spokojnie czekam kilka minut na wybuch gejzeru. Słup gorącej wody i pary unosi się na wysokość ponad dwudziestu metrów. Robię zdjęcia i filmiki. Prawdziwy gejzer o nazwie Geysir jest już nieczynny, ale jego funkcję przejął Strokkur. Miejsce jest bardzo przyrodniczo atrakcyjne. Przeczytałem na tabliczkach informacyjnych, że Strokkur wyrzuca wodę na wysokość 30 – 35 m , a Geysir wyrzucał nawet na 80 m. Zapoznałem się również z technicznym funkcjonowaniem gejzeru, tzn. dlaczego on co kilka minut wyrzuca w górę gorącą wodę. Ciekawa lektura – szkoda, że wszystkiego nie zrozumiałem.
Spotkałem tam również grupę polskich rowerzystów. Kilku chłopców jechało na rowerach, ale już w kierunku Reykjaviku. Po godzinie na polu gejzerów ruszam dalej w stronę „Złotego Wodospadu” - Gullfoss. Mijam wąski most nad bardzo urokliwą, pełną kaskad i rozgałęzień rzeką. W oddali widnieje szczyt lodowca Langjökull. Jego śnieżna czasza lśni w blasku słońca pośród licznych wzgórz. Domyślam się, że to właśnie z niego wypływa tak wiele rzek, które co chwilę mijam.
Wodospad Gullfoss okazał się przepiękny. Duże, bo wynoszące 11m i 21 m dwie kaskady rzucające w dół ogromne masy wody. Nad wodospadem unosi się ciągła mgiełka z milionów kropelek wody, które zraszają kanion zasilając tym samych bujną, soczystą zieleń rosnącą na zboczach skalnych. Ta mgiełka to również super orzeźwienie dla turystów w słoneczne, takie jak dzisiaj, dni. Obszedłem wodospad z każdej możliwej strony, zrobiłem wiele zdjęć i filmów, odwiedziłem również znajdujący się tam sklep z pamiątkami oraz bar. Zupa za 2150 ISK – zgroza! To przecież ponad 65 zł. Oblizałem się tylko i ruszam dalej.
Wracam tą samą drogą. Chcę dojechać do trasy nr 30, która wiedzie do kolejnego wodospadu. Po 30 km docieram. Niewielki wodospad o tak trudnej nazwie, że nawet ciężko to napisać. Za to ciekawy. Szeroki na kilkadziesiąt metrów. Nie tak wysoki jak Gullfoss, nie taki szeroki, ale za to ciekawie ukształtowany. Miał formę łuku. Nad wodospadem była niewielka restauracyjka. Jednak skusiłem się na zupę. Można było kupić ją za 1600 ISK. Niesamowita zupa warzywna z pieczywem i to w ilości dowolnej. Jak można było się nie skusić. Wlałem sobie 4 pełne, duże chochle do miseczki, była pełniutka i z czterema bułeczkami pochłonąłem z wielkim apetytem. Niebo w gębie.
Syty, po dłuższym odpoczynku ruszyłem dalej. Miałem jeszcze okazję poobcować z islandzkimi końmi. Stały tuż koło drogi, łagodne, głodne obcowania z człowiekiem. Kilka fotek, pieszczot wykonanych na pysku konia i jego karku i jadę dalej. Docieram po dwóch godzinach do miejscowości Fludir. Był czynny mały sklep mimo tego, że dzisiaj niedziela. Serek skyr – waniliowy, banan i cola, to mój podwieczorek za 1000 ISK. Przed sklepem spotkałem rowerzystę, którego już raz mijałem koło Gullfoss. Wtedy był sam, a teraz jechał razem z ciemnoskórym rowerzystą. Pozdrowiliśmy się, oni pojechali dalej, a ja zjadłem to co kupiłem. Z Fludir nadal trasą 30 jadę na południe. Zaczął padać deszcz – tego nie było dzisiaj w planie. Założyłem tylko kurtkę przeciwdeszczową. Jadę, a wiatr coraz silniejszy i jak na złość prosto w twarz. Prędkość spada. Jak osiągam 15km/h to jestem zadowolony. Deszcz ustał, ale wiatr się wzmógł. Skręcam w drogę nr 32. Jadę teraz na wschód. Jest coraz gorzej. Silny wiatr i ponad 60 km, które już zrobiłem zacząłem odczuwać w nogach. Co chwile staję żeby odpocząć, dać wytchnienie nogom i złapać oddech. Wiatr staje się niemożliwy. Prędkość spada do 12-13 km/h w najlepszych momentach. Nawet jadąc z górki muszę pedałować, a i tak nie mogę osiągnąć nawet 20 km/h. Na prostej drodze mam wrażenie, że jadę pod górkę i to z kilkoma stopniami nachylenia. Modlę się w duchu, żeby przestało wiać. Mijam zaznaczony na mapie punkt noclegowy, który zaplanowałem jeszcze w domu. Jest dopiero 18, trochę za wcześnie na nocleg. Mimo tego, że mam już dosyć, to jadę dalej. Jeszcze trochę, jeszcze trochę – powtarzam sobie kręcąc z coraz większym trudem pedałami. Jadę wzdłuż urokliwej rzeki Bjorsa. Po lewej stronie mijam niesamowity, imponujący masyw górski Bjorsvdalan. Przynajmniej widoki rekompensują zmęczenie. Pogoda robi swoje. Kiedy zobaczyłem znak kolejnego kempingu zrezygnowałem z walki z wiatrem. Skręcam w boczną dróżkę i docieram do kempingu położonego wśród licznych krzaków. Trochę osłony od wiatru. Kilka osób już tu jest. Mało widoczni, rozbici na wolnych poletkach między krzakami. Też szukam podobnego miejsca. Oby jak najmniej wiało. Na kempingu jest tylko toaleta oraz dwie umywalki na wolnym powietrzu. Dobrze, że jest woda oznaczona jako zdatna do picia. Na toalecie wisi skrzynka – skarbonka, do której wrzuca się pieniądze za nocleg. Postanowiłem zrobić to rano.
Kolacja – spaghetti bolognese i kawa. Potem telefon do żony. Spojrzałem na mapę, aby zweryfikować jutrzejszą trasę. Zasypiam zmęczony walką z wiatrem.

Dzień 6 – poniedziałek (08.07.2019r) Przejechane 107 km. Trasa: Stori Nupur, Leirubakki , Hekla Center, Hella, nocleg Hvolsv


Małe sprostowanie do wczorajszego dnia. Zapłaciłem za miejsce na kempingu. Tuż przed snem przyjechał właściciel i zażądał 1500 ISK.
Wstałem dokładnie o 7:22. Obecność kilkuminutowa w toalecie, a potem śniadanko. Dzisiaj pasztecik z chlebem tostowym, bo taki tutaj jest najtańszy (ok 500 ISK, czasami w Bonusie można dostać za niecałe 400 ISK). Ruszyłem w trasę po ósmej. Do wodospadu Hajparfoss miałem kilkanaście km. Jechało się nawet fajnie – droga prawie płaska, asfaltowa i rano mały ruch. Wodospad był super. Zrobiłem zdjęcia, filmik i dalej w trasę. Znak informuje o następnej atrakcji turystycznej – wodospad Hajfoss. Trzeba jednak zjechać z drogi, aby po dwóch km zostawić rower i wejść jeszcze 1 km w górę i wtedy dopiero docieramy do najwyższego (120 m) wodospadu na Islandii. Zatrzymałem się na rozjeździe i zastanawiałem się patrząc na serpentyny przed sobą, które i tak muszę dzisiaj pokonać. Zrezygnowałem, jadę w stronę góry przez którą muszę przejechać wnosząc się drogą o 9% nachylenia.
Jazda była koszmarna. Prędkość 5-6 km/h i to przy największej z tyłu i najmniejszej z przodu przerzutce. Zerkałem z utęsknieniem na szczyt. Widzę go nareszcie, odliczam mijające co 50 m słupki drogowe. Jeszcze tylko 10, 9, ….., 2 i przerażenie. To nie koniec widzę w oddali kolejne wzniesienie. Trochę "płaskości" i ponownie w górę tym razem to chyba 10%. Odpoczywam trochę. Trud rekompensuje za to piękny widok. U podnóża góry widzę atrakcję, którą nieświadomie ominąłem. To gospodarstwo z chatami pokrytymi darnią. Typowa, dawna metoda krycia dachów na Islandii. Robię zbliżenie kamerą. Mam to jakby tam był.
Jestem cały spocony mimo tego, że jest tylko 8 stopni ciepła. Zauważyłem, że czy 9, czy 10 % nachylenia moja prędkość jest taka sama. Po 3 km wreszcie jestem na szczycie przełęczy. Zjeżdżam, chociaż zjazd jest o wiele łagodniejszy. Nadal jadę trasą nr 32. Na nawigacji widzę trasę nr 26, na którą muszę wjechać. Biegnie teraz równolegle do 32, a oddziela ją tylko szeroka rzeka Scliartangalion (te nazwy). Tak będzie przez kilkanaście km. Z góry widzę na rzece dużą zaporę, jakby elektrownię. Widzę też dojazd z drogi, którą jadę, a po drugiej stronie rzeki drogę nr 26, na którą mam dojechać. Od razu pomyślałem sobie, że jakbym mógł przejechać przez zaporę oszczędziłbym około 20 km. Zapora zbliża się. Na szczęście nie muszę wiele pedałować. Droga nadal biegnie łagodnie w dół. Kiedy byłem niedaleko zapory zobaczyłem w oddali samochód osobowy zbliżający się do zapory od strony drogi 26. Zatrzymałem się i obserwowałem. Po chwili obok mnie przejechała mała osobówka z młodym kierowcą. Pomachał mi przyjaźnie i skręcił w szutrową drogę w kierunku zapory . Teraz obserwowałem dwa samochody zbliżające się do siebie po obu stronach rzeki. Kluczyli po krętej drodze i obaj prawie równocześnie wjechali na zaporę. Tego mi trzeba było - pomyślałem. Ruszyłem ich śladem. Napis i symbole brzmiały - zakaz wejścia, ale co mi tam jadę. Udało się tamtym, to dlaczego nie mi. Po kilkunastu minutach jestem pod drugiej stronie rzeki i wjeżdżam na szutrową drogę nr 26. Skręcam w prawo i jadę w kierunku głównej drogi nr 1. Zaoszczędziłem dzisiaj 20 km.
Tak jak wspomniałem droga jest szutrowa. W tumanach kurzu co jakiś czas mijają mnie głównie samochody osobowe. Dobrze, że dosyć mocno wieje, to nie jest tak źle. Tumany kurzy wiatr szybko zabiera z drogi. Po lewej stronie w oddali widzę spowity nisko wędrującymi chmurami szczyt wulkanu Hekla. To czynny wulkan, może wybuchnąć w każdej chwili. Zatrzymuję się na parkingu, z którego wiedzie droga szutrowa w kierunku wulkanu. Czytam opis i oglądam wrak samochodu, który prawdopodobnie jest przestrogą dla osób pragnących wjechać na wulkan. Napis ostrzega – tylko pojazdy z napędem na 4 koła. Musi być tam ostro.
Wreszcie mam asfalt. Droga jest prosta jak strzała, nie widać jej końca. Jadę tak kilkadziesiąt km. Dojeżdżam do miejscowości Leirubakki. Jest tutaj multimedialne centrum Hekli. Wejście 900 ISK. Można oglądać interaktywny wybuch wulkanu. Nie skorzystałem. Skoda mi pieniędzy. Odpocząłem na ławeczce pod muzeum, zjadłem batonika, jabłko i jadę dalej. Podrażniłem tylko żołądek. Mój organizm domaga się już strawy. Na mapie z większej miejscowości najbliżej jest Hella. Powinien być tam jakiś sklep. Znowu jadę pod górę. Przy okazji obserwuję pracę tutejszego listonosza. Ma super pick-upa, którym jeździ do domów oddalonych od drogi kilkaset metrów, a nawet kilka km, często w górach, dolinach, budowanych nie w skupiskach, jak jesteśmy przyzwyczajeni, ale pojedynczo w dużych od siebie odległościach. Domy te mają swoje nazwy. To nie są nazwy miejscowości, jak jesteśmy przyzwyczajeni w Polsce, ale nazwy pojedynczych domów. Listonosz mijał mnie kilka razy wyjeżdżając z bocznych dróg i jadąc dalej. Wyobraziłem sobie jego pracę w zimnie, która tutaj przecież panuje w większości w roku.
Szutrową drogą docieram do stacji benzynowej w Hella. Jest 16:15. Nareszcie mogę coś kupić do jedzenia. Spotkałem na stacji Polkę. Zjadłem dwa hot -dogi, banana, na deser serek Skyr, popiłem pepsi i mój żołądek był chyba zadowolony. Na kilka godzin zaopatrzyłem organizm w coś do trawienia. Zrobiłem też zakupy na śniadanie. Jadę, a pogoda jak zwykle na Islandii się psuje. Wieje coraz mocniej zimny wiatr i niebo zrobiło się szare jakby za chwilę miało porządnie lać. Po 13 km docieram do kempingu w Hvolsvöllnr (ciężka nazwa). Trochę wcześnie na nocleg, ale kiedy zobaczyłem, że jest tutaj ciepły prysznic, a pogoda nie zachęcała do dalszej jazdy, zostałem. Musiałem podładować urządzenia, a szczególnie power bank.
Kawa, rozmowa z żoną, kolacja – kasza z mięsem i warzywami, nawet dobra. Zgrałem do laptopa wszystkie zdjęcia i filmiki. Jest zimno – tylko 10 stopni. Wieczorem przyjeżdża właściciel zgarnia 1500 ISK. Teraz mogę iść spać.

Dzień 7 – wtorek (09.07.2019r) Przejechane 90,6 km. Trasa: Hvolsvöllnr, Asolfsskali, Solheimasandur, nocleg Vik

Ranek zapowiadał ładną pogodę. Plany na dzisiaj też miałem ambitne. Kilka wodospadów i największy na Islandii lodowiec. Śniadanko z ciepłą kawą i ruszam. Tuż przede mną jedzie na rowerze szosowym Szkot (wiem bo ma na bagażniku flagę Szkocji). Jedziemy w tym samym kierunku. Wyprzedzamy się co chwilę. Raz staje on żeby zrobić zdjęcia, raz ja. Po kilkunastu km jednak się gubimy. Docieram do pierwszego dzisiejszego dnia wodospadu Seljalandsfoss. Niesamowity, piękny. Można go obchodzić dookoła co robię mocząc się przy okazji od pyłu wodnego, jaki unosi się ze spadającej wody. Ludzi mrowie, ale się nie dziwię, to super atrakcja. Jeszcze większe wrażenie robi kolejny wodospad Gljufrabui. To wodospad ukryty między skałami. Wchodzi się po wystających kamieniach z rzeczki jaką tworzy woda z wodospadu, wysoką szczeliną w skale. To nic, że jest się od razu cały mokry z pyłu wodnego. Warto – wrażenie niesamowite.
Po godzinie jadę dalej. Wiatr coraz silniejszy. Znowu prosto w twarz. Strasznie szybko zmienia się pogoda. Prędkość spada drastycznie, to już ok. 15 km/h i to tylko wtedy, gdy mamy prostą drogę. Po lewej widzę zaśnieżone szczyty lodowca Myrdalsjökull. Jego potężny język wchodzi między skały tworząc jakby biało szarą nogę. To drugi co do wielkości lodowiec na Islandii.
Coraz trudniej pedałować. Momentami wiatr zatrzymuje mnie prawie w miejscu. Staram się skurczyć jak mogę, żeby pokonać tak silny wiatr. Teraz trudno osiągnąć prędkość powyżej 10 km/h. Co ja tu robię – krzyczę, gdy mocno naciskam na pedały, aby pokonać żywioł. Znalazłem sposób na to, aby trochę odpocząć od przeraźliwego świstu wiatru w uszach. Skręcam w bok głowę i jakiś czas jadę prawie na oślep, ale świst trochę ustaje.
Do kolejnego wodospadu coraz bliżej. Z daleka widzę kogoś leżącego w rowie. Podjeżdżam bliżej. Poznaję, to Szkot, który dzisiaj rano wyjechał ze mną w trasę. Pytam czy wszystko w porządku. Pokazuje mi palcem, że OK. Krzyczy, że odpoczywa od wiatru. Czuje się podobnie jak ja. Ma dosyć tej wściekłej walki z wiatrem. Do końca dnia jeszcze daleko, a już czuję, że nogi zaczynają się odzywać. Droga jest przeważnie prosta. Czasami lekkie nachylenie, a ja mam wrażenie, że cały czas wspinam się w górę po nachyleniu co najmniej 10%.
Po południu docieram w końcu do kolejnego wodospadu, który miałem na dzisiaj w planie – Skogafoss. Potężny, setki ton spadającej wody. Trochę odpocząłem podziwiając go, robiąc zdjęcia i filmiki. Pod wodospadem była restauracja. Zamówiłem sobie zupę z mięsem owcy. Była super, takiej jeszcze nigdy nie jadłem. Podobno to Islandzki przysmak.
Mimo tego, że odpoczywałem nad wodospadem godzinę, to kiedy ruszyłem dalej, miałem wrażenie jakbym zrobił już jakieś 200 km bez odpoczynku. Strasznie ciężko się pedałowało. Byłem coraz bardziej zmęczony. Wiatr zrobił się tak silny, że trudno było pedałować, a do tego zaczął padać drobny deszcz, napędzany wiatrem, poziomo wciskał się wszędzie, mocząc mnie mimo przeciwdeszczowego ubioru. Teraz prędkość to 6-7 km/h na prostej drodze. Po godzinie kładę się w rowie, na mchu, jak minięty wcześniej Szkot. Osłaniam się sakwami, żeby trochę odpocząć od wiatru. Jak mi dobrze, chociaż chwilę wiatr i deszcz nie wpada mi w uszy, pod kask, oślepia, wali w szyję spływając pod kurtkę. Muszę jednak jechać dalej.  Jest już 20:00, a ja czuję już kompletny brak siły. Za zakrętem wyłania się przede mną góra i kręty na nią podjazd o sporym nachyleniu. Ryk rozpaczy wydobył się z mojego gardła. Mam dosyć. U podnóża góry widzę znak Gosthaus. Wszystko mi jedno, jadę tam i zostaję nawet jakbym miał zapłacić masę pieniędzy. Jadę, to dużo powiedziane. Wdrapuję się, pchając rower mimo tego, że podjazd nie jest wielki. Wychodzi do mnie miła, młoda kobieta. Oznajmia mi, że nie ma już miejsc, ale zaproponowała, że podwiezie mnie do Vik (za górą), gdzie znajdę nocleg na kempingu. Byłem uratowany. Jej mąż pakuje mi rower na przyczepkę, wsiadamy do wygodnego pick-upa i jedziemy. Okazało się, że wystarczyło tylko wjechać na górę i z niej zjechać. Po pięciu minutach byłem na miejscu. Będę chwalił Islandczyków pod niebiosa. Pomogli mi i to bezinteresownie.
Z wielką trudnością rozbijam namiot, który wiatr targa we wszystkie kierunki. Do tego deszcz, który stał się teraz bardzo mocny. O 21:30 jestem w środku namiotu. Jest super mimo tego, że wiatr targa, szarpie, unosi cały namiot. Przez pół godziny leżę odpoczywając. Robię sobie gorącą kawę. Ciepły płyn rozgrzewa moje wnętrze. Jakie to przyjemne, jaka to rozkosz. Robię sobie rissoto z kurczakiem – pychota. Mimo pogody idę zobaczyć jak wyglądają łazienki, jak wygląda kuchnia. W kuchni tłok, że palca nie można wcisnąć. Stwierdziłem, że cena 1750 ISK jaką zapłaciłem nie poszła na marne. Ciepła woda pod prysznicem, czysto, full wypas. Korzystam z toalety i wracam do namiotu. Wiatr wzmaga się jeszcze bardziej. Mam wrażenie, że może mnie czasami unieść do góry. Zastanawiam się czy linki wytrzymają. Idę spać. Usypiam jak niemowlę, zmęczenie dało znać o sobie.

Dzień 8 – środa ( 10.07.2019r) Vik (przerwa ze względu na pogodę)


Całą noc padało i silnie wiało. Kilka razy hałasem silnego trzepotania namiotem obudziłem się z przerażeniem, ale mój namiot stawiał dzielny opór nawałnicy. O siódmej rano sprawdziłem w komórce pogodę. Wiatr 100-120 km/h i cały dzień deszcz. Nie było to optymistyczne. Postanowiłem dzisiaj zostać. Na jutro zapowiadana jest poprawa pogody. Powoli gramolę się z ciepłego śpiwora. Zimno. Jakby nie „puchówka”, to chyba bym zamarzł. Jest chyba 3 może 4 stopni, ale najgorszy jest wiatr. Ustalam sobie plan na dzisiaj. Idę do sklepu, który jest niedaleko kempingu, idę do kuchni, jem i nadrabiam zaległości w pisaniu, czytaniu. Zgram również zdjęcia i filmy na komputer. Po południu może uda się wyskoczyć na czarną plażę, z której słynie Vik.
Siedzę w ciepłej kuchni (grzejniki były gorące) popijam kawę i co chwilę patrzę za okno. Co napisali w prognozie to się sprawdza. Wieje, leje i w ogóle do kitu. W sklepie spotkałem Kanadyjkę, która kilka dni temu rozbiła się w Hvolsvöllur obok mnie. Pytała czy dzisiaj jadę. Kategorycznie zaprzeczyłem. Ona też zrezygnowała. Wczoraj wieczorem widziałem, jak przyjechała samochodem z jakimś ciemniejszej karnacji facetem tuż po mnie, ale chyba śpi w jakimś hotelu lub gosthausie, gdyż na kempingu jej nie ma. Za to widziałem namiot i rower Szkota, z którym wczoraj się mijałem kilka razy. Też dzisiaj odpoczywa.
Jem obiad. Po południu trochę zelżało. Przynajmniej tak nie pada deszcz. Szkot siedzi niedaleko mnie w kuchni i czyta książkę. Ja podładowałem prądem wszystkie urządzenia. Po obiadku zdrzemnąłem się godzinkę i ok. 19 postanowiłem pójść na plażę. Nie pada, ale wiatr nie ustał. Idę uliczkami Vik. Taka mała miejscowość, ale basen termalny jest. Na czarnej plaży nie można było zagościć długo. Nad oceanem, wiatr dopiero pokazywał co potrafi. Momentami nie można było oddychać i spokojnie stać. Widoczność 100 m. Bez sensu, a miało być tak pięknie. Zrezygnowany wracam.
Dzień mija w lenistwie. Po 22 trochę się uspokoiło.

Dzień 9 – czwartek (11.07.2019r) Przejechane 88,3 km. Trasa: Vik, Laufskalavarda, nocleg Kirkjubajarklaustur


Kiedy otworzyłem oczy z radością stwierdziłem, że nie pada i wieje też lżej. Namiot trochę mokry, ale zanim zjadłem śniadanie, skorzystałem z toalety, trochę przesechł. Ruszam, szkoda czasu. Wiatr wieje tradycyjnie prosto w twarz. Powoli się przebijam. Mam w planie co najmniej 80 km do kempingu w Kirkjubajarklaustur. Droga nr 1 jest łaskawa. Prawie cały czas płaska. Wysiłek wkładany w pokonanie wiatru nadrabiają przepiękne widoki. Bezkresne równiny porośnięte szarym mchem, dalej morze kołyszącego się na wietrze niebieskiego łubinu. I przepiękne rozlewiska licznych rzek. Takie widoki są tylko tutaj pomyślałem. Coś podobnego widziałem na wulkanicznej wyspie Lanzarote na wyspach kanaryjskich, ale tamto się chowa z tym co można zobaczyć na Islandii. Droga nie była najgorsza. Co prawda po jakiś kilkunastu km pojawiły się podjazdy, ale nie było tak źle.
Już o 18 jestem na zaplanowanym kempingu pokonując niecałe 90 km. Po chwili zastanowienia stwierdziłem, że nie jadę dalej. Cena wygórowana. 1800 ISK i do tego trzeba płacić za ciepłą wodę pod prysznicem dodatkowe 300 ISK. Rozbój. Szkot też tutaj dojechał tuż po mnie. W końcu się oficjalnie poznaliśmy. Miał na imię David. Jak dowiedział się, że jestem Polakiem trochę się zirytował. Mówił, że spotyka samych Polaków, Kanadyjczyków, Niemców, Azjatów lub Francuzów, a on ze Szkocji jest sam. Okazał się bardzo sympatycznym człowiekiem. Również ma w planie objechać dookoła wyspę.
Siedziałem w kuchni jedząc spaghetti. Przez przypadek poznałem tam Polaka – Krzysztofa, który krzątał się robiąc coś do jedzenia. Mieszka od 1,5 roku na Islandii i pracuje jako kucharz. Teraz jest kucharzem amerykańskiej ekspedycji geologów. Rozmowa była bardzo miła. Dużo się dowiedziałem o życiu na wyspie, o cenach, zarobkach, Polakach tutaj żyjących. Zostałem poczęstowany przez niego zupą z jagnięcia – tutejszym specjałem o nazwie kiötcup. Zaprosił mnie na kolację. Była to kolacja, której nie zapomnę nigdy. Po raz pierwszy jadłem między innymi rekina (niespecjalny), salceson z głowy owcy (tutejszy specjał, nawet niezły, ale w niedużych ilościach), suszonego dorsza (ohyda) oraz wędlinę z jagnięcia (może być, z pieczywem mi smakowała). Na drogę dostałem kilka bardzo dobrych batoników.
Obok mnie rozbiła się rodzina z Rosji. Porażka. Brak całkowicie kultury. Zachowywali się jakby nikogo obok nich nie było. Szybko poszedłem spać.

Dzień 10 – piątek (12.07.2019r) Przejechane 112,5 km. Trasa:   Kirkjubajarklaustur, Kalfafell, nocleg za Hof


Mój zegar biologiczny chyba się unormował. Codziennie budzę się ok 7:00 wyspany, gotowy do kolejnego dnia. Tak też było dzisiaj. Pogoda nie była zła. Pochmurno, ale przynajmniej nie padało. Wiatr również nie był zbyt silny. Wiało, ale tutaj zawsze wieje (przynajmniej do tej pory tak było). O 8:15 ruszyłem w trasę. Było 8 stopni ciepła. Powinno po południu być cieplej pomyślałem kiedy patrzyłem na termometr na stacji benzynowej. Rzeczywiście pod wieczór było nawet 11 stopni.
Opuszczając kemping pomachałem Davidowi – Szkotowi, który również się szykował do drogi. Powiedział, że jedzie dzisiaj do oporu i będzie spał gdzie się mu uda. Miałem podobne plany. Do najbliższego kempingu jest ok 90 km, a do kolejnego ponad 200. Jadę dosyć szybko, mimo tego, że wiatr momentami jest dosyć silny. Mijam po lewej widok na lodowiec, a właściwie na jeden z jego języków. Koło południa pogoda się zmienia. Jak to bywa na Islandii. Zaczęło padać. Ubieram kurtkę i spodnie nieprzemakalne. Po chwili przestaje padać. Ściągam wszystko, bo jest mi gorąco. Mija kilkanaście minut i znowu pada. Znowu się ubieram w nieprzemakalny strój. I znowu przestaje padać. Tak się powtarza jeszcze kilka razy. Islandia bada moją cierpliwość.
Docieram do wodospadu Skaryfoss. Widzę go z daleka. Żeby do niego dotrzeć trzeba zostawić rower na parkingu i kilkaset metrów wspiąć się do góry. Dla rowerzysty to ciężki temat stwierdziłem i ruszyłem dalej. W oddali widzę rower oparty o kamień i leżącego obok rowerzystę. Poznaję, to „mój” szkot odpoczywa. Dogonił mnie i minął nawet nie wiem kiedy (przypuszczam, że prawdopodobnie jak zastanawiałem się nad wejściem na wodospad). Nie przeszkadzałem mu i pognałem dalej.
Miałem na liczniku przejechane ponad 100 km, kiedy postanowiłem szukać miejsca na nocleg. Po kilkunastu km skręciłem w drogę szutrową, gdyż przy "jedynce"  nie ma prawie szans na znalezienie noclegu – same ogrodzenia i zakazy rozbijania się namiotem. Znalazłem w małej dolince, tuż obok języka lodowca, miejsce idealne na rozbicie się. Co prawda trochę blisko drogi, po której przejeżdżało co jakiś czas auto w stronę lodowca, ale nie przeszkadzało mi to. Byłem osłonięty od ich widoku.
Miałem mały wypadek. Podczas rozbijania namiotu stanąłem nogą w zarośnięty mchem dół i skręciłem ją. Bolało jak cholera. Zawinąłem stopę opaską elastyczną na noc. Trochę pomogło, ale ból czułem do końca wyprawy (a nawet dłużej – dzisiaj po 4 miesiącach nadal mam problemy).

Dzień 11 – sobota (13.07.2019r). Przejechane 88 km. Trasa: Za Hof, Jökulsarlon, Bjarnanes, nocleg Höfn.


Miałem kiepską noc. Noga bolała i co chwilę się budziłem. Wstałem jednak jak zwykle o 7:00. Dzień za to zapowiadał się wspaniale, przynajmniej rano. Po godzinie z wielką obawą o nogę ruszam w trasę. Zawinięta bandażem elastycznym nawet tak nie dokucza. Po 10 km jestem nad jeziorem Jökulsarlon. To jezioro pełne kry lodowej oderwanej od lodowca. Pierwsze ważenie jest nieciekawe. Cała powierzchnia jeziora zasłonięta gęstą mgłą. Jadę dalej wzdłuż i nagle jakby opadła biała kurtyna i po lewej odkrywa się wspaniały widok. Potężne lodowe kry spoczywające na błękitnej tafli. Co prawda widoczność nie jest zachwycająca, tak ok. 300-400 m, ale to wystarczy, aby podziwiać niesamowite zjawisko. Docieram do rzeki, która wypływa z jeziora niosąc ze sobą olbrzymie bryły lodu do oceanu. Jej nurt jest tak duży, że lód porusza się z dużą prędkością. Zatrzymuję się. Oglądam jezioro – można tam pływać na różnym sprzęcie pływającym, między krami, oczywiście za słoną opłatą. Biznes się tutaj nieźle rozkręcił. Robię trochę zdjęć i filmików. Idę wzdłuż rzeki nad ocean. Spływające bryły lodu spotykają w oceanie na przeciwny prąd i są wyrzucane na brzeg. Cała plaża usiana jest lodowymi głazami. Widok zapiera dech w piersiach. Kry lodowe topiąc się powoli tworzą cudowne kształty. Chodzę między nimi robiąc co chwilę zdjęcia. Poznałem tam parę starszych Kanadyjczyków. Rozmawialiśmy chwilę. Kiedy dowiedzieli się, że jestem z Polski, byli zachwyceni. Ich idolem był i jest nadal Jan Paweł II – nasz papież. Było to miłe, kiedy z takim zachwytem mówili o naszym wielkim Polaku.
Po godzinie jadę dalej. Pogoda mi sprzyja. Nie ma słońca, ale nie jest zimno (12 stopni), a najważniejsze jest to, że wieje delikatnie. Szybko pokonuję 40 km. Dla odpoczynku zatrzymuję się na parkingu, gdzie stoi pomnik jakiegoś profesora, który tutaj się urodził (nie zapisałem jego nazwiska). Z tego co przeczytałem był on członkiem królewskiej rady w Danii. Siedzę na kamieniu, jem batonika kiedy podjeżdża samochód. Dwoje w średnim wieku ludzi wysiada z niego i zagaduje. Po krótkiej rozmowie okazuje się, że On, to Niemiec, a Ona, to Białorusinka z Grodna i mówi dosyć dobrze po Polsku. Było to bardzo miłe spotkanie. Oni jechali do centrum wyspy aby zobaczyć wulkan Askja, a ja jadę wzdłuż wybrzeża.
Moim celem dzisiaj jest Höfn. Zatrzymuję się po kolejnych kilkunastu km na farmie krów i reniferów. Zwiedza się tam bardzo nowoczesną oborę, gdzie krowy mają jak w raju. Takiej obory jeszcze nie widziałem w życiu. Można tam również zjeść obiad, bo jest restauracja. Skorzystałem z okazji, bo byłem już bardzo głodny. Duży hamburger wołowy z pieczonymi w serze ziemniakami, różnymi sosami i sporą porcją sałatki warzywnej. Do tego kawa i woda bez ograniczeń. Za to cena powalająca – 2900 ISK. Zaszalałem. Po godzinie ledwo co jadę, taki jestem pełny. Dawno tyle nie jadłem na obiad.
Droga nadal nie jest ciężka. Kilka niewielkich podjazdów. Jednak po ponad 80 km czuję już lekki ból w nogach. Dojeżdżam do skrzyżowania. Mam dylemat. W prawo jest 3 km Höfn z kempingiem, sklepem, a jadąc dalej jedynką następny kemping mam za jakieś 29 km (tak pokazywała mapa). Decyduję się na Höfn. Na kempingu spotykam Davida – Szkota. Witamy się jak dobrzy znajomi. Trochę rozmawiamy. On ma w planie jeszcze jazdę przez 11 dni. Twierdzi, że zdąży objechać dookoła Islandię. Za 11 dni ma samolot powrotny. Musi wracać do pracy. Według moich obliczeń musi jechać dziennie ponad 100 km, żeby zrealizować swoje plany. Jest zachwycony moimi planami. Żałuje, że ma tak ograniczony czas. Jest, podobnie jak ja, zachwycony Islandią i marzy mu się zobaczyć więcej.
Idę na zakupy do Netto. Jak jechałem to noga mnie tak nie bolała. Spacer do sklepu nadwyrężył ją bardzo. W recepcji kempingu pracował Polak. Dzięki temu zaoszczędziłem 400 ISK, policzył mi cenę jak za seniora (emeryta), dlatego mogłem zaszaleć w Netto i zapłaciłem ponad 2000 ISK. Kupiłem sobie tutejsze, kolejny rodzaj piwa na spróbowanie. Wieczorem po kolacji smakowało wybornie. W kempingowej kuchni podładowałem sobie sprzęt elektroniczny, wysłałem filmik na facebook dla żony. Późnym wieczorem udałem się na spoczynek. Przydarzyło mi się kolejne nieszczęście. Usiadłem w namiocie na okulary. Rozpacz była olbrzymia. Udało mi się naprawić nauszniki, ale niestety złamała mi się śrubka trzymająca szkło w oprawce.
Walczyłem z okularami ponad godzinę. Udało mi się jakoś związać oprawki nitką. Trzyma się. Będę je używał tylko do czytania. Około północy idę spać.

Dzień 12 - kolejna niedziela (14.07.2019r). Przejechane 105 km. Trasa: Höfn, Skutfoss, Stafafell, Hvalnes, Starmyri, nocleg Djupivogur


Śnił mi się dom. Obudziłem się lekko skołowaciały. Sen był taki realistyczny. Gdzie jestem? Kiedy spojrzałem wokół siebie szybko wróciłem do rzeczywistości. Jestem tu gdzie chciałem być. Po ósmej byłem spakowany i gotowy do wyjazdu. Wczoraj David mówił, że dzisiaj będą górki. Zobaczymy. Wyruszam jako jeden z pierwszych na kempingu. Kiedy wychodziłem z kempingu mój Szkot dopiero wychodził z namiotu. Pomachał mi na pożegnanie.
Już po kilku km przyznałem Davidowi rację. Cały czas pod górkę. Mam tunel przed sobą. 1,3 km  długi i też pod górkę. Prędkość zadziwiająca – 6, max 10 km/h. Przynajmniej jest ciepło. Wdrapałem się. Kilka km za tunelem mam przełęcz i z górki, ostro, muszę ciągle hamować. Prędkość średnia to 50 km/h. Jak szybko się zjeżdża, a jak długo trzeba się wspinać – myślałem jadą po kilkunastu minutach już płaską drogą. Widoki są rewelacyjne. Po prawej ocean, po lewej strzeliste zbocza skał. Co jakiś czas niewielki podjazd i też niewielki zjazd. Mijam rowerzystów jadących w przeciwnym kierunku. Jeden z nich wyglądał jakby zaraz miał paść z roweru. Wszyscy pozdrawiamy się serdecznie.
Taka sielanka trwała jakieś 40 km. Potem zaczęły się prawdziwe góry. Ostre od kilkuset metrów do kilku km podjazdy, a potem takie same zjazdy i tak kilka, a może kilkanaście razy. Droga dawała w kość. Do tego zaczęło wiać od oceanu lekko z prawej strony, ale miałem wrażenie, że prosto w twarz. Staję na parkingu aby trochę odpocząć. Spotykam tam dwie Polki z Ukraińcem. Rozmawiamy o podróżowaniu, wyzwaniach, jakie stają przed takimi jak ja. Podziwiają mnie. Takie rozmowy dają człowiekowi jeszcze większego kopa do tego, aby to co robi, robił nadal. Cała trójka siada do swojej Renówki i jedzie w przeciwną stronę niż ja.
Po południu wiatr się wzmógł. Jest coraz gorzej. Na liczniku wybiła stówka. Oznaczało to, że zbliżam się do Djupivogur. Spojrzałem na zegarek. Dopiero 18. Jakby nie pogoda i zaczynający się ból kolan może bym jechał dalej, ale postanowiłem się nie forsować. Skręciłem po kilku km do miejscowości. Rozbiłem namiot, wziąłem prysznic kiedy zobaczyłem mojego Szkota, który razem z wcześniej poznaną Kanadyjką wjeżdżali na kemping. Jak zwykle serdeczności, kilka zdań. Robię sobie kolację, a właściwie obiadokolację. Liofilizaty (sproszkowane dania) są nawet dosyć dobre. Można szybko i nawet treściwie zjeść. Miejscowość Djupivogur jest bardzo mała. Właściwie nie ma co tu oglądać. Mały rybacki port z kawiarenką, kilkanaście domów, ale jest również hotel, do którego należy kemping. Pracownik hotelu przyszedł zebrać opłatę (miał służbowe ubranie). Wieczorem, chociaż nie wiem kiedy tutaj jest wieczór, posiedziałem chwilę ze Szkotem i Kanadyjką. Mało co ich rozumiałem. Z tego co się domyśliłem rozmawiali o francuskiej części Kanady skąd pochodziła dziewczyna. Zrobiliśmy sobie wspólne zdjęcie. Zaczęło padać i mocno wiać i każdy poszedł w swoją stronę. Około północy byłem już w śpiworze.

Dzień 13 – poniedziałek (15.07.2019r.) Przejechane 92 km. Trasa: Djupivogur, droga 939 OXI, Thingmuli, Mjoanes, nocleg Hallormsstadur.

Kiedy wyszedłem ok. 7 z namiotu nie widziałem pobliskich domów. Djupivogur spowiła gęsta mgła. O 7:30 byłem właściwie gotowy do drogi został tylko namiot do spakowania. Nie chciało mi się jeść, jednak coś szybko przekąsiłem, spakowałem sakwy i namiot, i tuż przed 8 ruszyłem w drogę. David też się już szykował. Życzył powodzenia jak wychodziłem z kempingu.
Tuż przed wyjazdem z Djupivogur spadła mi tylna sakwa, a właściwie torba na sakwie i to tak nieszczęśliwie, że urwałem jedno ucho. Pech – pomyślałem i od razu skojarzyłem, że dzisiaj jest 13 dzień mojej wyprawy. Awaria nie była jednak groźna, szybko sobie z nią poradziłem, przepiąłem bukłak z wodą na przednią kierownicę, aby odciążyć torbę, kilka „trytek” i było OK, jadę. Wjechałem ponownie na drogę nr 1. Mgła powoli zanika. Może dlatego, że cały czas się pnę pod górę. Wyłania mi się samochód we mgle. Ktoś rozbił namiot tuż koło drogi. Można i tak. Zjazd w dół i znowu w górę. Tak przez 15 km. Około 10 pogoda się poprawia. Mgła właściwie zniknęła. Akurat dojechałem do zjazdu w drogę 939, tzw. Oxi. Wczorajszego dnia Szkot powiedział mi, że rozmawiał z motocyklistami, którzy tamtędy jechali. Ostrzegali przed ok. 10% podjazdami. No cóż, 10% to nie jest dla mnie nowina. Kiedy jednak skręciłem w szutrową drogę 939, to po kilku km zobaczyłem ostrzegawczy napis o podjazdach 17%. To już jest wyzwanie pomyślałem. No to motocykliści ze Szkotem mnie załatwili, a chciałem jechać cały czas "jedynką" – pomyślałem znowu o 13 dniu.
Droga na razie o niewielkim nachyleniu wije się pod górę. Za zakrętem nagła stromizna, ale to chyba ok. 10% gdyż udaje mi się pod nią wjechać, chociaż ciężar roweru pcha mnie do tyłu niemiłosiernie. Na górze miła niespodzianka. Piękny wodospad pośród gór. Zostawiłem rower na parkingu i poszedłem porobić zdjęcia i filmiki. Kiedy wracałem zobaczyłem Davida jak wspina się drogą na parking. Poradził sobie. Pomachał na przywitanie. Rozmowę zaczął od znaku informującego o nachyleniu jakie nas czeka. Był podobnie jak ja zaskoczony. Dalej jedziemy razem. Jedziemy to trochę stwierdzenie nad wyraz. Po kilkuset metrach za zakrętem wyjawił się nam prawdziwy podjazd. Z mojego gardła wydobyło się tylko „o ku…” Nie wiem czy to było tylko 17%, miałem wrażenie, że więcej. Nie mogłem wepchać roweru z bagażami. Stromo, ślisko na szutrze i do tego duże nierówności sprawiły, że robiłem z wielkim wysiłkiem kilka kroków i musiałem już stawać. Po kilkudziesięciu metrach wspinaczki miałem dosyć. Chciałem już odczepić sakwy, wepchać sam rower, a potem wrócić po bagaże. Szkot miał o wiele lżejszy rower (kolarzówkę) i bagaże. Widziałem go jakieś 100 m przede mną. Okazał się super kompanem. Zostawił swój rower na górze, zszedł i pomógł mi wejść na górę pchając z tyłu . Tam była dalej stromizna, ale już nie taka mocna.
Nasza wspinaczka trwała kilka godzin. Kilkuset metrowy lekki podjazd (nie było płaskiej drogi), a potem znowu kilkadziesiąt, może ponad 100 m ostrego podejścia. Około 13 dotarliśmy na przełęcz. W między czasie kilka razy odpoczywaliśmy, raczyliśmy się super zimną, czystą wodą w potokach górskich, robiliśmy zdjęcia widoków górskich. W końcu ruszamy w dół, taka mała nagroda za trudy. Jest równie stromo, a do tego niebezpiecznie. Szutrowa, śliska droga nie sprzyja rowerzystom. Szkot jedzie bardzo ostrożnie. Oddalam się od niego po kilkunastu minutach o kilkaset metrów. Czuję, że z rowerem jest coś nie tak. Zwalniam. David mnie dogania, pyta co się dzieje. Macham mu ręką, że jest OK. Mija mnie, a ja po chwili już wiem co się stało. Na dziurach w drodze musiałem dobić przednim kołem i mam flaka.
Czyżby 13 dzień sobie o mnie przypomniał? Zabieram się do naprawy. Zakładam ponownie koło, pompuję, zakładam sakwy i znowu pech, źle założyłem oponę, z boku zrobiła się buła. Ponownie ściągam wszystko, spuszczam powietrze i naprawiam. Teraz jest Ok. Straciłem masę czasu, energii na pompowanie i dużo wody, gdyż musiałem kilka razy gasić pragnienie, bo na dodatek wyszło słońce i pociłem się strasznie. Po godzinie jadę. David już jest chyba kilkanaście km przede mną. Teraz jadę powoli i ostrożnie. Została mi tylko jedna dętka w zapasie. Po drodze zatrzymuje się przy strumieniu i uzupełniam zapasy wody. Droga 939 kończy się. Wjeżdżam na 95-tkę. Znowu pech. Akurat jest w remoncie. Kilkanaście km jadę po wysypanych kamieniach podkładowych. Jak były ugniecione przez walec, to jeszcze było ok., ale w większości był to luźny kamień, a to nie jest droga dla rowerów. Miałem wrażenie, że jadę ponownie pod górę, tak grzązłem w sypkim kamieniu, a droga była płaska. Po lewej mam rozlewisko rzeki, piękny widok, ale za to dodatkowa atrakcja. Tysiące małych muszek, które bezlitośnie atakowały. Nie poddaję się. Po kilku km docieram do drogi asfaltowej, można jechać szybciej. Gdzieś po godz. 18 docieram do skrzyżowania. Prosto pojechałbym do Egilsstadir, gdzie jest mój Szkot (przynajmniej tak planował), w lewo wiedzie droga dookoła jeziora Lagartljot. Jeszcze w domu planowałem objechać to najdłuższe na Islandii jezioro. Skręcam w drogę 931, dobrze, że też jest asfaltowa. Tak pożegnałem Davida. Więcej się nie zobaczyliśmy. Szkoda, fajny facet.
Przepiękne widoki. Jezioro rzeczywiście jest olbrzymie, a właściwie długie, bo drugi brzeg widać dobrze, ale co jest po lewej lub prawej to niekoniecznie. Po godzinie jazdy docieram na kemping w miejscowości Hallormsstadur. Zostaję, chcę się wykąpać i dłużej odpocząć po Oxi. Prysznic płatny 500 ISK i do tego trzeba mieć same monety 100 ISK, a ja mam tylko 4 szt. Umyłem się w umywalce, gdzie była za darmo ciepła woda, trochę nachlapałem, ale nie było tutaj wielu turystów. Postanowiłem zrobić pranie. Słońce nie przestało od kilku godzin grzać i jest przyjemna pogoda. W między czasie zjawiło się na kempingu kilka francuskich rodzin z mnóstwem dzieci. Ale jarmark! Robię jedzenie, porządkuje filmiki, zdjęcia zrzucając je do komputera, rozmawiam z żoną i tak ok. 23 kończę dzisiejszy 13 dzień podróży. Pechowy? Nie wiem.

Dzień 14 – wtorek (16.07.2019r.) Przejechane 97 km. Trasa: Hallormsstadur, Egilsstadir, Fellabaer, Hofteigur, nocleg Skjöldólfsstadir

Ranek zapowiadał dobry dzień, chociaż trochę wiało, ale rzadko kiedy nie wieje, więc potraktowałem to jako normalność. Nawet nie ubrałem dresów na nogi. Wyjechałem chyba najpóźniej jak do tej pory. Była 9:30 kiedy mijałem szlaban kempingu. Jadę naokoło jeziora Lagartljot. Na razie w kierunku zachodnim i wiatr wieje mi w plecy. Zaraz za kempingiem strzelił mi tysiąc na liczniku. Połowa za mną – pomyślałem wciskając mocniej pedał, aby pokonać niewielkie wzniesienie. Droga faluje, ale jedzie się dobrze. Po kilku km docieram do końca jeziora i widzę długi most na drugą stronę nad rzeką odpływem jeziora. Skręcam w stronę wodospadu, który chcę zobaczyć. Przejeżdżam most i widzę drogowskaz w kierunku wodospadu, skręcam w lewo. Niestety, kiedy dojeżdżam do celu jestem zaskoczony. Żeby zobaczyć wodospad, trzeba zostawić przy drodze rower i wdrapywać się kilkaset metrów w góry. Wodospadu z drogi nie widać. Patrzę na kilka osób, które wdrapują się  wysoko w górach. Kawał drogi – pomyślałem. Chwila zastanowienia i rezygnuję. Jadę dalej dookoła jeziora. Droga teraz wiedzie pod górę i to stromo. Jak przystało na Islandię pogoda nagle się zmieniła, zaczął padać drobny deszczyk. Do tego zmieniłem kierunek jazdy. Teraz jadę na północny wschód, czyli idealnie pod wiatr. Wyobraźcie sobie: deszczyk, pod górę o kilkustopniowy nachyleniu i pod wiatr, a rower waży ponad 60 kg z bagażem. Żyć nie umierać. Pod szczytem deszczyk zmienia się w deszcz tak, że muszę ubierać kurtkę przeciwdeszczową i spodnie nieprzemakalne. Na szczycie mam mokre plecy z potu. Teraz w dół. Droga znowu faluje. Co chwilę mijam miejscowych kolarzy na szybkich kolarzówkach. Świetna trasa treningowa, pomyślałem kiedy mijałem kolejnego zjeżdżającego z zawrotną prędkością.
Już wczorajszego dnia zaniepokoił mnie dziwny dźwięk w tylnym kole, co chwilę delikatny jakby strzał. Teraz ponownie się pojawił. Coś nie tak z rowerem. Zatrzymałem się sprawdziłem koło. Ma za duży luz, czyli coś w piaście jest nie tak. Nic sam nie zrobię, nawet nie mam narzędzi, żeby rozkręcić piastę. Jadę dalej i nasłuchuję strzelające koło. Widoki na jezioro są wspaniałe. Deszcz przerywa na chwilę, aby po chwili siekać ostro, prosto w twarz. W górę i w dół, i znowu w górę i w dół. Trafiam na remont drogi, o zgrozo. Kilka km po rozsypanym kamyczku. Rower momentami tańczy, szczególnie przy zjeździe. Kilka razy musiałem popchać go pod górkę mimo niewielkiego nachylenia. Cały objazd jeziora to jakieś 80 km, bo miałem na liczniku 45 km kiedy dojechałem do drogi nr 1. Skręciłem w prawo w kierunku miejscowości Egilsstadir. Postanowiłem poszukać serwisu rowerowego. Stukanie trochę mnie niepokoi. W miejscowości spotykam dwoje rowerzystów z Francji. Pytam czy nie widzieli serwisu, niestety nie. Jadę do wypożyczali rowerów, o której mi powiedzieli. Tam dowiaduję się, że tutaj raczej nie ma serwisu rowerowego, kierują mnie do mechanika samochodowego, może mi pomoże. Po drodze spotykam dwóch Polaków tutaj mieszkających. Potwierdzają, że najbliższy serwis to w Akureyi, ale kierują mnie do sklepu rowerowego. Nic, ani w sklepie, ani na warsztacie. Nie uzyskałem pomocy. Wracam na trasę. Zatrzymuję się jeszcze pod Bonusem, robię zakupy. Zjadłem również skromny obiad – kanapkę z szynką, jabłko i jak zwykle jogurt Skyr. Ruszam dalej drogą nr 1.
Kilka km za Egilsstadir znowu zaczęło padać i o dosyć mocno. Na szczęście jadę teraz na północ więc wieje z boku. Czuję, że mam mokro w butach, a od potu paruje mi pod szyją. Po 20 km przestaje tak mocno padać. Teraz to delikatny kapuśniaczek, ale nie przeszkadza, gdyż wiatr wieje z boku i tak też pada. Zatrzymuję się co kilka km żeby zrobić zdjęcia, widoki są piękne.
Mam już blisko ponad 90 km dzisiaj na liczniku. Cała droga nr 1 po obu stronach jest ogrodzona. Nie można zatrzymać się i rozbić na dziko. W oddali widzę wijącą się w górę drogę. Stromy podjazd zbliża się powoli. Dojeżdżam do kempingu w szczerym polu. Domek – z barem i pole kempingowe. Zatrzymuję się kiedy zobaczyłem napis o basenie termalnym. Nie mylę się, za 1500 ISK mam basen z gorącą wodą, kuchnię, toaletę i nawet całkiem fajne pole namiotowe. Rozbijam się i idę na basen. Woda 43 stopnie. Super bo na zewnątrz 10 stopni. Do tego miałem cały basen dla siebie. Czułem się jak w niebie. Dopiero deszczyk, który zaczął ponownie padać wygonił mnie z basenu. Przyjechali następni turyści, teraz oni zajęli basen i nie przeszkadzał im coraz mocniejszy deszcz.
Na kolację risotto z kurczakiem – dobre, dobiłem serkiem Skyr. Idę do baru, żeby trochę przeschnąć i naładować prądem urządzenia. Rozmawiam przez telefon z żoną. Po godzinie wracam. Obok mnie kilka namiotów, znowu Rosjanie. Jak zwykle strasznie głośni. Cały mój namiot z pozawieszanymi lub porozkładanymi mokrymi ciuchami. Robię jeszcze rozliczenie finansów po dwóch tygodniach w trasie. Straciłem ok. 1000 zł w przeliczeniu na nasze. W większości na opłaty kempingowe. Nie jest źle, chociaż jakby można byłoby rozbijać się na dziko, to byłoby taniej. Islandczycy odgrodzili od turystów całą drogę nr 1. Trzeba odjechać od niej sporo, żeby się rozbijać za darmo. Idę spać.

Dzień 15 - środa (17.07.2019r.) Przejechane 108 km. Trasa: Skjöldólfsstadir, droga nr 1, Chaise Blanche, Fjalladyrd, Vidhidalur, droga nr 864, Holssel, nocleg nad rzeką Jökulsá

Całą noc padało. Wstałem dopiero o 8, kiedy krople wody przestały uderzać w namiot. Wyszedłem na zewnątrz. Jest parno, ale nawet ciepło (potem sprawdziłem na liczniku, było 10 stopni). Po śniadaniu pakuję jeszcze mokry namiot i ruszam. Już wczoraj widziałem drogę wijącą się w górę, ale nie wiedziałem, że będzie tak źle. Nachylenie ok. 7% (momentami 9 %) i tak przez 5 km, a potem trochę mniejsze, może z 5% i tak znowu kilka km. Przewyższenie wyniosło 570 m. Na szczycie płasko, przyśpieszam. W oddali widzę mgłę, a właściwie nie widzę nic, bo droga ginie w chmurach. Kiedy docieram do mgły wiatr zrywa się gwałtownie i do tego prawie w twarz. Temperatura spada do 5 stopni. Ręce zaczynają mi kostnieć z zimna. Staję, ubieram kurtkę i ciepłe rękawice, przy okazji odpoczywam. Para wydobywa się z ust przy oddychaniu. Zjadłem na drugie śniadanie jabłko. Jadę. Znowu pod górę, ale nie tak stromo jak poprzednio. Zjeżdżam w dół. Temperatura spada do 4 stopni. Nagle robi się pięknie. Chmury jakby przegonione przez wiatr odkrywają piękne górskie widoki. Jestem na 665 m n.p.m. Zrobiłem już 30 km i to większość pod górę. Teraz przede mną szalony zjazd. Mam na liczniku prawie 60 km/h i to tylko dlatego, że cały czas ostro hamuję. W dolinie wieje coraz mocniej i mimo tego, że droga się spłaszczyła to moja prędkość spadła do 12 km/h. Szalona pogoda – myślałem zmagając się z wiatrem.
Z naprzeciwka jedzie rowerzysta. Zatrzymuje się. Próbujemy rozmawiać. Ma straszny akcent, nie mogę zrozumieć co mówi. To Szwed i jedzie również dookoła wyspy, ale w przeciwnym kierunku. Mówi coś o kempingach i chwali te na północy Islandii. Rozjechaliśmy się życząc sobie powodzenia.
Na liczniku mam 60 km przejechanych w ostrym wietrze. Jest zimno. Temperatura wzrosła co prawdę do jakiś 8 stopni, ale wiatr robi swoje. Znowu co chwilę skręcam głowę w bok, wtedy trochę można odpocząć od ciągłego szumu wiatru w uszach. To już weszło mi w nawyk. Inaczej można byłoby zwariować od tego ciągłego świstu.
Mijam kolejnego rowerzystę. Nie zatrzymuje się tylko macha przyjaźnie. Wyglądał na bardzo zmęczonego. Dojeżdżam do drogi nr 864, którą chcę dojechać do wodospadu Dettifoss. To droga szutrowa. Wiatr na szczęście trochę ucichł. Mijam kemping, ale jest dopiero  godz. 17 więc postanawiam jechać dalej. Droga 864 okazuje się najgorszym co mnie spotkało dzisiejszego dnia. Szutrowa, ale tak wyjeżdżona, że jej powierzchnia to jedna wielka tarka. Strasznie rzuca rowerem, wszystko klekocze, a bagaż co chwilę spada mi z bagażnika. Muszę dodatkowo mocować go Spenderami do sztycy roweru. Prędkość zadziwiająca – 10 km/h i to w porywach. Droga płaska, ale jakbym jechał szybciej to chyba rower by się rozleciał. Za to natura mi sprzyja, robi się ładna pogoda, nawet pokazało się słońce i od razu temperatura wzrosła do 10 stopni.
Po 20 km takiej jazdy mam dosyć. Już w mózgu mi coś lata. Jest już prawie 19, postanawiam znaleźć miejsce na nocleg. Po kilkuset metrach znalazłem. Nad samą rzeką Jökulsa a`Fjöllum, za niewielkim wzniesieniem. Rozbijam namiot, rozkładam na słońcu wszystko co mam mokre od wczoraj. Robię sobie kawę, siadam na brzegu rzeki i podziwiam jej wartki nurt. Potem kolacja spaghetti bolognes i oczywiście, tradycyjnie serek Skyr. Są wyśmienite, zajadam je codziennie i to w różnych smakach i każdy jest smaczny. Wiaterek i słońce zrobiło w między czasie swoje. Prawie wszystkie rzeczy mi wyschły. Jest super, mimo tego, że noga mnie boli, że rower coraz bardziej się psuje, gdyż coraz częściej słyszę tarcia w tylny kole, że wiatr momentami doprowadza mnie do szaleństwa. Tak optymistycznie nastawiony, wsłuchując się w szum rzeki, kładę się spać. Jeszcze lektura do poduszki i zapominam o dzisiejszym dniu.

Dzień 21 (wtorek – 23.07.2019r) Przejechane 121 km. Trasa: Varmahild, Blönddos, Húnavatnshreppur, nocleg Laugarbakki.

Kemping jeszcze spał, kiedy wyszedłem z namiotu. Była prawie 8. Ziemia parowała od wilgoci. W nocy dosyć mocno padało. Po 9 ruszam. Namiot znowu nie zdążył wyschnąć. Na początek 6 km podjazd. Niewielkie nachylenie, ale dało popalić. Byłem rozgrzany tak, że czułem jak paruje mi pot. Na dodatek temperatura nagle z 11, jaka była gdy ruszałem, spadła do 6 na przełęczy, którą właśnie pokonywałem. Ubrałem ciepłe rękawice i cieplejszą kurtkę. Teraz droga raz płaska, a momentami lekko w dół. Rower mnie przeraża. Odgłosy wydaje wręcz błagające - pomóż mi. Żąda pomocy, a ja nie wiem jak. Najgorzej jest podczas zjazdów na wolnych obrotach. Zatrzymuję się co jakiś czas i sprawdzam koło. Można już go odchylić ponad pół centymetra w jedną i drugą stronę. Martwię się. Nie raz zastanawiałem się co się stanie, gdy nagle koło się zablokuje, albo coś tam pęknie i się rozleci. Strach w oczach, bo momentami miałem 40-50 km/h.
Zatrzymuję się na stacji benzynowej w Blönddos żeby coś zjeść. Kupiłem kanapkę i napój – drogo 1150 ISK. Siedzę w ciepłej restauracyjce i zastanawiam się co dalej z moją wyprawą. Fiordy zachodnie nie mają dobrze rozwiniętej sieci dróg. Dominują drogi szutrowe. Komunikacja też nie jest za dobra i oczywiście mniej turystów, mniej pomocy. Co się stanie jeżeli rower mi odmówi posłuszeństwa? Dzwonię do żony. Rozmawiam na ten temat. Jak się spodziewałem, decyzję muszę podjąć sam. Jadę i obserwuję rower. Mijam kemping, jadę dalej. Mam już ponad 100 km dzisiaj. Zaczęło wiać, że aż rzuca rowerem. Dobrze, że wieje trochę z boku. Momentami mam wrażenie, że jadę nienaturalnie nachylony na prawą stronę, żeby utrzymać równowagę. Mam na liczniku 119 km kiedy widzę zjazd na kemping – 2 km. Mam dosyć na dzisiaj, skręcam. Jadę pod wiatr. Coś okropnego. Docieram na miejsce. Kemping zupełnie odsłonięty. Są dwie rodziny. Siedzą w basenie termalnym. Z trudem rozbijam namiot. Wiatr szaleje. Kemping na uboczu, ale jest wszystko co trzeba. Ciepły prysznic, dobrze wyposażona kuchnia i nie ma jeszcze tłoku. Kąpiel i gotuję sobie kolację - makaron z sosem grzybowym. Dojrzewam do decyzji. Rezygnuję z fiordów zachodnich, jadę prosto do Reykjaviku. Mam ok. 260 km do celu, a samolot do Wrocławia wylatuje w piątek, za trzy dni. Spokojnie dojadę. W namiocie sprawdzam wolne miejsca. Są jeszcze. Przebookowuję bilet (154zł) – udało się. Dzwonię do domu z informacją, że wracam 5 dni wcześniej. Żona się ucieszyła, przynajmniej takie miałem wrażenie. Załatwiłem również transport z lotniska do domu. Jedynym problemem jest rower. Mam nadzieję, że wytrzyma jeszcze trzy dni.
Na kolację nieśmiertelne parówki. Trochę czytałem, ale targający namiotem wiatr nie dawał luksusowych warunków relaksu. Idę spać. To był trudny dzień. Podjąłem trudną decyzję powrotu. To nie było po moich myślach. Co prawda objadę dookoła Islandię, ale chciałem zobaczyć również fiordy zachodnie. Tak też w życiu bywa.

Dzień 22 (środa – 24.07.2019r.) Przejechane 115 km. Trasa: Laugarbakki, Stadur, Glanni, nocleg Borgarnes .


Trzepało namiotem niemiłosiernie. Kilka razy mnie obudziło. Musiałem być naprawdę zmęczony, że usnąłem. Kiedy rano wstawałem pierwsze co to sprawdziłem to stan namiotu. Wytrzymał nocną nawałnicę. Jem śniadanie w pustej kuchni. Na kempingu tłumów nie ma. Kilka namiotów rozsianych po całym polu. Po dziewiątej zbieram się do drogi. Wiatr nie ustaje. Zwijając namiot muszę go przywiązać do śledzi, bo porwałby mi go przy składaniu. Szkoda, że nie zrobiłem filmiku jak musiałem walczyć z wiatrem i namiotem.
Wieje w tył lub z boku. Całe szczęście bo nie wiem jakbym jechał. Prędkość za to mam super. Pierwsze kilkanaście płaskiej drogi pokonuję z prędkością powyżej 20 km/h. Z daleka widzę podjazd. Zbliżam się do znaku informacyjnego. To jest fajne na Islandii. Szczyt na 407 m n.p.m. (zerkam na licznik jestem na 42 m), długość drogi 17km. Nieźle – pomyślałem. Nie napisali jakie nachylenie, a czasami i takie informacje można na znakach odczytać. Teraz to jest dobre, bo oznacza, że jest różna. Wszystko się sprawdziło. Nachylenie raz mniejsze, raz większe, ale cały czas pod górę. Co prawda mój wysokościomierz wskazał najwyższy punkt na 410 m n.p.m., ale to szczegół. Potem było lekko z górki. Taką drogę lubię. Przez kilka km nie pedałowałem w ogóle.
Dotarłem do kraterów wulkanów. To atrakcja turystyczna. Zatrzymuję się i zwiedzam. Wdrapuję się na szczyt po schodkach. Piękne widoki. Przyjechała wycieczka z Niemiec i czar prysł. Tłumy starszych osób zapełniły skutecznie ścieżki wokół wulkanu. Schodzę na dół i jadę dalej. Wiatr trochę ucichł. Wieje, ale nie jest tak mocny. Nadal mam go z tyłu lub lekko z boku. Nie jest źle, droga płaska przez kilkanaście km. Szybko ją pokonuję. Po 75 km zatrzymuję się na stacji benzynowej. Kupuję kanapkę i napój. Znowu 1100 ISK (ok. 36 zł). Drogo tu. Doprawiłem żołądek serkiem skyr i tak syty jadę dalej.
Po 40 km docieram do Borgarnes. Jest kemping. Na liczniku mam ponad 115 km. Zostaję. Kemping skromny, ale jest toaleta i niewielka otwarta kuchnia z wodą. Nic więcej nie trzeba. Za pozostaniem tutaj przemówił również Bonus, który jest niedaleko. Można na dwa dni zrobić tanie zakupy.
Zjadłem kolację i przeanalizowałem jutrzejszą trasę. Będzie ciężko. Do Reykjaviku jest tylko ok. 70 km, ale tunel pod zatoką jest zamknięty dla rowerzystów i trzeba jechać naokoło zatoki. To dodatkowe ponad 40 km, i jak wskazuje mapa, same górki. Nikt nie mówił, że będzie lekko.
Około 22 zjawił się właściciel, zgarnął 1500 ISK (nie wiem za co?) przykleił znaczek na namiot i pojechał. Przy okazji zobaczyłem, że cały kemping się napełnił turystami. Obok mnie rozbiły się dwie młode dziewczyny również na rowerach. Stwierdziłem, że one dopiero zaczynają swój podbój wyspy. Wszystko mają czyściutkie i same wyglądają na świeże, nie zmęczone. Po mnie widać, że kończę. Jutro znowu Reykjavik, zamknę pętlę dookoła wyspy.

Dzień 23 (czwartek – 25.07.2019r)  Przejechane 106 km. Trasa: Borgarnes, Hofn, Laxarbakki, Bjarteyjarsandur, Grundarhverfi, Mosfellsbaer, nocleg Reykjavík


Wstaję wcześnie, ok. 7. Szybka toaleta, szybkie śniadanie, pakowanie i przed ósmą jestem już w drodze. Mam dzisiaj dużo do pokonania. Tuż za miejscowością jest długi most przez zatokę. Jest jeszcze mały ruch. Szybko go mijam. Dzisiaj tak mocno nie wieje, a wiatr mam prosto w plecy – super. Kilometry przybywają błyskawicznie. Po 26 km widzę znak zakaz wjazdu rowerom. Zbliża się tunel pod zatoką. Muszę skręcić w drogę nr 47. I zaczęło się. Teraz mam wiatr dokładnie z boku. Nie jest to dobre. Do tego, tak jak mapa wskazywała zaczęły się górki i to dosyć strome mimo, że nie długie. Droga przypomina mi wstążkę gimnastyczki z falującą taśmą. Zdarzały się podjazdy i zjazdy kilku stopniowe, ale były również nawet 10 %. Kilka razy zatrzymuję się i odpoczywam. Po 20 km jestem na końcu zatoki. W końcu zawracam i jadę w drugą stronę. Teraz wiatr mam po prawej stronie. Wdrapuję się na szczyt. Widzę w oddali rowerzystę stojącego na poboczu. Kiedy podjeżdżam bliżej poznaję ją. To Kanadyjka, którą poznałem w okolicach Vik, na początku wyprawy. Witamy się. Dzisiaj również jedzie do Reykjaviku i jutro kończy wyprawę. Ona zostaje jeszcze ja jadę. Dojeżdżam ponownie do drogi nr 1. Zatoka zaliczona. Wiatr ponownie z tyłu. Jest już popołudnie, kiedy docieram do miejsca, gdzie 3 tygodnie temu skręcałem w drogę nr 36. Tym samym zamknąłem pętlę wokół Islandii. Krzyknąłem sobie z radości – mam to!!!
Znaną mi już drogą docieram do stolicy Islandii. Po drodze wyprzedzam dwoje „sakwiarzy”- ale mam powera!. Śpię na tym samym kempingu. Wieczorem poszedłem do Bonusa na ostatnie zakupy. Dowiedziałem się na recepcji, gdzie można otrzymać pudło na rower. Jakieś dwie godziny po mnie dotarła Kanadyjka, ale rozbiła się daleko ode mnie i zniknęła z pola namiotowego.
Po kolacji planowałem jutrzejszy dzień. Lot mam o 18:30, a więc dużo czasu. Mogę jechać na lotnisko autobusem – 3000 ISK. Po samym kempingiem mam przystanek (ok. 100 m). Patrzę jak dwoje rowerzystów pakuje się. Nie wyobrażam sobie pchania paki z rowerem (ponad 30 kg) do tego sakwy (4 szt – też ok. 30 kg ) i torbę podręczną, na przystanek. Nawet jeżeli jest on tylko 100 m od kempingu. Szybka decyzja – jadę rowerem na lotnisko i tam się pakuję. Dzisiaj przygotowałem sobie tylko odpowiednio bagaże. Jutro w domu.

 

Dzień 24 – ostatni (piątek 26.07.2019r) Przejechane 56 km. Trasa: Reykjavík, Keflavik.


Leniwie choć już o godz. 8 wstałem. Leniwie robiłem toaletę, śniadanie. Nigdzie mi się nie śpieszyło. Nawet nie ładowałem, jak co dzień, power bank. I tak wyruszyłem z kempingu o 9:30. Dużo za szybko, ale co miałem tutaj robić? Do sklepu rowerowego dojechałem po 20 minutach. Oczywiście był zamknięty, ale moje zdziwienie wystąpiło, kiedy zobaczyłem, że otwierają go dopiero o 11. Na informacji kempingowej dowiedziałem się, że od 10. Kurczę, ponad godzinę muszę jeszcze czekać. Miałem już odejść i gdzieś jechać, kiedy przez witrynę sklepową zauważyłem ruch w sklepie. Dwóch mężczyzn chodziło wewnątrz i coś robili. Stałem przez chwilę zastanawiając się co mam zrobić? Zastukać? Krzyknąć, że ja tylko po pudełko? Czy odjechać i wrócić o 11? Zostałem zauważony przez jednego z pracowników sklepu. Otworzył drzwi i spytał jaki mam problem? Zaprosił mnie na tył sklepu i po chwili byłem w posiadaniu wielkiego kartonu rowerowego. Zwinąłem go i zapiąłem na tył bagażu. Szczęśliwy ruszyłem w kierunku centrum. Chciałem jeszcze kupić taśmę do sklejania kartonu. Będąc w centrum szukałem prezentów z Islandii dla domowników, ale ceny mnie powalały. Jadę na lotnisko.
Przez cały Reykjavik do drogi nr 41 prowadzi super ścieżka rowerowa. Wzdłuż drogi prowadzącej do Keflaviku częściowo również. Jeżeli jej nie ma to jest szeroki pas awaryjny tak, że trasa dla rowerzystów jest bezpieczna. Jedzie się szybko. Droga jest w większości płaska i wiatr wieje w plecy. Nawet nie wiedziałem kiedy, a pokonałem 56 km i o godz. 14:10 zameldowałem się w pomieszczeniu dla rowerzystów na lotnisku. Mam dużo czasu. Powoli zabieram się do rozkręcania roweru. Mam problem. Prawy pedał ani drgnie. Próbuję różnych metod, ani drgnie. Po pół godzinie daję za wygraną. Mam pokaleczone przy okazji dłonie od narzędzi. Wkładam rower do pudła. Jest lekkie wybrzuszenie, ale zabezpieczam to namiotem. Zjawiła się Kanadyjka z facetem, którego widziałem z nią na jednym z kempingów. Pytała skąd mam karton. Powiedziałem, że z Reykjaviku. Myślała, że znajdzie jakiś w kontenerach na lotnisku, ale niestety były puste. Pożegnaliśmy się.
O 16:30 byłem już na odprawie, a godzinę przed wylotem kupowałem prezenty dla rodziny w strefie wolnocłowej. Tuż po 18 wyleciałem z „mojej” Islandii. Spoglądałem z wysokości samolotu ze smutkiem, żalem, ale z radością, że udało mi się pokonać tą wspaniałą wyspę. Cały czas chodziło mi po głowie, że może objechałbym jeszcze fiordy zachodnie. Może koło by wytrzymało (musiałem w domu całe wymienić. Rozleciała się całkowicie piasta i popękane były obręcze – dopisek).

Dzień 16 – czwartek (18.07.2019r.) Przejechane 104 km. Trasa: Nad rzeką Jökulsárgljúfur, Asbyrgi, Keldunes, Manarbakki, nocleg Húsavík


Miałem kiepską noc. Nie wiem dlaczego, ale co chwilę budziłem się. Dwie godziny drzemki, pobudka i tak kilka razy. W końcu wstałem o 7. Jak zwykle śniadanie, pakowanie i w drogę. Ciąg dalszy tej okropnej drogi. Kierowcy samochodów zrobili sobie wiele objazdów obok drogi tam, gdzie można było wjechać na płaskie tereny, korzystam z tego dobrodziejstwa.
Okazało się, że ten szum jaki słyszałem przez całą noc, który budził mnie kilka razy, to był olbrzymi wodospad Dettifoss. Po 7 km byłem na parkingu i szedłem kilkaset metrów w dół kanionu go obejrzeć. Przepiękny. Potężna ilość wody spadająca do kanionu wzbija w powietrze olbrzymie tumany pyłu wodnego. To jeden z największych wodospadów w Europie. Jak go zobaczyłem, to nie dziwiło mnie, że w nocy tak daleko słyszałem jego wodogrzmoty. Zdjęcia, filmiki i jadę dalej. Na mapie widnieje kolejny wodospad za kilka km. Od tej tarki na drodze już nawet kask spada mi co chwilę na nos. Rower dostaje popalić, a już i tak jest z nim problem. Teraz nie mogłem znaleźć chociaż kawałek równej drogi. Po ponad 2 km docieram do zjazdu na wodospad Hafragilsfoss. Skręcam z tarki, trochę lepiej chociaż na okrasę pojawił się piasek. Wodospad można  oglądać tylko z góry, nie ma zejścia do niego. Jest na rzece szerokiej, płynącej w potężnym kanionie. Na zboczach kanionu widać pozostałości po kraterach wulkanicznych, a momentami widać jakby zastygłą niedawno lawę.  Widoki, które na długo utknęły mi w pamięci.
Jadę dalej. Jeszcze ok 30 km tej okropnej tarki. Droga jest w większości płaska i jakby nie jej nawierzchnia, nie byłoby tak źle. Owszem było kilka podjazdów, ale krótkich i nie takich stromych. Raz musiałem zejść z roweru i popchać go, ale nie z powodu stromizny, tylko zaryłem w grząskiej nawierzchni drogi. W końcu jest asfalt. To droga 85. Zatrzymuję się przy sklepie. Robię skromne zakupy. Obok sklepu jest restauracja. Kusi mnie ryba. Dwa razy podchodziłem, gdyż przerażała mnie cena. W końcu się skusiłem i zamówiłem rybkę z frytkami. 1950 ISK nie poszło na marne, obiad był przepyszny. Nie wiem co to za ryba, ale takiej jeszcze nie jadłem.
Postanowiłem objechać półwysep Töjrnes. Dobrze, że jest asfalt. Docieram po kilkudziesięciu km do oceanu na północnej stronie wyspy. Widoki są niesamowite, ale droga zaczyna mi dawać popalić. Strome podjazdy i strome zjazdy, takie, że muszę ciągle hamować i tak mam prędkość powyżej 50 km/h. Tak dojechałem do Husavik. Mam na liczniku 104 km z czego ok 50 po strasznej tarce. Czuję już zmęczenie i lekki ból w kolanach. Zostaję na tutejszym kempingu. Po rozbiciu namiotu idę na miasto szukać serwisu rowerowego, gdyż rower zaczyna mnie już bardzo niepokoić. Nie znalazłem. Za to zwiedziłem miejscowość, która jest typowym rybackim miasteczkiem. Z niego można wyruszyć w rejs na wieloryby. Cena tylko 11 000 ISK. Nie na moją kieszeń. Wstąpiłem do Netto i zaszalałem po raz drugi dzisiejszego dnia. Kupiłem sobie 6 jaj za 450 ISK. Będzie dzisiaj jajecznica na kolację. Po powrocie robię sobie ją z 5 jaj, a szóste gotuję na kanapki na rano. Kolacja pychota. Siedzę w kempingowej kuchni, ładuję mój elektroniczny sprzęt, popijam angielską herbatkę i piszę. Rozmawiałem również z żoną. Na zewnątrz jest okropnie zimo. Według termometru w liczniku tylko 6 stopni. Zapowiada się nieciekawa noc. Mam cały czas skostniałe ręce, chociaż z reguły nigdy mi nie marzną. Ubieram puchową kurtkę, wskakuję w puchowy śpiwór i idę spać. Słyszę jak o namiot odbijają się krople deszczu. Kurczę - mój ręcznik – krzyczę do siebie, było za późno. W namiocie nie wyschnie przez noc. Będę musiał go suszyć podczas jazdy. Jutro tylko 60 km. Z takimi optymistycznymi myślami zasypiam.

Dzień 17 – piątek (19.07.2019r) Przejechane 77,5 km. Trasa: Húsavík, Brekka, Hverir, Grjótagjá cave, nocleg Reykjahlíd

Budzę się o 2 w nocy – pada, o 4 – pada, o 7 – pada. Dopiero po 8 przestało. Nie ma na co czekać, lepiej nie będzie. Jem szybkie śniadanie, zwijam mokry namiot i ruszam. Jadę drogą nr 85. Za Husavik kilometrowy podjazd, ale dalej w miarę płasko. Jedzie się dobrze, tym bardziej, że nie pada. Po 9 km skręcam na drogę nr 87 w kierunku jeziora Myvatn mojego dzisiejszego celu. Przez pierwsze 10 km droga 87 mnie rozpieszczała. Płaska jak stół tak, że na liczniku miałem zawsze ponad 20 km/h. Ale to były tylko 10 km. Potem się zaczęło. Kilkaset metrów z górki –prędkość 50 km/h, a potem pod górę nachylenie 9-11%. Momentami musiałem pchać rower bo nie dawałem rady. Tak przez ponad 20 km. Czułem jak ze mnie paruje pot chociaż było tylko 11 stopni C. Kilka, a może kilkanaście km przed miejscowością Reykjahlid, pierwszej nad jeziorem Myvatn, zaczął padać deszcz. Jeszcze tego brakowało, pomyślałem pchając rower pod górę o nachyleniu 10%. Deszcz stał się bardzo intensywny. Za nim ubrałem nieprzemakalne rzeczy na górę, już byłem mokry. Po kilku km drogi, która o dziwo stała się prawie płaska, miałem już zapełnione buty wodą. Te spodnie nieprzemakalne są bez sensu. Spływa z nich woda i kiedy noga z pedałem idzie do góry, to strużki wody dostają się do buta. I co z tego, że mam buty teoretycznie nieprzemakalne?
Widzę miejscowość Reykjahild. Na jej początku jest kemping. Szybka decyzja – zostaję ze względu na deszcz, który leje niemiłosiernie. Na recepcji nie ma nikogo, na polu tylko ze dwa namioty. Rozbijam się szybko. Mogę teraz zmienić mokre do majtek rzeczy. Jak przyjemnie, sucho, ciepło. Idę na rekonesans. Znalazłem w WC ciepły grzejnik. Zaniosłem wszystkie mokre ciuchy i buty, porozwieszałem gdzie się dało. Dobrze, że kemping jest jeszcze pusty. Jest dopiero 14. Wracając zobaczyłem otwartą recepcję. Ładna cena – 2000 ISK. Pracowała tam Polka. Powiedziała co mogę szybko zwiedzić nad jeziorem. Na podstawie mapki zrobiłem sobie marszrutę na popołudnie, oby tylko przestało padać. Skorzystałem również z miejscowego serwisanta rowerowego w sprawie coraz bardziej przerażającego trzaskania w tylnym kole. Nie pomógł mi. Miałem wrażenie, że nie chce. Około 16 przestało padać. Siadam na rower i bez bagażu (znowu musiałem się uczyć jeździć – kierownica, latały mi jak początkowemu rowerzyście) jadę na pole geotermalne – 10 km od jeziora. Po drodze widzę wypożyczalnię rowerów – serwis rowerowy. Nie ma nikogo. Pisze karteczka, że w sprawach wypożyczenia rowerów lub organizacji wycieczki dzwonić do Elizabeth. A już myślałem, że ktoś mi pomoże. Robię w sklepie drobne zakupy i jadę na pole geotermalne. Piękny podjazd. 3 km nachylenie 10% - tak brzmiał drogowskaz. Nawet bez bagaży jest ciężko. Doganiam grupę młodzieży na wycieczce rowerowej, która pcha pod górę rowery. Oni idą, a ja jadę, nie jest źle z moją kondycją – pomyślałem. Kilka serpentynowatych zakrętów i jestem na szczycie. Widać mój cel. Kilkaset metrów w dół i skręcam na pole geotermalne pod nazwą Hverir. Niesamowity – księżycowy pejzaż. Dymiące, bulgoczące oleistą mazią gejzery. Ziemia w kolorze czerwieni. Chodzę między parującą ziemią robię filmiki, zdjęcia, wdycham zapach siarki pomieszany ze śmierdzącymi jajkami. Najgorsze jest błoto, które w kolorze czerwonym strasznie czepia się butów. To efekt niedawnego deszczu. Po pół godzinie jadę z powrotem nad jezioro. Na szczycie mijam grupkę młodzieży, która właśnie siada na rowery, żeby zjechać na pole geotermalne. Na szczycie zatrzymuję się na chwilę aby podziwiać z wysokości piękno jeziora wraz z licznymi wzgórzami wulkanicznymi.
Na powrót mam jeszcze czas. Jadę ok 5 km zobaczyć jaskinię z gorącą wodą. Przed wejściem spora grupka oczekujących. Chwila na odpoczynek. Grotagja cave – tak się nazywa to miejsce – powstało w wyniku ruchów tektonicznych. Szczelina jaka powstała wypełniła się wodą, a pochodziła ona z licznie występujących tutaj gejzerów. Wchodzę wąskim wejściem. Nie jest to wielka grota. Woda rzeczywiście ciepła, że można się bez problemu kąpać. Kilka osób siedzi na kamieniach i trzyma w wodzie nogi. Znaki w grocie wyraźnie zabraniają całej kąpieli. Trochę zdjęć, filmik i wychodzę wąską szczeliną. Idę jeszcze na wzgórze widokowe, gdzie widać wyraźnie jak przebiegało pęknięcie skorupy ziemskiej. Powstał długi kanion. Ogrodzenie skutecznie zakazuje dalszą penetrację terenu. Teraz wracam na kemping. Po drodze sprawdziłem jeszcze raz serwis rowerowy – kartka nadal wisi, a drzwi są zamknięte. Mam dużo czasu, postanowiłem ugotować sobie kolację. Makaron, z fiksem pieczarkowym i parówkami. Mój pierwszy ciepły posiłek tego dnia. Tak się najadłem, że aż pobolewał mnie brzuch. Sprawdziłem stan mojego schnącego ubrania i butów. Byłem zadowolony. Kurtka, bluza, spodnie i buty były suchutkie. Zaniosłem jeszcze do suszenia rękawiczki i drugie buty. W międzyczasie przybyło gości na kempingu i WC zapełniło się mokrymi ubraniami do suszenia, a w kuchni nie było wolnego miejsca do siedzenia. Udało mi się porozmawiać z domem przez WhatsAppa, mam tutaj darmowe WiFi. Jakby nie pogoda byłoby super. Ręce mi strasznie zmarzły kiedy trzymałem komórkę. Idę do namiotu, wchodzę do śpiwora, żeby się ogrzać. Robię plan na jutro. Muszę zrobić większe zakupy bo pojutrze niedziela i większość sklepów jest zamknięta. To był dzień wielu wrażeń. Islandia po raz kolejny zauroczyła mnie.

Dzień 18 (sobota – 20.07.2019r.) Przejechane 99 km. Trasa: Reykjahlíd, Skútustadagígar, Skutustadir , Brun, Laugar, Bingeyjarsveit, Fossholl, Vadlaborgir, nocleg Akureyri.

Wstaję bardzo niechętnie. Jest już ósma, a mi się nie chce wychodzić z ciepłego śpiwora. Słyszę narastający ruch na kempingu. Co chwilę kolejne auto wyjeżdża. Wstaję. Moje pierwsze kroki robię do kuchni, gdzie są gniazdka prądowe. Nauczyłem się i stosuję skutecznie tą zasadę, że najlepiej podłączyć do ładownia Power Bank, a potem toaleta. Zawsze rano znajdę wolne gniazdko. Wieczorem żeby to zrobić, trzeba mieć szczęście. Od wstania do wyjazdu zawsze mija co najmniej półtora godziny, a to dużo prądu. Jak zwykle udało się. Podłączyłem Power Bank i idę do łazienki. Jak zwykle śniadanie, pakowanie i jadę. Moja trasa wiedzie dookoła jeziora. Na początek jadę droga nr 1 na wschód – wracam, ale po 2 km skręcam w drogę nr 848. Dobrze, że jest w większości asfaltowa (były niewielkie fragmenty szutrowe). Po lewej mijam nieczynny wulkan Hverfjall. Można go zwiedzać. Musiałbym zostawi rower na parkingu, a potem dwu godzinny spacer ścieżką na szczyt. Szkoda mi czasu, jadę dalej. Docieram do drogi, która prowadzi do parku natury Dimmuborgir. Jadę tam. Po dwóch km docieram na parking. Park jest niesamowity. To utworzone przez zastygłą lawę nieprawdopodobne formacje skalne, porośnięte ubogą roślinnością. Islandczycy zrobili między skałami ścieżki, a natura formatując lawę sama je ponazywała – ucho, kościół, grota, okrąg, itp. (taki wygląd przypominały). Sprawiło to z tego miejsca wielką atrakcję turystyczną. Spacerowałem ścieżkami ponad godzinę kiedy zorientowałem się, że wszyscy odwiedzający mają na szyi wiszący jakby bilet wejścia do parku. Wszyscy, oprócz mnie. Zorientowałem się, że wszedłem tutaj na dziko. Szybkim krokiem wyszedłem. Rzeczywiście, na parkingu był napis ze strzałką do kasy. Byłem tak zachwycony widokami, że nie zauważyłem go, a przy wejściu nie było nikogo kto by sprawdzał zakupiony bilet. Na Islandii liczą na uczciwość. No cóż po raz kolejny zawiodłem Islandczyków, ale dzisiaj nieświadomie. Jadę dalej dookoła jeziora drogą nr 848. Nie jest ciężka, lekko pofalowana, ale dla rowerzystów nawet z ciężkim bagażem nie stanowi problemu. Widoki są nieprawdopodobne. Co chwilę zatrzymuję się, żeby zrobić zdjęcie. Mijam szereg wysepek na jeziorze z tysiącami ptaków pływających i latających, które mają tam legowiska. Mijam niesamowicie uformowany brzeg jeziora przez spływającą dawno temu lawę, która zastygając wyrzeźbiła cudownie twory skalne wystające z wody lub stanowiące brzeg jeziora. Mijam liczne tereny turystyczne oferujące turystom zwiedzanie łodzią wytworów natury. W końcu docieram do miejscowości Skutustadir, gdzie mam możliwość wejścia na stare, nieczynne kratery wulkanów. Na szczęście tutaj się nie płaci. Za to niewątpliwą atrakcją są miliony malutkich muszek, które atakują niemiłosiernie turystów. Bardzo wielu chodzi z moskitierami na głowie. Też mam taką, ale dałem radę bez niej. Wystarczyło mieć zamknięte usta, żeby ich nie zjadać, a z resztą otworów na głowie jakoś poszło. Szybko zwiedzam wulkany i jadę dalej. Na górę wiatrów, która majaczy po lewej stronie drogi nie wchodzę. Już późno, a ja mam jeszcze kawał drogi. Po pół godzinie docieram ponownie do drogi nr 1. Kończę pętlę wokół jeziora.
Już z daleka widzę co mnie czeka. Jedynka wije się serpentynami i znika gdzieś wysoko prawie w chmurach. Dobrze, że tak mocno nie wieje i nie pada pomyślałem podjeżdżając pod 8 % nachylenie drogi. I wykrakałem. Po pół godzinie wspinaczki pogoda diametralnie się zmieniła. Zaczęło wiać i jak zwykle prosto w twarz. Moja prędkość osiąga max 5-6 km/h. Sapię ciężko mocno naciskając pedały, aby pokonać kolejne metry. Temperatura tylko 11 stopni C, a ja czuję jak pot spływa mi po plecach. Znowu jadę z przekręconą głową. Pomaga na świszczący wiatr w uszach. Co jakiś czas wyprzedza mnie samochód, a kierowca musi redukować bieg, aby wdrapać się na szczyt przełęczy. Przypomniał mi się David – Szkot, który podczas takiego wiatru często kładł się za jakimiś kamieniami, we wgłębieniach, albo pośród łubinu i tak odpoczywał od wiatru. Dobra metoda. Próbowałem chyba ze dwa razy i nawet skuteczna.
Nie wiem jak długo drapałem się na szczyt. Kiedy tylko poczułem lżej w nogach przycisnąłem mocniej na pedała. Na szczycie przez kilka km było płasko. Mijam po prawej ładne, duże jezioro. Mam teraz 16 km/h. Lekki zjazd, a tu nic, muszę dalej pedałować. Wiatr skutecznie mnie hamuje. W Polsce nie miałem nigdy takiej sytuacji żebym musiał z górki pedałować, aby się poruszać do przodu. Ten okropny wiatr w uszach. Nawet czapka nie pomaga. Można wpaść w depresję, muszę odpocząć – szepczę do siebie. Docieram do małej miejscowości Laugar. Jest sklep i restauracja. W restauracji stoły wyglądały jakby miała tutaj być za chwilę jakaś impreza. Skorzystałem tylko z toalety i poszedłem do sklepu. Na drugie śniadanie (a właściwie obiad) banan, serek i mój ulubiony, pomarańczowy napój. Znalazłem obok sklepu wnękę, gdzie nie wiało i byłoby super jakby nie kilka flag, które robiły trzepotaniem okropny hałas. Odpocząłem godzinkę i jadę. Czuję już lekki ból w udach. Wysiłek daje o sobie znać. Mam teraz płasko. Jakby nie wiatr jechało by się super. Po kilku km widok znowu mnie załamał. Kolejna potężna góra przede mną. Teraz jadę, pcham, jadę, pcham i tak kilka km. Ze dwa razy zatrzymywałem się i odpoczywałem. Mam szczyt. Kilkaset metrów i szalony zjazd. Teraz nawet wiatr nie mógł mnie powstrzymać. Prędkość ponad 50 km/h. Super, ale tylne koło daje niesamowity koncert. Momentami miałem wrażenie, że zaraz wyląduję na asfalcie, bo ono się rozleci w drobiazgi. Ostro hamuję na zakrętach i tak czuję jakbym miał wylecieć z drogi. Za szybko - pomyślałem i naciskam na hamulce. Trochę drogi płaskiej, a po kilkuset metrach znowu ostry, długi zjazd. Mijam rowerzystę, który jedzie pod górę. Chciałem krzyknąć – za 5 km będziesz miał z góry, ale miałem za dużą prędkość, a poza tym i tak przez wiatr nie usłyszałby mnie. Pomachałem tylko do niego. Zjazd był aż do wodospadu Godafoss, czyli ok. 10 km. „Goda” oznacza w języku islandzkim „złoty”. Rzeczywiście patrząc na setki ton spadającej wody rzuca się w oczy jej żółtawy kolor. Zostawiłem rower na parkingu przy restauracji i ruszyłem nad sam brzeg wodospadu. Ok. 200 m dalej były tarasy widokowe. Ludzi było mrowie, ledwo co mogłem przepchać się, aby zrobić porządne zdjęcie i film. Dominowali skośnoocy. Byli młodzi, ale i starsi, na wózkach inwalidzkich, z laskami lub kulami. Byłem zdziwiony tym, że mimo swojej niepełnosprawności lecieli na drugi koniec świata, aby podziwiać cuda natury. „Złota” woda spadała kilkanaście metrów w kanion, aby wartkim nurtem przepłynąć 30 m i znowu licznymi kaskadami spadać w dół nabierając prędkości. Po kolejnych kilkudziesięciu metrach ginęła w kanionie, który skręcał między skały. Widok, który zapamiętam na długo. Wróciłem do roweru. W sklepie kupiłem sobie kanapki z szynką, serem i sałatą. O zgrozo, prawie 700 koron za dwie niewielkie kanapki. Cóż, jak się jest głodny, bez obiadu od 8 rano, a była 16, to nie patrzy się na cenę. Mimo skromnego posiłku czułem się syty. Jadę, mam jeszcze trochę aby dotrzeć do Akureyri, celu dzisiejszego dnia. Droga nie jest zła. Jadę wzdłuż kolejnego jeziora. Ładne widoki. Docieram do tunelu skracającego dojazd do miasta. Niestety nie dla rowerzystów. Ja muszę pokonać kolejną górę. Dokładnie 8 km i 600 m wdrapuję się na górę o nachyleniu ok. 8%. I znowu szalony zjazd kilkukilometrowy, aż nad samą zatokę, gdzie leży miasto, mój cel. Teraz jadę wzdłuż zatoki. Ścigam się ze statkiem, który płynie do Akureyri. Na początku daję radę, ale kiedy pojawiły się ponownie górki, tuż przed miastem, wyprzedza mnie. Za to pojawił się olbrzymi statek pasażerki wypływający z portu. Wspaniałe widoki. Po 12 km jazdy wzdłuż zatoki docieram do miasta. Szukam kempingu. Podobno jest w centrum. Włączam google maps i jadę. Docieram do centrum, jest drogowskaz z kempingiem. Ostra góra przede mną. Pcham z ledwością rower przez jakieś 200 m. Na górze pytam dwoje młodych osoby o kemping. Mówią o kilkuset metrach. Przy okazji podziwiali mój wyczyn. Byli bardzo mili. Jadę teraz. Mija 1 km, mam już prawie dwa km. Coś nie tak. Pytam kobietę. Każe mi wrócić. W końcu widzę go. Ukryty za hotelem. Ubogi. Nawet nie ma prysznicu. Na recepcji podpowiadają mi, że można wykąpać się za darmo na basenie, który jest po drugiej stronie ulicy. Ale zaraz po rozbiciu namiotu muszę zrobić zakupy. Jutro niedziela. Tuż za płotem kempingu jest sklep. Idę, ale ceny mnie przerażają. Szukam Bonusa. Jest wskazany na google maps. Idę 2 km od kempingu. Niestety zamknięty. Był czynny do 18:30, a była już 20. Prawie biegnę do Netto, które widziałem na mapie. Po pół godzinie jest. Na szczęście czynne do 21. Mam jeszcze 15 minut. Robię spore zakupy – na trzy dni. Wracam obładowany na kemping. Idę na basen, marzy mi się ciepła kąpiel. Wstęp 500 ISK, ale wchodzę do szatni nie płacąc. Można się kąpać, są ogólnodostępne prysznice. Wokoło chodzi pełno golasów. Islandczycy w ogóle się nie krępują. Mali, duzi, młodzi, starsi, całkowicie nadzy. Muszę wtopić się w tłum. Rozbieram się podobnie jak oni i idę pod prysznic. Jest pachnący płyn, gorąca woda. Super!!!. Po kilkunastu minutach wracam czyściutki na kemping. Na kolację 3 hot dogi własnej roboty i sałatka warzywna. Do tego tutejsze piwko. Paluszki lizać. Zrobiłem lekką przepierkę w toalecie i spanie. Byłem padnięty. Nogi miałem jak z waty. Jutro dzień odpoczynku.

Dzień 19 (niedziela – 21.07.2019r.) Dzień wolny od jazdy – zwiedzanie Akureyri


Jest niedziela. Fajnie jest budzić się z myślą, że czas i droga mnie nie goni. Wstałem dopiero po dziewiątej. Powolna toaleta, powolne śniadanie, wręcz leniwie szykuję się do wyjścia na miasto. Akureyri to drugie pod względem wielkości miasto na Islandii. To stolica północy wyspy. Wychodzę na zwiedzanie dopiero o 11. Kemping leży u góry miasta, idę więc w dół. W połowie drogi mijam wizytówkę miasta – luterański kościół. Właśnie zaczyna się msza. Z ciekawości idę. Jest odźwierny, który pilnuje, aby nikt nie zakłócał przebiegu nabożeństwa. Spędziłem tam ok. pół godziny. Zauroczył mnie śpiew. Nie rozumiałem nic, ale pieśni były wykonane po mistrzowsku. Jedna kobieta grała na fortepianie (prawdziwym, nie elektrycznym), a kolejna przepiękny głosem, solo lub w duecie z grającą wykonywały cudowne religijne pieśni. Zobaczyłem przy okazji jak wygląda chrzest w kościele luterańskim. Nie doczekałem do końca nabożeństwa. Schodzę kilkudziesięcioma schodami w dół do centrum. Jestem na głównej ulicy miasta. Czynne są tylko sklepy pamiątkowe, księgarnie i bary lub restauracje. Zabudowa podobna jak w Reykjaviku, niskie budynki, kolorowe, czasami obite blachą. Ulica nie jest długa. Rzuca mi się w oczy wiele symboli Islandii – różnorodne Trolle, w które podobno nadal tu wierzą, Maskonury, ptaki które tutaj zlatują się tysiącami, rozmnażają się i w większości zamieszkują. Są one eksponowane na ulicach, witrynach sklepów, malowidłach na murach domów. Zwiedzam niewielki port, właśnie wyrusza wyprawa na obserwację wielorybów. Na googla maps znajduję adres serwisu rowerowego, który jest wpisany w przewodniku dla cyklistów. Idę tam. Po pół godzinie jestem na wskazanej ulicy, ale niestety serwisu już nie ma. Pod tym adresem jest sklep zoologiczny. Trochę kiepsko. Rower sprawia mi dużo kłopotów. Boję się, żeby nie rozleciało się tylne koło. Odgłosy jakie wydaje piasta są coraz gorsze, jakby trzeć metalem o metal z dużą siłą, a luz w kole jakby był coraz większy. Znajduję galerię handlową. Wewnątrz czynny sklep Netto. Robię mini zakupy, kilka batoników i owoców na obiad. Jest tam też sklep sportowy z rowerami. Postanawiam jutro, jak będzie otwarty, tutaj przyjechać.
Wracam do centrum. Chcę zwiedzić jeszcze ogród botaniczny. Podobno to jedna z większych atrakcji tego miasta. Wdrapuję się ponownie schodami pod kościół, gdzie byłem kilka godzin temu na mszy. Tam widziałem znak kierujący do ogrodu. Docieram. Ogród botaniczny jest założony w 1912 r. Nazywa się Lystigardurinn (trudna nazwa. Zapisałem sobie w notesie.) Rzeczywiście bardzo ładny. Typowe islandzka roślinność, którą widziałem już kilkakrotnie w czasie mojej wędrówki, ale są również liczne rośliny z różnych zakątków świata. Ogród to również miejsce dla licznie odpoczywających go rodzin. Spotkałem również polskie rodziny.
Wracam na kemping. Jest już 17 i bolą mnie nogi. Muzeów, które tutaj są nie będę zwiedzał. Po pierwsze, nie znam języka, a po drugie nawet jakby były napisy po angielsku, to i tak nie znam go na tle dobrze, żeby wiedzieć dokładnie co tam pisze.
Na kempingu gotuję sobie obiad. Zupkę chińską i hot dogi z parówkami ( 3 szt.). Pychota. Piwko, serek skyr i jestem szczęśliwy. Mam telefon z domu. U nas była ulewa i zalało nam ogródek. Najbardziej zniszczyło kwiaty. Szkoda – były bardzo ładne. Zrobiłem pranie korzystając z ładnej pogody, chociaż nie było słońca. Do późnych godzin odpoczywam przy namiocie czytając lub pisząc. Nogi mnie bolą od chodzenia, ale na pewno odpoczęły od roweru. Leniwy, ale potrzebny dzień.

Dzień 20 (Poniedziałek - 22.07.2019r.) Przejechane 97 km. Trasa: Akureyri, Bakki, Akrahreppur, nocleg Varmahild


Całą noc padało. Nie chciało mi się wstawać. Zmusiłem się po 8, a i tak byłem jednym z pierwszych na kempingu. O 9 spakowałem mokry namiot i ruszam. Wstępuję do galerii handlowej, gdzie widziałem sklep rowerowy. Teraz widzę napis – czynny od 11. Kurczę – dopiero 9:45. Oglądam sklep przez witrynę, nie widać nic co wskazywałoby na serwis rowerowy. Zwykły sklep sportowy, ze wszystkimi możliwymi akcesoriami do uprawiania sportu. Postanawiam jechać dalej.
Droga nr 1 jest na razie ok. Szybko mijają kilometry. Muszę się ubrać, temperatura spadła do 8 stopni. Po 40 km dopiero mam spory podjazd. Z prędkości 20 km/h jakie miałem przez ponad dwie godziny, teraz mam 5 km/ h. Ale jadę. Z 40 m n.p.m. wjeżdżam na 546 m. I szalony zjazd. 5, 10, 15, … km w dół. Mijam grupkę rowerzystów jadących w przeciwnym kierunku. Ojciec z dwójką dzieci na przodzie, a za nimi jakieś 300 m matka. Machamy sobie przyjaźnie. Pocieszam ich, że zaraz będzie z górki. Słyszę - Thanks. Jadę pięknym wąwozem, wzdłuż rzeki, która tworzy w dolinie jakby warkocz. Co jakiś czas z prawej lub lewej strony z gór spływają strumienie tworząc małe wodospady, kaskady. Droga w dół lub płaska, piękne widoki, cóż trzeba więcej. Mam już ponad 90 km przejechane, a dopiero 16:30. Za 5 km jest kemping, a następny za jakieś 40. Szybka decyzja – zostaję na tym pierwszym, trzymam się planu wyprawy. Pod samym kempingiem spory 900 m podjazd, ale daję radę.
Jestem w Varmahild. Mam dużo czasu. Korzystam z restauracji, jem hamburgera z frytkami i pepsi. Odpoczywam i planuję dalszą wyprawę. Coraz bardziej mam ochotę na statek przez zatokę. Tylko 6000 ISK, tak piszą na stronie internetowej. Zobaczymy jak będę bliżej. Coraz bardziej boję się o rower, czy da radę, chociaż moje nogi też już odczuwają trudy islandzkiej wyprawy. Najgorsze są długie podjazdy, a nie przypominam sobie dnia, żeby ich nie było. Nie zdawałem sobie też sprawy co z człowiekiem robi wiatr. To chyba nazywa się depresją, bo kiedy wydaje się, że przyzwyczaiłeś się do ciągłego świstania w uszach, kiedy powinno stać się to normą, to nagle zmienia się pogoda, cieszysz się słońcem, ciszą w uszach przez chwilę, rozbierasz się bo ci gorąco, mija godzina, a w głowie ponownie szum wiatru, trzeba się ubierać, pojawia się rozczarowanie, rozpacz tak, że nie chce się pedałować. I tak kilka razy dzienne, prawie codziennie.
Na późną kolację parówki na ciepło i idę spać.

W roku 2019, w lipcu, zdecydowałem się na zdobycie tej odległej wyspy, o której czyta się w książkach i na stronach internetowych niesamowite historie. Zamysł wyprawy na tą cudowną wyspę rodził się w moim umyśle ponad dwa lata. Ostatecznie postanowiłem, z wielkimi obawami, objechać ten kraj właśnie w lipcu - miesiącu podobno najbardziej łagodnym i sprzyjającym dla turystów. Będąc już w Islandii dziwiłem się letnim opisom klimatu Islandii. Jedno się sprawdziło z licznie czytanych opracowań. Prawie każdego dnia miałem każdą pogodę z czterech pór roku. O przepraszam, nie było burzy z piorunami. Miałem za to piękne słońce południa i temperaturę 180C, zachmurzone, zimne (40C), typowo jesienne dni, miałem kapuśniaczek, który połączony z silnym wiatrem stwarzał wrażenie ulewy, miałem prawdziwą ulewę, taką że musiałem przebierać się do majtek, miałem opady zamarzniętego deszczu - nie śniegu, ale jakby gradu, tylko bardziej rozmiękczonego, przeżyłem tak silny wiatr, że nie dało się jechać rowerem, a rozbicie namiotu, to był majstersztyk, mgły jak mleko, że widoczność spadała do 20 m. Słowem, co dusza w pogodzie zapragnie znajdziecie na Islandii w lipcu. Właśnie aura połączona z pięknem krajobrazu, unikatowych na skalę światową zjawisk przyrodniczych, sprawiła że wyprawę na Islandię nigdy się nie zapomina i ja też nie zapomnę. Wspominam ją ze strachem, ale z utęsknieniem i chęcią powrotu do tego cudownego, jakże bardzo naturalnego, zakątka naszej Ziemi.  

Zanim Wam opowiem o mojej podróży przedstawię Islandię. Czyli garść informacji, żeby wiedzieć gdzie jechać.

Trochę historii, z którą się zetkniecie będąc w stolicy i nie tylko.

Pierwsi osadnicy na odległej Islandii pojawili się stosunkowo późno, bo dopiero w 874 roku. Na podstawie starych ksiąg można wysnuć wniosek, że w VIII wieku na wyspę przybyli irlandzcy mnisi, którzy ją zamieszkiwali, ale nie ma żadnych archeologicznych dowodów na irlandzkie osadnictwo. Dlatego też przyjmuje się, że pierwszymi mieszkańcami wyspy byli Wikingowie z Norwegii oraz osadnicy celtyccy - szkoccy i iryjscy. W latach od 870 do 930 Islandię skolonizowali skutecznie Normanowie. Od 930 roku zapoczątkowano zwyczaj dorocznych zgromadzeń wszystkich wolnych mieszkańców wyspy - Althing. Żeglarze z Norwegii odkryli wyspę właściwie przypadkiem.

Decyzją Althingu w 1000 roku przyjęto nowa wiarę - chrześcijaństwo. Stało się to pod naciskiem króla Norwegii. W XIII w Islandia przeszła pod panowanie królów Duńskich. Stan ten trwał aż do XIX w. Islandia nie należała do rozwiniętych krajów, gdyż monopol handlowy Danii skutecznie temu sprzyjał. W 1787 roku Reykjavik została stolica Islandii. Wiek XIX to odrodzenie narodowe wyspy, a za jego ojca uważa się Jóna Sigurðssona. Był on przywódcą ruchu narodowego. W 1904 roku ustanowiono autonomię kraju. Islandia ostatecznie stała się niepodległym państwem w 1918 roku, jako królestwo połączone unią personalną z Dania. W 1920 roku uchwalono konstytucję, która gwarantowała odrębność islandzkiego parlamentu i rządu. W 1944 roku, w wyniku referendum, aż 97 proc. uprawnionych do głosowania opowiedziało się za zerwaniem unii personalnej z Danią. Tak powstała Republika Islandii proklamowana 17 czerwca 1944 roku.

Islandia dzisiaj

Islandia ma ok. 300 tys. mieszkańców. Większość z nich to potomkowie Wikingów i Celtów. Mówi się, że narodowym sportem Islandczyków jest genealogia, ponieważ uwielbiają ustalać swoje pochodzenie jak najbardziej wstecz to tylko się da. Dobrze przy tym, jeśli takie poszukiwania potwierdzą czyste pochodzenie od Wikingów. Dzięki dużej ambicji Islandczyków w dziedzinie ustalenia swych drzew genealogicznych oraz izolacji wyspy od innych narodów możliwe było przeprowadzenie badań genetycznych całej populacji i ustalenie z bardzo dużym prawdopodobieństwem pochodzenia każdego Islandczyka. Ciekawostką jest to, że Islandczycy mają możliwość zainstalowania na telefonie aplikacji genetycznej, która pozwala sprawdzić, czy przyszła małżonka jest bliską krewną. Ma to zapobiegać problemom genetycznym w momencie starania się o potomstwo.

Większość mieszkańców Islandii osiedliła się w Reykjavíku i przyległych mu miastach, tworzących ze stolicą jedną aglomerację. Aż 60% Islandczyków właśnie tam mieszka. Tam też skupia się całe życie kulturalne kraju.

Zdecydowana większość Islandczyków włada paroma językami obcymi, m.in. angielskim i duńskim. Doświadczyłem tego w każdym zakątku wyspy. Islandczycy cieszą się dobrym zdrowiem, ich średnia życia należy do najdłuższych na świecie. Średnia długość życia kobiet wynosi 82.8, a mężczyzn 78.9 lat. Są ludźmi wesołymi, pomocnymi i otwartymi. Czego równie doświadczyłem osobiście.

Klimat i przyroda

Islandia dużo zawdzięcza ciepłemu prądowi zatokowemu - Golfsztromowi. Bez niego cała byłaby pokryta grubą powłoką lodu. Golfsztrom powoduje, że klimat w ciągu roku jest dość wyrównany. Średnia temperatura najcieplejszego miesiąca (właśnie lipca) wynosi ok. 12 °C, zaś najzimniejszego - ok. 0°C. Bywają oczywiście (jak wszędzie) przypadki bardzo ekstremalnych temperatur, np. najchłodniejszym rokiem w historii Islandii był rok 1918, kiedy to w Grimsstadir á Fjollum zanotowano nawet -37.9°C. Generalnie pogoda jest trochę surowsza w rejonach górskich niż w niżej położonych. Należy być przygotowanym na bardzo szybkie zmiany pogody. W ciągu jednego dnia możemy doświadczyć wszystkich możliwych pór roku i zjawisk atmosferycznych. Bardzo częste są deszcze i mżawki oraz silny wiatr.
Przez 2-3 miesiące letnie na Islandii światło słoneczne jest cały dzień i noc, późną jesienią i wczesną wiosną panuje półmrok, a prawdziwe ciemności (jedynie 3-4 godziny światła) trwają od połowy grudnia do końca stycznia.

Lodowce, gejzery i wulkany - sąsiadujący ze sobą woda i ogień – oto magnes przyciągający tysiące przybyszów do tego surowego kraju, gdzie pod kołem polarnym spod zastygłej lawy i tufów wulkanicznych wzbijają w górę fontanny gorącej wody i pary. Ogromny lodowiec Vatnajokull (8300 km2) zajmuje drugie miejsce pod względem wielkości w Europie. Wg niektórych źródeł na Islandii jest ok. 10 tysięcy wodospadów, 15 czynnych wulkanów. Pomimo, że Islandia jest całkiem "zielona", na Islandii prawie nie ma lasów, głównie z powodu trudnego i zmiennego klimatu. Większość drzew posadzonych jest tutaj przez ludzi; drzewa występują tylko na ok. 1% obszaru kraju. Maskonury to najbardziej popularne ptaki Islandii, a wszechobecne owce i konie to stały element krajobrazu całej wyspy.

Ciekawostki zebrane w sieci

  • Islandia może generować energię dla całej Europy, ale trudno byłoby ją przetransportować.
  • Konsumpcja Coca-Coli należy do najwyższych na świecie
  • 43 i pół godziny, tyle średnio w tygodniu pracują Islandczycy - najdłużej w Europie. Mężczyźni pracują o 10 godzin dłużej niż kobiety.
  • Wpisy w islandzkiej książce telefonicznej poukładane są wg imion
  • Gęstość zaludnienia na Islandii to niecałe 3 osoby na 1 km
  • Kraj leży na dwóch płytach tektonicznych (Płyta Eurazji i Ameryki Północnej), wzdłuż których zlokalizowane są wulkany, a wydobywająca się z nich lawa stworzyła wyspę.
  • Obszar Islandii wynosi 103 000 kilometrów kwadratowych (1/3 powierzchnia Polski)
  • 10 na 9 domów w Islandii ogrzewanych jest energią geotermalną
  • Na Islandii nie zjemy hamburgera w McDonaldzie
  • Na Islandii wydawanych jest najwięcej książek w przeliczeniu na jednego mieszkańca
  • Na Islandii nie tylko dzieci wierzą w.. elfy
  • Wg sondaży, Islandczycy są jednymi z najbardziej szczęśliwych ludzi na Ziemi

Praktyczne rady :

- koniecznie zjedz serek SKYR. Jadłem go prawie codziennie, a jest w różnych smakach. Ten polski to denna podróbka.

- noclegi "na dziko" wzdłuż głównej drogi nr 1 obiegającej dookoła wyspę są aktualnie prawie niemożliwe. Trzeba zjechać w boczne drogi i to dosyć daleko. Islandczycy skutecznie ogrodzili siatką tereny wzdłuż trasy. Za to praktycznie w każdej miejscowości są kempingi. Ceny różne. Najtańsze które płaciłem to 1200 ISK, a najdroższe 2400 ISK (Reykjavik). Ale są bardzo dobrze urządzone. 

- wodę możesz czerpać wszędzie. Strumienie, potoki są krystalicznie czyste. Piłem i żyję.

- gaz do butki kupisz na każdej stacji paliw. Oczywiście ceny są różne. Najtaniej kupiłem w sklepie sportowym.

- Czapka, rękawiczki, ubranie przeciwdeszczowe i kurtka to obowiązek nawet w lipcu. Będziesz zaskoczony zmiennością pogody. Nawet kilka razy dziennie trzeba zmieniać odzienie.

- na Islandii wszędzie można płacić kartą kredytową. Nawet na niewielkich kempingach właściciele przychodzą z czytnikiem po zapłatę. Monety 100 lub 50 ISK przydają się tylko czasami na kempingach, gdzie są płatne prysznice. Zawsze warto mieć 5 - 10 takich monet przy sobie. Raz zabrakło mi jednej i cierpiałem.

- Oczywiście najtańszym noclegiem jest namiot. Motele, hotele to ceny sięgające kilkuset złotych. Oczywiście, że można tam spać, ale trzeba rezerwować wcześniej, gdyż w seonie są strasznie oblegane. Ja spałem tylko pod namiotem na kempingach i "na dziko" co jest legalne i dozwolone za wyjątkiem obszarów chronionych (parki narodowe, okolice miejscowości).

- Ceny na Islandii zwalają z nóg jeżeli zaczniesz przeliczać na złotówki. Przez trzy dni miałem dylemat z zakupem chleba, kiedy przeliczyłem i wyszło mi że muszę zapłacić ok. 10 zł za niewielki bochenek. Niestety trzeba liczyć się z pokaźnymi wydatkami na żywność. Polecam sklepy BOMUS, które oferują ceny nawet o połowę tańsze niż w innych sklepach na niektóre towary. Oczywiście warto patrzeć na promocje. Żywność w moim budżecie to był pokaźny wydatek. Sklepów tych nie jest dużo. warto tak zaplanować trasę i noclegi, żeby przejeżdżać blisko Bonusa. Nie zawsze się da, ale warto próbować. Naprawdę duża oszczędność.

- Atrakcje turystyczne mają specjalne oznaczenie. Warto skręcić w boczne drogi, a można zobaczyć naprawdę perełki wyspy.

- Jeżeli dotrzesz w okolice jeziora Mythan to warto zaopatrzyć się w moskitierę na głowę. Miliony malutkich muszek włazi wszędzie.

- nie zapomnij sprzętu fotograficznego, kamery. Wspomnienia jakie ci zostaną po Islandii są warte uwiecznienia.